Świat

Pocztówki z Iranu (3): Tu mężczyźni lepiej tańczą

Kiedy przyjaciele wyciągnęli fajki wodne i zagrała muzyka, pierwszy rzucił się do tańca. I to jakiego – nic z kanciastych wymachiwań rękami widzianych w polskich dyskotekach.

Ardebil, 10 sierpnia/18 mordad
 

Jest jednak pewien problem z opisywaniem Iranu w sposób, w jaki zrobiłem to ostatnio. Zbliżam się przez to niebezpiecznie do bardzo przeze mnie nielubianej „pornografii biedy”, kiedy to syty Europejczyk siedzi przed komputerem i czyta o losie biednych w jakimś dzikim kraju z obłąkanym przywódcą. „Ach, wyślę im datek jednym kliknięciem!” Oczywiście polityki wizowej nie można złagodzić, „bo nas zaraz Arabusi zaleją”. Irańczycy to nie Arabowie? A co za różnica, wszyscy ciemni i tak. No i ten kraj to pewnie brudna, zapylona pustynia, po której uganiają się półdzicy koczownicy wymachujący kałasznikowami. Kończy się to wszystko tak, że kiedy pewien rowerzysta szuka chętnego do wyjazdu do Iranu, to wszyscy pukają w głowę, że zaraz go tam zabiją, wbiją na pal i podadzą szamanowi do zjedzenia. Czemu nie chcesz jechać do Hiszpanii?

A przecież to zupełnie nie tak. Historia, którą opisałem poprzednio, jest prawdziwa, lecz to tylko jedna strona Iranu. Mohammed, anestezjolog z Qom, którego spotkałem na noclegu w sercu potężnego pasma Elburs, zarabia 100 dolarów. O emigracji oczywiście marzy i oczywiście nie może tego zrobić z powodów, które poprzednio podano. Czy znaczy to jednak, że spędza urlop, płacząc przy ognisku z kozami? A gdzieżby. Kiedy przyjaciele wyciągnęli fajki wodne i zagrała muzyka, pierwszy rzucił się do tańca. I to jakiego – nic z kanciastych wymachiwań rękami widzianych w polskich dyskotekach. To był profesjonalny taniec (ludowy, jak mi wyjaśnił – kto dziś w Polsce tańczy oberka z przyjaciółmi?), składający się z jakichś nieprawdopodobnych wygibasów. – W naszej kulturze to mężczyźni lepiej tańczą, powiedział. A ty nie potrafisz?

Taksówkarz, który dzisiaj podwiózł Husejna i mnie w Ardebilu, gdy wysiadaliśmy, pożegnał mnie następująco: – Kwiat jest piękny tylko przez chwilę, my musimy być piękni przez całe życie. Homozagrywka? Spokojnie, poza moją żoną lecą na mnie tylko niewidomi, a ci chyba nie prowadzą taksówek, choć sądząc po tym, co tu się dzieje na drogach, to kto wie. Taksówkarz, jak się szybko wywiedział Husejn, skończył studia, ale nie może znaleźć pracy w zawodzie, jednak jakoś z tego powodu nie zalewa się łzami. Nawet Karim, choć ma tyle kłopotów na głowie (także zdrowotnych), jest roześmianym chłopakiem, któremu usta się nie zamykają.
 

No i miasta – pełne kolorów, egzotycznych zapachów, zgiełku, od którego można zawsze odpocząć w cieniu wspaniałych perskich ogrodów, cudownie zielonych i ukwieconych mimo środka lata. Zejdźmy może zatem na chwilę z nuty socjologicznej na coś bliższego tradycyjnemu blogowi podróżniczemu.

Masule to wieś położona wśród lasów deszczowych, głęboko w elburskiej dolinie, 1100 metrów nad poziomem morza. Już w dzień jest przepiękna, ale dopiero po zmroku naprawdę zachwyca. U stop wysokiego wodospadu rozciąga się plątanina uliczek położonych tarasowo, tak że dachy domów tworzą kolejne poziomy ulic. Łączą się one labiryntami przejść wyglądających jak zejścia do piwnic. Ze wszystkich stron atakuje feeria kolorów, świateł, woni nieznanych mi przypraw, dźwięków ptaków powszechnie trzymanych w klatkach. Meczet też jest, ale bynajmniej nie dominuje nad całością, ginie w tarasach i wąwozach uliczek. A wszystko spowija mgła znad Morza Kaspijskiego, która daje tu wilgotny, naprawdę tropikalny klimat. I to jest ta irańska pustynia?
 

Mauzoleum szejka Safiego-ad-din Ardebilego wznosi się w centrum Ardebilu. Wchodzi się oczywiście przez obowiązkowy perski ogród, a dalej staje twarzą w twarz z powodzią ornamentów na błękitnym tle, detali pokrywających każdy dostępny centymetr, tajemniczych przejść i zakamarków. Mamy też i pośrednio akcent persko-polski – część kolekcji porcelany zrabowali Rosjanie i umieścili w Ermitażu. Może obok różnych naszych ruchomości…

Drogi przecinające Elburs wspinają się serpentynami z poziomu Morza Kaspijskiego na 2200 metrów. Dobry materiał na rowerową martyrologię – jaki ja jestem dzielny, zrobiłem ponad 2200 podjazdów z sakwami. Niestety nie jestem dzielny: połowę z tego podjazdu pokonałem z rowerem na pace lokalnej wersji pickupa. A uroków drogi Asalem – Chalchal mogę się tylko domyślać, bo po zjechaniu z paki i zjedzeniu barana wjechałem w zupełnie typową dla moich wypraw pogodę: mgła, mżawka i widoczność poniżej pięciu metrów.

Z mgły zaś wyjechałem w zupełnie inną krainę, ale o tym następnym razem.
 

Czytaj także:

Pocztówki z Iranu (1): Pociąg, rower, samolot, rower

Pocztówki z Iranu (2): Ryby w sieci


Bio

Tomasz Larczyński

| Doktor nauk historycznych
Doktor nauk historycznych oraz analityk rynku kolejowego. Publikuję m.in. w „Kurierze Kolejowym” i „Transporcie Publicznym”. Pracownik PAN Biblioteki Gdańskiej. Tworzy zespół Krytyki Politycznej w Trójmieście. Członek partii Razem.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.