Świat

Pocztówki z Iranu (1): Pociąg, rower, samolot, rower

Nie, nie jestem fanem utrudniania sobie życia, po prostu tanie linie lotnicze startują z Lwowa.

Raszt, 4 sierpnia / 12 mordad

Szanowny czytelniku, proszę o wybaczenie. Dostosowałem pierwszą część relacji z mojej podróży do tego, jak spędzałem ostatnie trzy dni, a mianowicie – niczym żołnierz na wojnie – śpiąc wtedy, kiedy to było możliwe. Moja obserwacja rzeczywistości była czasem ograniczona do jednego oka i mocno nieregularna. Ale poetyka snu chyba się zawsze dobrze sprzedaje.

***

(Ukraiński celnik na przejściu w Medyce🙂 Pan jedzie do Iranu? Proszę zawracać! Tam jest wojna!

***

Jakoś nie strzelają. Może im się nie chce z upału. Wyżywają się za to za pomocą klaksonów. Skrzyżowanie bez klaksonu to skrzyżowanie stracone.

***

Teraz wypadałoby się jakoś przedstawić. Jestem bibliotekarzem bez żadnych znaków szczególnych, osiągnięć bądź zdolności. OK, potrafię wygiąć palce dłoni do góry o 90 stopni. Umiecie coś takiego? No widzicie! Próbowałem na tym zrobić karierę na YouTube’ie, ale w komentarzach marudzili, żebym pokazał cycki. Postanowiłem więc wyginać palce na atrakcyjnym tle palm & egzotyki i wybrałem Iran. Gdzie dodatkowo nie strzelają, a jedynie trąbią.

***

Najwyżsi. Witają na każdym kroku. Chomeini i Chamenei – pierwsze oblicza, jakie zobaczyłem na lotnisku w Teheranie (imienia Chomeiniego). Perfekcyjnie się uzupełniają: Chomeini wygląda jak lord Vader, Chamenei jak dobrotliwy starszy pan w okularach; sami Irańczycy mają z nim jednak nieco inne doświadczenia.

***

Jak dostałem się do kraju u stop Demawendu? Najpierw dwa pociągi, TLK Wieniawski Gdańsk–Rzeszów, potem Regio Rzeszów-Przemyśl. Wieniawski się spóźnił tradycyjnie o godzinę, ale udało mi się zaokrętować na awaryjną TLK-ę do Przemyśla. Stamtąd na rowerze 16 kilometrów (o drugiej w nocy) do stacji Derżawnyj Kordon. Elektryczką do Lwowa, potem na kołach na lotnisko. Stamtąd tureckimi liniami Pegasus do Teheranu, z przesiadką w Konstantynopolu. Nie, ja wcale nie jestem fanem utrudniania sobie życia, po prostu Pegasus to tanie linie lotnicze, a bliżej Gdańska nigdzie nie docierają.

***

– Pan musi być ciekawym człowiekiem – skłamał ukraiński pogranicznik na stacji Derżawnyj Kordon, zaraz po tym, jak chciał mi skasować kartę pamięci za fotografowanie strefy przygranicznej. – Ma pan konto na Facebooku? Nie? A szkoda.

***

Reklama ukraińskiej sieci komórkowej w elektryczce: oferujemy tanie rozmowy do sześciu najważniejszych krajów świata. A jakie to kraje? Kolejno: USA, Rosja, Europa, Kanada, Turcja i Polska.

***

„Sala podwyższonego komfortu” to jedyne słuszne miejsce, do którego może się udać na dworcu we Lwowie osoba w moim stanie (pół)świadomości. Wylegując się na absurdalnie wygodnych sofach za 5 hrywien/h, doszedłem do wniosku, że są jednak dobre strony tego, że Lwów nie należy do Polski – gdyby dworcami administrowały PKP, mielibyśmy tu KFC. Albo nic (Lubawko, myślę o tobie). Tak czy owak, nici z wylegiwania się. Natomiast proukraińskie sentymenty podważyć może przejechanie na kołach ulicy przed dworcem. Zabytek podobny do sal komfortu.

***

Po wymianie pieniędzy w kantorze na teherańskim lotnisku musimy się szybko przyzwyczaić, że portfel będzie jedną z najcięższych rzeczy w naszym dobytku. Innymi słowy, przypomnieć sobie życie sprzed denominacji w 1997 roku. Według mojego przewodnika w 2008 roku 1 złoty warty był 300 riali. Dziś, pięć lat później, warty jest ich 10 tysięcy. Mam w portfelu 5 baniek, ale jakoś nie czuje się bogaty.

***

Przy ukraińskim monstrum ER1 nasze elektryczne zespoły trakcyjne EN57 wyglądają jak kolejka PIKO. ER1 nie ma przedziału rowerowego. Nie musi. Jest tak wielki, że rower wstawia się po prostu do środka, gdziekolwiek.

***

Autostrada Qom-Teheran. Pył w powietrzu, wokół pustynne pagórki, z rzadka jakieś oliwki. I czołgi. OK, chyba przejeżdżałem koło jakiejś bazy wojskowej. A na autostradzie jakby lekko zagubiony rowerzysta. Rowerzysta w końcu dochodzi do wniosku, ze jazda nad ranem bez jedzenia i picia nie jest najlepszym pomysłem i łapie taxi. Rower zawsze można wstawić do bagażnika. Mieści się w nim całe jedno koło!

***

Owoce warasz wyglądają jak nasza wilcza jagoda, toteż poczęstowanie mnie nimi przez Irańczyka w autobusie wziąłem za próbę ataku terrorystycznego, dopóki sam nie zjadł garści. Smakują słono i cierpko. I absolutnie wciągająco. Zupełnie jak Iran.

***

A w Raszcie spotkałem się z Osobą 1*. Opowiedziała mi swoją historię, ale to już w następnym odcinku.

 

*Dla uniknięcia kłopotów ze strony rządu niektóre opisywane osoby poprosiły o występowanie anonimowo.

Bio

Tomasz Larczyński

| Doktor nauk historycznych
Doktor nauk historycznych oraz analityk rynku kolejowego. Publikuję m.in. w „Kurierze Kolejowym” i „Transporcie Publicznym”. Pracownik PAN Biblioteki Gdańskiej. Tworzy zespół Krytyki Politycznej w Trójmieście. Członek partii Razem.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.