Świat

Pieniążek: Na tej wojnie kłamią wszyscy

pawel-pieniazek

Paweł Pieniążek w rozmowie z Marcinem Wyrwałem z Onet.pl mówi, w jaki sposób powstaje medialny obraz wojny.

Marcin Wyrwał: Kiedy wracasz z Donbasu i słuchasz, co polskie media mówią o wojnie na wschodzie Ukrainy, to co myślisz?

Paweł Pieniążek: Nieczęsto włączam polskie media, bo zwykle słucham ukraińskich, rosyjskich czy amerykańskich, ale w tych polskich dziwi mnie brak konsekwencji. Konflikt jest podawany u nas wyrywkowo. Najbardziej uderzyło mnie to latem 2015 roku. Byłem akurat w Doniecku, po stronie separatystów. W tym czasie doszło do ostrzału ukraińskiej Sartany. Zginęły wtedy trzy osoby. Zadzwoniła do mnie dziennikarka z Polski z pytaniem o Sartanę, a ja odpowiedziałem, że jestem akurat w Doniecku, gdzie każdego dnia giną cywile. Na terytoriach kontrolowanych przez separatystów liczba zabitych dochodziła nawet do kilkunastu osób w ciągu doby. Oni nic o tym nie wiedzieli. Dzieje się tak dlatego, że przy najważniejszym konflikcie zbrojnym w naszym regionie, który dotyczy też naszego kraju, pracuje tak nieliczna grupa polskich dziennikarzy.

(…)

Ja majdan zacząłem z kaskiem z budowy na głowie. Potem zakupiłem ulepszoną wersję – kask narciarski, jak zapewniła mnie ekspedientka, spełniający normy Unii Europejskiej. Na majdanie strzelano już wtedy ostrą amunicją.

Nikt z nas nie był na to gotowy. Pamiętam dziennikarzy, którzy biegali po majdanie w blaszanych hełmach z II wojny światowej. Ja sam miałem kask budowalny, i to też dopiero od momentu, gdy Berkut obił mi głowę na ulicy Bankowej. Zresztą w redakcjach, z którymi współpracowałem, praktycznie nikt się nie interesował, w czym ja tam jadę. Z tego szczątkowego doświadczenia, czym jest korespondent wojenny, wzięły wszystkie inne problemy. Gdy skończył się majdan, a zaczęła wojna na wschodzie Ukrainy, te wszystkie problemy tylko się spotęgowały…

A część polskich dziennikarzy wyszła ze swojej roli…

Jest dla mnie szokujące, że są tacy polscy dziennikarze, którzy założyli mundury wojskowe armii ukraińskiej. To jest przecież złamanie podstawowej zasady neutralności. Wielu naszych dziennikarzy poczuło się aktywistami. My wszyscy mieliśmy ten aktywistyczny pierwiastek na początku. Niektórym udało się go pozbyć, ale inni dalej radośnie biegają w mundurach i udają dziennikarzy.

(…)

Ofensywa, której nie będzie [Pieniążek z Donbasu]

Polskie media korzystają też ze źródeł w mediach ukraińskich. Na ile one są wiarygodne?

Jeżeli nie ma się na miejscu własnych korespondentów, to nie sposób odpowiedzieć na to pytanie. Nasz przekaz w naturalny sposób jest dużo przychylniejszy Ukrainie, bo stamtąd dochodzą do nas informacje, ale one są podawane przez ukraińskie wojsko i media, które jasno opowiadają się po jednej ze stron. Jedyną szansą na uzyskanie twardej informacji jest więc wysyłanie polskich korespondentów. A i wtedy pozyskiwanie informacji nie jest proste, bo wiele z nich pochodzi z wojskowych sztabów. Wtedy trzeba rozsądnie odsiewać prawdę z morza kłamstw. W wydanej niedawno w Polsce książce o wojnie wietnamskiej “Depesze” wybitny korespondent wojenny Michael Herr opisuje, jak amerykańscy sztabowcy wymyślali informacje, a zadaniem dziennikarza było nie dać się wkręcić.

Ciebie próbowano wkręcić?

Wielokrotnie. Latem 2016 roku przybyłem do Szyrokine. Przed wojną to był kurort nad Morzem Azowskim, obecnie jest całkowicie zniszczony, ponieważ znajduje się dokładnie na linii frontu. Siedziałem tam z wojskowymi. Mówili, że są ostrzeliwani. Ale ja słyszałem tylko ukraińskie moździerze. W pewnym momencie dowódca powiedział: “Nie zwracaj na nie uwagi, to po prostu praca, rozpoznanie pola”.

(…)

Zresztą w ogóle ukraińskie media relacjonują tę wojnę tak, jak chce rząd. Stąd też nazewnictwo. W ukraińskich mediach separatyści nazywani są terrorystami, co jest bardzo złe.

Dlaczego?

Bo to utrudnia dialog. Jak rozmawiać z ludźmi, których oficjalnie uznaje się za terrorystów?

Jakbyś porównał skalę zakłamania mediów na Ukrainie i w Rosji?

Na Ukrainie nie tworzy się jednak wydarzeń od zera, a Rosja potrafi wykreować jakąś historię zupełnie od podstaw. Na przykład w Rosji i separatystycznych republikach wszyscy święcie wierzą, że NATO jest zaangażowane w konflikt po stronie ukraińskiej.

Jeszcze gorzej jest z mediami separatystycznymi. Informacje prasowe od separatystów bywają tak absurdalne, że czasem nie wiem, jak je czytać. Przykładowo, kiedy zestrzelili cywilny samolot MH17, najpierw chwalili się tym, sądząc, że trafili w ukraińską maszynę wojskową. Kiedy okazało się, że to był cywilny samolot, to informacje zaczęły znikać z internetu, a zamiast nich pojawiły się inne, na przykład, że to był samolot medyczny z ciałami, więc nikt tam praktycznie nie zginął.

Na ile to jest typowa propaganda, obecna na każdej wojnie, a na ile opisywana w twojej książce era postprawdy, tak skutecznie wykreowana przez rosyjską telewizję?

Oglądając rosyjską telewizję, można naprawdę oszaleć. Z jednej strony to profesjonalnie zrobiona telewizja, z dużym budżetem i na wysokim poziomie technicznym. Ale przekaz jest głęboko nieuczciwy. Oni po prostu wymyślają różne historie. Klasycznym przykładem było rzekome ukrzyżowanie przez ukraińskich żołnierzy dziecka w Słowiańsku. To był mit, który maniakalnie powtarzano w rosyjskiej telewizji, ale nigdy nie dostarczono ani zdjęcia, ani najdrobniejszego dowodu tego wydarzenia. Świetną robotę w obalaniu takich mitów wykonała pewna dziennikarka z BBC, śledząca historię innego dziecka, które miała zabić ukraińska artyleria w Doniecku. Separatystyczne i rosyjskie media rozgłaszały to wszędzie, znowu nie pokazując żadnych zdjęć dziecka, ani innych szczegółów. Ona najpierw zaczęła rozpytywać ludzi z rejonu, w którym miało dojść do ataku. Ci ludzie nie znali ani zabitego dziecka, ani nawet nie słyszeli żadnego ostrzału. Potem poszła do pracowników tamtejszych mediów z ukrytym mikrofonem, a ci powiedzieli jej, że to dziecko nie istnieje. Zdemaskowała kłamstwo, chociaż potem nigdy już nie mogła pracować w Doniecku.

(…)

Ludzie przekroczyli ten moment, kiedy już nie mogą z sobą rozmawiać. Ukraińcy nazywają tych z Donbasu “watnikami” i “zombie”, a tamci mówią na Ukraińców – “ukropy” i “faszyści”. Wtedy zaczyna się dehumanizowanie tej drugiej strony.

A przecież, jak piszesz w swojej książce, często tylko przyczyny geograficzne sprawiają, że ktoś walczy po jednej lub drugiej stronie.

To często nie jest świadomy wybór. Ktoś w chwili wybuchu wojny mieszkał w Donbasie, więc zaczął go bronić przed Ukraińcami i vice versa.

**
Cały wywiad na Onet.pl

wojna-ktora-nas-zmienila-pawel-pieniazek

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.