Świat

Pechowy rok dla wojny z narkotykami

Świat nieuchronnie zmierza ku lepszej polityce narkotykowej. Podsumowanie 2013 roku.

Nie był to szczęśliwy rok dla wojny z narkotykami. Mimo że nie podoba się to samemu papieżowi Franciszkowi, który wrzuca do jednego worka dilerów i postępowych prezydentów, świat nieuchronnie zmierza ku lepszemu. A przynajmniej ku lepszej polityce narkotykowej.

Rok przełomów

Naprzód posunęły się sprawy, o których pisaliśmy w ubiegłorocznym podsumowaniu. W Urugwaju z inicjatywy ustawodawczej prezydenta najpierw parlament w sierpniu, a potem senat w grudniu   przegłosowały ustawę legalizującą produkcję marihuany i obrót nią. Będzie można ją hodować w ograniczonych ilościach, palić w klubach konopnych bądź kupować w specjalnych aptekach. Obywatele i obywatelki uzyskają także dostęp do medycznej marihuany. Najprawdopodobniej wiosną 2014 roku zaobserwujemy pierwsze efekty nowego prawa. Z kolei Boliwia przyjęła prawo legalizujące zakorzenione kulturowo praktyki związane z produkowaniem, handlem i konsumpcją liści koki (w tym także do celów leczniczych).

Warto wspomnieć, że nie są to pojedyncze przypadki, ale konsekwencja wieloletnich działań szerokiej koalicji skupiającej większość państw kontynentu. W 2013 roku Organizacja Państw Amerykańskich (OAS) przygotowała raport podsumowujący katastrofalne skutki wojny narkotykowej dla Ameryki Południowej. Jego autorzy proponują alternatywy dla wszechobecnej prohibicji.

W USA 2013 również był pełen wrażeń. Kolejne stany dekryminalizowały posiadanie marihuany i/lub legalizowały ją do celów leczniczych. Niektóre (m.in. Alaska, Kalifornia, Maine) próbują iść śladem stanów Waszyngton i Kolorado. W tym ostatnim już 1 stycznia otwartych zostało ponad sto sklepów z marihuaną dla celów „rekreacyjnych” (nieleczniczych). To przełom.

Może nie przełomowa, ale ważna była deklaracja prokuratora generalnego USA, Erica Holdera, kończąca, przynajmniej na razie, konflikt między prawem stanowym a federalnym. Holder zapewnił, że służby federalne nie będą zamykać sklepów z marihuaną działających na podstawie prawa stanowego. Jest to o tyle istotne, że dziś już 27 stanów legalizuje lub dekryminalizuje posiadanie marihuany . Wszystko wskazuje na to, że pociągnie to za sobą zmianę na poziomie całego państwa.

A co się działo w Europie? Czesi, jak zwykle niepoważni, 1 kwietnia zalegalizowali marihuanę do celów leczniczych. Podobno żaden parlamentarzysta nie krzyczał z mównicy:  „Której mafii pan służy?”. W 2014 roku toczyć się będzie walka o refundację leku opartego na bazie marihuany. Tak po prostu.

Nawet na wschodzie Europy coś drgnęło. Ukraina ma w końcu politykę narkotykową. Po tym, jak poświęciliśmy temu kijowską konferencję East Drug Story, rząd przyjął „Narodową Strategię Narkotykową do 2020 roku”, przewidującą m.in. dekryminalizację posiadania narkotyków, wspieranie terapii substytucyjnej czy walkę z nadużywaniem przemocy i wymuszeń wobec zatrzymanych użytkowników.

Norwegia i Szwajcaria, podobnie jak wiele innych krajów, sprzeciwiają się oenzetowskiemu betonowi, wskazując Amerykę Południową jako pozytywny przykład. Ale to wiemy jedynie z przecieków. Czy wobec tego uda się wreszcie zmienić międzynarodowe konwencje utrzymujące globalny reżim prohibicji? Tego dowiemy się najwcześniej w 2016 roku, podczas Zgromadzenia Generalnego Organizacji Narodów Zjednoczonych poświęconego narkotykom.

Wiele osób publicznych przyznało w zeszłym roku, że wojna z narkotykami powinna się skończyć.

We wrześniu John McCain, kandydat republikanów na prezydenta USA, powiedział, że być może trzeba zalegalizować marihuanę. Parę tygodni wcześniej słynny amerykański autorytet medyczny, dr Sanjay Gupta, przeprosił, że przez ponad 70 lat wprowadzał Amerykanów w błąd w kwestii skutków zażywania marihuany. Głos zabrał także Brad Pitt, który jest współproducentem świetnego dokumentu „House I live in”: „Praktyczna porażka wojny z narkotykami to tylko część złożonego problemu. Te same strategie, które miały tak minimalny wpływ na spożycie narkotyków w całym kraju, głęboko i niewspółmiernie pokrzywdziły najuboższych i mniejszości etniczne” – powiedział”

Popkultura już od dawna otwarcie mówi o zażywaniu substancji psychoaktywnych. Gagi z paleniem marihuany były już wykorzystywane w serialach tysiące razy, ale amerykańscy scenarzyści i producenci potrafią zaskoczyć, podejmując coraz częściej wątki polityczne związane z zażywaniem substancji psychoaktywnych. Finałowe odcinki piątego, ostatniego sezonu „Breaking Bad”, pokazujące, że dilerzy i producenci narkotyków wyrastają jak grzyby po deszczu, mimo akcji militarnych DEA czy porachunków wewnątrz karteli, gromadziły miliony widzów. W wojnie z narkotykami osoby je zażywające bądź uzależnione się nie liczą. Nie myślą o nich ani producenci i handlarze narkotyków, ani przedstawiciele państwa. Liczą się tylko zyski – a z drugiej strony ślepa wiara w świat idealny, w którym ludzkość jest „wolna od narkotyków”. Potwierdził to jeszcze jeden fakt ze sfery show-biznesu – śmierć Cory’ego Monteitha, aktora grającego Finna w serialu „Glee”, który od wielu lat był uzależniony, głównie od heroiny, i choć funkcjonował w tak otwartym środowisku, nie mógł znaleźć pomocy. To jasny sygnał, że z systemem leczenia i postrzeganiem osób uzależnionych w amerykańskim społeczeństwie jest coś nie tak.

W Polsce ludzie kultury, m.in. Agnieszka Holland, Robert Makłowicz czy Stanisław Sojka, zaapelowali do premiera o dekryminalizację posiadania niewielkich ilości narkotyków. Niestety premier na list jeszcze nie odpisał, nawet na Twitterze. Ale pamiętamy, że już kiedyś podobno kazał nam wybrać innego premiera, jeśli chcemy w Polsce dekryminalizacji. Wybory parlamentarne dopiero w 2015. W tym roku warto jednak popytać kandydatów na eurodeputowanych przed zbliżającymi się wyborami do Parlamentu Europejskiego, co myślą o polityce narkotykowej i co zrobią na rzecz propagowania jej bardziej humanitarnej odsłony we wszystkich państwach członkowskich. Jeśli mowa o Polsce, to warto przywołać ważną pozycję książkową – „Encyklopedię polskiej psychodelii” Kamila Sipowicza. Dawno nikt tak dociekliwie nie odkopywał wątków narkotykowych w polskiej sztuce i literaturze na przestrzeni wieków.

Rok wyzwań

Europa, a szczególnie Polska, pozostają w ogonie zmian polityki narkotykowej. Są oczywiście wspomniane wyżej wyjątki, niektóre agencje, jak na przykład Europejskie Centrum Monitoringu Narkotyków i Narkomanii, podejmują próby krytyki obecnego stanu, mówiąc wprost, że prohibicja nie przynosi żadnych pozytywnych efektów, a spożycie wciąż rośnie. To m.in. w raporcie EMCDDA za 2013 rok kraje takie jak Polska, gdzie grożą jedne z najwyższych kar za posiadanie substancji zabronionych, są tym złym bohaterem.

Starzy wyjadacze polityki narkotykowej opartej na redukcji szkód, którzy ponad dziesięć lat temu zaczęli kompleksowe reformy, są gotowi na kolejne kroki. Portugalia dodała kilka zapisów w kwestii badania szkodliwości nowych substancji. To kosmetyka, bo procent osób sięgających po dopalacze pozostanie mniej więcej na tym samym poziomie, jeśli za zażycie standardowych narkotyków nie będą grozić poważne sankcje karne.

Utrzymujący się wciąż kryzys finansowy nie był korzystny dla wielu rozwijających się państw z naszego regionu. Najdobitniejszym tego przykładem jest sytuacja programów redukcji szkód w Rumunii. Po tym, jak skończyło się wsparcie finansowe ze środków Global Fund, rząd zapowiedział zaprzestanie ich finansowania, co oznaczało po prostu ich zamknięcie. Rok 2014 będzie ważnym testem dla Unii Europejskiej również w sferze polityki narkotykowej – na ile państwa członkowskie gotowe są do wdrożenia i przestrzegania wspólnych rozwiązań opartych na redukcji szkód. Obecnie wciąż słyszymy, że leży to w gestii poszczególnych rządów. A przecież polityka narkotykowa to obszar, w którym często łamane są prawa człowieka – a jednym z filarów Unii jest dążenie do ich przestrzegania.

Polska powoli wpisuje się w globalną kampanię na rzecz zmiany polityki narkotykowej. Nie możemy już narzekać na zaangażowanie młodych ludzi, aktywistów i specjalistów, ale potencjalne zmiany są wciąż blokowane przez drzemiąca w nas głęboko narkofobię z jednej strony, a strach osób publicznych przed rzeczową debatą – z drugiej.

W Sejmie od ponad roku czekają trzy nowe projekty nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, zakładające m.in. dekryminalizację posiadania niewielkich ilości substancji. Niestety nikt chyba o nich nie pamięta lub nie chce pamiętać. Poza stroną społeczną – aktywiści i specjaliści w zeszłym roku po raz pierwszy ocenili funkcjonowanie niedoskonałej nowelizacji ustawy z 1 kwietnia 2011 roku. Agnieszka Sieniawska i Jacek Charmast, autorzy II Raportu Rzecznika Praw Osób Uzależnionych, ostro skrytykowali skutki połowicznej dekryminalizacji, czyli możliwości odstąpienia przez prokuratora od postawienia zarzutów. Nawet samo Ministerstwo Sprawiedliwości nie jest zadowolone ze statystyk umorzeń spraw za posiadanie niewielkich ilości substancji psychoaktywnych i zamierza prowadzić akcje uświadamiające prokuratorom, jakie prawo obowiązuje od ponad roku.

Wierzymy, że w 2014 aktywiści wciąż będą mieć siłę pokazywać absurdy prawa antynarkotykowego. Na przykład fakt, że w zeszłym roku zatrzymano 30 000 osób za posiadanie niewielkich ilości substancji na własny użytek, dowodząc w ten sposób, że bardziej liberalna polityka narkotykowa jest niezbędna.

Kilka wydarzeń medialnych z poprzedniego roku pokazało dobitnie, że jako społeczeństwo nie potrafimy racjonalnie rozmawiać o substancjach psychoaktywnych. Na co dzień nie chcemy widzieć zagrożeń i poszukiwać zawczasu rozwiązań problemów, a kiedy wychodzi na jaw tragedia, jesteśmy gotowi na spektakularne (tym samym często nieracjonalne) zachowania i gesty.

Szczególnie widoczne było to w historii samobójstwa Stanisława, którego przyczyną miało być rzekomo palenie marihuany. W kilku gazetach i stacjach telewizyjnych rozpoczął się napędzany wynikami czytelnictwa i oglądalnością sąd nad działaniem substancji psychoaktywnych i ich wpływu na zdrowie człowieka. Głos osób znających się na tym temacie ginął w odmęcie deklaracji polityków i rozpaczy wmanipulowanej w całą sytuację matki przeżywającej tragedię. Otrzeźwienie przyniósł dopiero raport Najwyższej Izby Kontroli, który pokazał obłudę politycznej paplaniny – jak piszą autorzy raportu, w polskich szkołach profilaktyka narkotykowa nie istnieje. Nauczyciele nie rozmawiają z uczniami o narkotykach i zagrożeniach związanych z ich zażywaniem. Nie rozmawiają, bo nie są do tego przygotowani. Ministerstwo Edukacji Narodowej nie ma jasnych regulacji dotyczących tej sfery, nie współpracuje regularnie z innymi instytucjami publicznymi. To samo dotyczy w Polsce edukacji seksualnej i prewencja HIV/AIDS. Jesienią Krajowe Centrum ds. AIDS postanowiło wycofać się z finansowania kampanii skierowanej do mężczyzn uprawiających seks z mężczyznami, bo po oskarżeniach jednego z dzienników o propagowanie gorszących zachowań seksualnych i zażywania narkotyków nie mogło uczestniczyć dalej w tym „procederze” – na który wcześniej samo rozpisało otwarty konkurs.

W 2013 roku i narkotyki, i seks, i HIV, jak pokazał w swojej książce Jakub Janiszewski, były wciąż polityczne. I dobrze.

W 2014 roku wyzwaniem będzie pokazanie, jak bardzo daliśmy się wmanewrować w myślenie o złych narkotykach.

Tymczasem źli są ludzie, którzy odmawiają pomocy osobom uzależnionym, nie reagują na potrzebę wprowadzania programów nauczania o narkotykach i seksie w szkołach, odmawiają zmiany prawa i powodują dużo niepotrzebnych osobistych komplikacji w życiu sporadycznych użytkowników.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.