Świat

Koniec Özila, albo „spadaj do Anatolii, turecka świnio!“

Mesut Özil i Recep Tayyip Erdogan. Fot. kadr YouTube.com

Niemieckim futbolem wstrząsnęła bezprecedensowa afera. Ale odejście Mesuta Özila z reprezentacji to skomplikowana sprawa, któa ujawniła nie tylko rasizm części kibiców i działaczy piłkarskich.

Talent pokolenia, mistrz świata z 2014 roku, odnosił sukcesy w hiszpańskiej lidze, a z Arsenalem zdobył trzy Puchary Anglii. Niemiec z największą liczbą obserwujących na Twitterze. Niedawny symbol udanej integracji – wybitny futbolista z tureckimi korzeniami. Mesut Özil, ten sam, który w serii tweetów obwieścił, że kończy swoją karierę reprezentacyjną. Jego odejście na przedwczesną piłkarską emeryturę pokazuje, jak bardzo europejskie społeczeństwo zmieniło się w ciągu ostatniej dekady.

Tegoroczne mistrzostwa świata w Rosji były naznaczone między innymi nieoczekiwaną porażką jednego z faworytów, czyli drużyny narodowej Niemiec. Jednak dla części kibiców stanowiła ona jedynie zwieńczenie burzliwych nastrojów obecnych w Niemieckim Związku Piłki Nożnej (DFB) już od kilku miesięcy, jeśli nie lat. Największa piłkarska organizacja na świecie, na czele której stoi Reinhard Grindel, również zmaga się z rozognionymi po upolitycznieniu kryzysu migracyjnego w latach 2015 i 2016 nastrojami społecznymi oraz rosnącą falą prawicowego populizmu i ekstremizmu.

Jednym z momentów przełomowych, rozpoczynających nową, bardziej skomplikowaną erę niemieckiego futbolu, była sprawa sprzed dwóch lat. DFB musiał wówczas stanąć w obronie innego reprezentanta drużyny narodowej Jérôme’a Boatenga, którego z powodu jego ghańskich korzeni zaatakował członek partii Alternatywa dla Niemiec (AfD) Alexander Gauland. Pod presją ze strony niemieckich mediów Grindel wstawił się wtedy za swoim reprezentantem, potępiając ostro Gaulanda za jego rasistowskie komentarze. „Miliony ludzi uwielbiają drużynę narodową, dlatego że jest taka, jaka jest” – powiedział wtedy Grindel. „Boateng jest wybitnym zawodnikiem i wspaniałym człowiekiem, który nawiasem mówiąc angażuje się społecznie i stanowi wzór dla wielu młodych osób” − dodał.

Jednak od 2016 r. atmosfera w niemieckim środowisku piłkarskim się zmienia. Za porażki drużyny narodowej obwiniani są często (przede wszystkim przez brukowce) zawodnicy o nieeuropejskich korzeniach. Były kapitan, a współcześnie honorowy kapitan drużyny niemieckiej Lothar Matthäus publicznie zasugerował, że Özil nie daje z siebie wszystkiego w niemieckich barwach z powodu… swojego pochodzenia i braku pasji. To nie koniec. Na samych meczach drużyny niemieckiej coraz częściej pojawia się neonazistowska symbolika. Kiedy więc w maju tego roku podczas wizyty państwowej tureckiego prezydenta Erdoğana w Wielkiej Brytanii Mesut Özil zrobił sobie z nim zdjęcie, było jasne, że ten incydent nie przejdzie niepostrzeżony.

Zdjęcie, na którym oprócz Özila z tureckim prezydentem pozuje też inny zawodnik niemieckiej reprezentacji i pomocnik Manchesteru City Ilkay Gündogan, wywołało w Niemczech dosłownie burzę. Gündogan podarował prezydentowi koszulkę z napisem „Dla mojego prezydenta, z szacunkiem”. Później starał się uciszyć całą sprawę wyjaśniając, że spotkanie nie miało charakteru politycznego i nie chodziło o wyraz poparcia dla polityki Erdoğana, tylko o przejaw szacunku dla reprezentanta kraju, z którego pochodzą jego przodkowie. Özil unikał publicznego komentarza i nawet nie wziął udziału w konferencji prasowej przed zbliżającymi się mistrzostwami. Tymczasem w Niemczech narastały głosy domagające się wyrzucenia obu piłkarzy z reprezentacji, czemu zdecydowanie sprzeciwił się trener Joachim Löw. Ten tłumaczył, że choć czasami trudno to zrozumieć, to niektórym zawodnikom „biją w piersi dwa serca” i w żadnym wypadku nie zastanawia się nad wykluczeniem Özila czy Gündogana z letnich mistrzostw.

Słaba kadra? Winni są ci z Turcji

Z perspektywy niemieckiej smutny przebieg samych mistrzostw pokazał, jak bardzo napięta jest sytuacja. Po ostatnim meczu grupy, w którym reprezentacja Niemiec, nazywana die Mannschaft, sensacyjnie przegrała z Koreą Południową, w niemieckich gazetach roiło się od zdjęć Mesuta Özila, którego część opinii publicznej obarczyła winą za porażkę Niemiec.

Wymarzone mistrzostwa w rosyjskiej guberni

czytaj także

Tabloid „Bild” pospieszył z bombastyczną stroną tytułową, na której zamieścił wypowiedź Donalda Trumpa o Niemcach i ich sprzeciwie wobec niemieckiego rządu, a tuż obok komentarz Matthäusa, który twierdził, iż było widać, że w niemieckich barwach Özil czuje się nieswojo. Dla wielkiej części środowiska piłkarskiego obojętne było to, że Özil stworzył w tym meczu rekordowych siedem szans dla swoich współzawodników i że według mediów światowych był niemal jedynym dobrze grającym zawodnikiem. Narracja, w której to element turecki jest sprawcą wszystkiego co złe w kadrze, przyjęła się już dawno i opanowała dużą część debaty.

Sam piłkarz zabrał w tej sprawie głos dopiero w serii trzech obszernych, zamieszczonych wyżej tweetów, w których spróbował wyjaśnić swoje spotkanie z Erdoğanem oraz ogłosił zakończenie kariery reprezentacyjnej.

W pierwszej części Özil wyjaśnia, że spotkanie z Erdoğanem nie miało charakteru politycznego. Z tureckim prezydentem spotkał się po raz pierwszy w 2010 roku, od tego czasu spotkali się jeszcze kilka razy, a ich tegoroczne wspólne zdjęcie nie miało nic wspólnego z polityką. „Moja mama wychowała mnie tak, żebym był zawsze świadomy swojego pochodzenia” – pisze Özil. „Zrobienie sobie zdjęcia z prezydentem Turcji nie ma nic wspólnego z polityką ani z wyborami, wyrażam w ten sposób jedynie szacunek dla najwyższego urzędu kraju, z którego pochodzi moja rodzina”. Mimo racjonalnej argumentacji ta część oświadczenia to trochę hucpa – w maju miał miejsce szczyt kampanii wyborczej w Turcji i wspólne zdjęcie z gwiazdami piłkarskimi to po prostu PR dla prezydenta Erdoğana. Jeśli przypomnimy, że turecki prezydent walczył o niemal półtora miliona głosów Turków żyjących w Niemczech, gdzie formalnie nie może prowadzić kampanii, nie możemy uniknąć politycznej interpretacji ich spotkania. Wśród zaproszonych na spotkanie sportowców znalazł się prawdopodobnie również Emre Can, będący wtedy pomocnikiem w Liverpoolu, lecz ten podziękował i odmówił udziału.

Jednocześnie ważne jest, żeby zrozumieć, jak turecki establishment wykorzystuje oznaki opozycji politycznej wśród sportowców. Były gracz reprezentacji Hakan Sukur albo koszykarz Enes Kanter mogliby na przykład opowiadać o prześladowaniach spowodowanych krytyką Erdoğana. Özil nie mieszka wprawdzie w Turcji, ale turecka machina policyjna często atakuje też daleką rodzinę, czego zresztą dowodzi nakaz aresztowania ojca Kantera. Do tego znajomość Özila z Erdoğanem sięga czasów, kiedy kontrowersyjny dzisiaj autorytarny polityk był postrzegany przez Zachód jako liberalna nadzieja Turcji. Ich pierwsze spotkanie odbyło się po finale mistrzostw świata 2010, które Erdoğan śledził razem z Angelą Merkel.

Nawet gdyby Özil nie zgadzał się z kontrowersyjną polityką Erdoğana, a spotkanie zaakceptował trochę ze strachu przed możliwymi konsekwencjami, trochę z szacunku dla majestatu prezydenta, a trochę z powodu ich niemal dziesięcioletniej znajomości, to cała sprawa i tak jest co najmniej niefortunna.

Niemieccy kibice są rozdrażnienie i zachowaniem, i tłumaczeniami Özila. Zwolennicy skrajnej prawicy postrzegają całą sprawę jako dowód na to, że zawodnicy tureckiego pochodzenia, z Özilem na czele, są piątą kolumną islamskiego świata, natomiast liberalnych kibiców wkurza (choć tylko wirtualne) wsparcie dla autokratycznego władcy Turcji. Jednak tweety Özila, tłumaczące się odwiecznym mitem, że sport i polityka nie powinny być łączone, mocno kontrastuje z drugą oraz trzecią częścią opublikowanego przez futbolistę oświadczenia.

Politycy i działacze gorsi od chuliganów

Krytyka, jaką Özil kieruje w nich pod adresem części niemieckich mediów, DFB i jego przedstawicieli jest absolutnie druzgocąca. Podobno na krótko po aferze wokół spotkania z Erdoğanem piłkarz spotkał się z szefem związku Grindelem i trenerem Löwem, żeby wytłumaczyć całą sytuację. Jednak były poseł konserwatywnej CDU Grindel miał wykorzystać to spotkanie do powtarzania swoich poglądów politycznych, co zmusiło Özila do spotkania z samym niemieckim prezydentem Frankem-Walterem Steinmayerem. Tam rzekomo ustalili, że opublikują wspólne oświadczenie. To tylko jeszcze bardziej rozjuszyło szefa DFB, który obstawał przy tym, że jakakolwiek inicjatywa powinna należeć w tej sprawie do związku. W swoich tweetach Özil zrównuje Grindela, polityka SPD Bernda Holzhauera (który nazwał przy tej okazji Özila kozojebem) i dyrektora teatru narodowego w Monachium Wernera Steera (który dla odmiany poprosił Özila, żeby „wypierdalał do Anatolii”) z najgorszymi niemieckimi chuliganami, którzy po meczach wyzywają go od tureckich skurwieli czy świń.

Im lepsza impreza, tym gorszy kac

czytaj także

Cała sprawa nabiera przerażającego koloru, kiedy przypomnimy sobie, że jeszcze w 2010 r. Özil był nie tylko ikoną sportu. Po otrzymaniu Bambi Award zawodnik ten stał się symbolem udanej integracji, wygrywał prestiżowe niemieckie nagrody sportowe, chętnie pomagał finansować niemieckie szkoły. Volta, do jakiej doszło w ciągu ostatnich pięciu lat znacznie komplikuje te radosne jeszcze niedawno reakcje na sukcesy multikulturowej drużyny narodowej Niemiec.

Ataki, z jakimi muszą borykać się piłkarze, nie są jednak domeną wyłącznie niemieckiego rasizmu. W trakcie pierwszych dni tegorocznych mistrzostw w magazynie „Players Tribune” ukazał się świetny artykuł belgijskiego napastnika Romelu Lukaku. Piłkarz wspomina w nim, że „kiedy wszystko się udawało, wszędzie widziałem napisy <Romelu Lukaku, belgijski napastnik>. Ale jak tylko przestało się tak dobrze powodzić, we wszystkich gazetach pisano o mnie <Romelu Lukaku, belgijski napastnik kongijskiego pochodzenia>”.

Podobne doświadczenia ma także francuski piłkarz Karim Benzema. W roku 2011 podkreślał on, że „kiedy zdobywa gole, to jest Francuzem, kiedy ich nie zdobywa, to jest Arabem”. W ostatnim tweecie w serii Mesut Özil zadaje to samo pytanie – dlaczego piszą o nim, że jest tureckim Niemcem, podczas gdy byli reprezentanci Niemiec z polskimi korzeniami Lukas Podolski i Miroslav Klose (którzy nawet urodzili się w Polsce) nie są nigdy nazywani polskimi Niemcami? I niby chodzi tylko o piłkę? Niestety nie.

Wzrastające tendencje nacjonalistyczne i ekstremistyczne widać w większości państw europejskich, a właśnie w futbolu te zmiany społeczne uwidaczniają się tak wyraźnie. Choć deklaracja Özila jest w kilku punktach niezgrabna, to wskazuje na brutalne zmiany w postrzeganiu różnorodności społecznej w niemieckim społeczeństwie i nie tylko. Kiedy w 2006 r. Niemcy byli gospodarzami mistrzostw świata, duża część społeczeństwa pytała, jak kibicować drużynie narodowej, nie przywołując równocześnie ducha faszystowskiej przeszłości. Mimo że Niemcy uplasowały się wtedy dopiero na trzecim miejscu, wydawało się, że znalazły przepis na bycie dumnymi ze swojej teraźniejszości i wypróżnienie patriotyzmu ze starych, rasistowskich sentymentów.

Droga coraz skuteczniejszej niemieckiej drużyny, w której dzięki ustawie o obywatelstwie z 1999 r. znajdowało się wielu zawodników z przeszłością migracyjną, prowadziła przez obiecujące mistrzostwa 2010 i 2012 do fantastycznego sukcesu w mistrzostwach świata w Brazylii w roku 2014. Mesut Özil był jej dostojnym symbolem. Piłkarz, który mówił o sobie, że łączy najlepsze cechy tureckiej i niemieckiej mentalności, fundamenty swojego kunsztu postawił na małych betonowych placykach w biednych dzielnicach Gelsenkirchen. Kilka lat później stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych osobistości nowego niemieckiego futbolu. Wydaje się, że wszystko to należy to już do bezpowrotnie utraconej przeszłości.

Kiedy Özila obwieścił publicznie, że kończy karierę w reprezentacji, rozgniewani biali mężczyźni z byłym piłkarzem Uli Hönessem na czele pospieszyli z krytyką pomocnika Arsenalu Londyn i jego stylu gry. „Po raz ostatni wygrał przed 2014 r., a teraz tylko się ukrywa i gra do dupy” – puścił wodze językowi mistrz świata z 1974 r. Höness, a Twitter zalały rasistowskie komentarze wysyłające Özila w trzy diabły.

Szoku, jaki wywołała w środowisku tak otwarta ksenofobia, nie złagodzi ani słaba czwartkowa deklaracja szefa DFB, który stara się zaprzeczyć oskarżeniom o rasizm, ani twitterowa akcja sympatii pod hashtagiem #metwo, ani też wsparcie ze strony niektórych piłkarzy (z niemieckiej kadry wyraźniej odezwał się na razie tylko wspomniany Jérôme Boateng).

Tutaj nie chodzi jednak o pojedynczy incydent Özila, o krytykę jednego piłkarza czy niezgrabne wyjaśnienia niefortunnego spotkania z autorytatywnym prezydentem. Mamy do czynienia z bezprecedensową sprawą w światowym futbolu. Po deklaracji Özila przez Niemcy przetacza się ogólnospołeczna debata. Na pewno warto śledzić ją, a także to, w jakim kierunku posunie się postrzeganie kwestii narodowej w piłce nożnej. Przypomnijmy, że Niemcy ubiegają się o organizację Mistrzostw Europy w 2024 r. Jedno jest niemal pewne – do tego czasu z europejskiego społeczeństwa i futbolu rasizm i ksenofobia raczej nie znikną.

**
Tekst ukazał się na portalu A2larm.cz. Z czeskiego tłumaczyła Olga Słowik.

Lewandowski jako produkt, kibice jako klienci

Ja tam kibicuję Piastowi Gliwice

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.