Świat

Ocalić życie za dolara? O sensie mikrodziałalności charytatywnej

„Efekt Domina”. Fot.: Tatiana Jachyra, materiały promocyjne TVN.

Czy „mikrointerwencje” charytatywne mają sens, skoro u źródeł ubóstwa leżą zmiany klimatu i patologie globalnego kapitalizmu? Tak! Wyjaśnia Peter Singer.

MELBOURNE — W opublikowanym w ubiegłym miesiącu w „The Guardian” eseju, piętnastu czołowych ekonomistów, w tym nobliści Angus Deaton, James Heckman, i Joseph Stiglitz, skrytykowało zjawisko, które nazwali „modą na efektywność pomocy” twierdząc, że prowadzi ono do ignorowania prawdziwych przyczyn i źródeł globalnego ubóstwa.

Afryce karakuły, biznesowi złoto

czytaj także

Afryce karakuły, biznesowi złoto

Aleksandra Antonowicz-Cyglicka

Jestem orędownikiem skutecznej pomocy i przekazywania środków na wszystkie interwencje humanitarne, które okazały się wydajne ekonomicznie. Właśnie w tym celu założyłem organizację The Life You Can Save („Życie, które możesz ocalić”). Dokumentuje ona, które organizacje charytatywne najlepiej wykorzystują każdego otrzymanego od darczyńców dolara i zachęcającą ludzi do przekazywania kolejnych darowizn właśnie im. The Life You Can Save nakłania do wspierania sprawdzonych inicjatyw, ponieważ uważamy, że darczyńcy są bardziej skłonni czynić dobro pomagając jednostkom w potrzebie niż podejmować się wielkiego wyzwania eliminacji źródeł ubóstwa bez żadnej realistycznej strategii osiągnięcia tego celu.

Deaton, Heckman, Stiglitz i pozostali stwierdzają na początku swojego tekstu, że globalne ubóstwo „pozostaje wciąż nieprzemożone”. Tego typu stwierdzenie odzwierciedla, a zarazem wzmacnia dość ponury pogląd, jakobyśmy nie osiągali żadnych postępów w walce z problemem globalnego ubóstwa. A przecież to nieprawda.

Według klasyfikacji Banku Światowego ludzie żyjący w skrajnym ubóstwie to ci, którzy nie mają środków pozwalających im na trwałe zapewnienie sobie wystarczającej ilości pożywienia, dachu nad głową i zaspokojenie innych podstawowych potrzeb. Według najnowszych szacunków Banku na świecie w skrajnym ubóstwie żyje 768,5 mln ludzi, czyli 10,7% światowej populacji. W świecie, który produkuje wystarczająco dużo, by zaspokoić podstawowe potrzeby wszystkich (ba! A nawet znacznie więcej!), takie dane nie napawają dumą. Ale jeśli spojrzymy na dane, to dowiemy się, że w 1990 roku w skrajnym ubóstwie żyło ponad 35% światowej ludności, a jeszcze w 2012 roku odsetek ten wynosił 12,4%.

Widać zatem, że długofalowo mamy do czynienia z pozytywnym trendem.

Również inne wskaźniki ludzkiego dobrobytu podważają tego typu pesymistyczną konstatację. Na przykład wskaźnik umieralności dzieci spadł od 1990 roku z 93 na 1 tys. urodzeń do blisko 40.

Na czym polega #DefektDomina i dlaczego można zadawać pytania filantropce

We wspomnianym eseju ekonomiści stwierdzają, że rzekoma porażka wysiłków zmierzających do ograniczenia globalnego ubóstwa ma miejsce pomimo „pomocy liczonej w setkach miliardów dolarów”. Jednocześnie nie wskazują konkretnego przedziału czasu dla tego szacunku. Wielu czytelników nabierze więc przekonania, że świat co roku przekazuje na pomoc owe „setki miliardów dolarów”. Czy istotnie? W 2017 roku oficjalna pomoc rozwojowa (ODA) z gospodarek rozwiniętych wyniosła 146,6 miliardów dolarów, czyli niecałego dolara na każdych 300 dolarów zarobionych w tych krajach.

Dominika Kulczyk ratuje świat

czytaj także

Dominika Kulczyk ratuje świat

Agnieszka Bułacik

Jeżeli wszystkie te pieniądze trafiłyby do 768,5 miliona ludzi żyjących w skrajnym ubóstwie, każdy z nich otrzymałby 191 dolarów. Tymczasem do najsłabiej rozwiniętych krajów trafia zaledwie 45% ODA. Dlaczego? Bo znaczna część środków jest przeznaczana na programy, których efektywność jest słabo udowodniona. Nie dziwi zatem, że ta skromna pula środków pomocowych, często trafiających nie tam, gdzie trzeba, i nie zdołała jak na razie zlikwidować skrajnego ubóstwa.

Następnie 15 ekonomistów wzięło pod ostrzał zrandomizowane kontrolowane próby mające sprawdzać efektywność interwencji. Tego typu badania są, ich zdaniem, kosztowne. Być może rzeczywiście tak jest, jednak z pewnością kosztują mniej niż wspieranie projektów, które nie przynoszą nic dobrego. Nie zawsze można zastosować zrandomizowane próby i nie jest to jedyny sposób na potwierdzenie skuteczności pomocy. Niemniej jednak tam, gdzie można je zastosować, okazują się źródłem rzetelnych dowodów. Na przykład na to, że rozdawanie moskitier mających chronić dzieci przed komarami roznoszącymi malarię rzeczywiście ratuje życie bardzo niewielkim kosztem.

Główny zarzut ekonomistów wobec tego typu dowodów dotyczy tego, że koncentrujemy się przez nie na „mikrointerwencjach”, które nie próbują nawet wyeliminować przyczyn leżących u podstaw ubóstwa. Jednak ciężar gatunkowy takiego zarzutu zależy od tego, czy są dostępne lepsze alternatywy.

Co sugerują ekonomiści? Twierdzą, że ubogim jest potrzebny „dostęp do publicznej edukacji i ochrony zdrowia” oraz że konieczne są skoordynowane działania władz państwowych mające zapobiegać zmianom klimatu. Realne zmiany w rolnictwie na lepsze wymagają odejścia od nadmiernych dotacji wypłacanych przez bogate kraje.

Inne ich zalecenie to np. uszczelnienie poboru podatków od międzynarodowych korporacji, regulacja rajów podatkowych i stworzenie takich przepisów prawa pracy, które zatrzymają raz na zawsze wyścig globalizacyjny. Jak czytamy, aby ustalić, które działania najlepiej się sprawdzają, powinniśmy oprzeć się na niewystarczająco wykorzystywanych danych i zdjęciach satelitarnych. Celem ostatecznym jest tutaj zmiana zasad międzynarodowego systemu gospodarczego, tak by stał się on „bardziej ekologiczny i sprawiedliwszy dla większości ludzi na świecie.”

Cztery pytania, których „Wysokie Obcasy” nie zadały Dominice Kulczyk

To zaiste chwalebne cele. Jednak do kogo zwracają się ekonomiści? Do indywidualnych darczyńców wspierających organizacje charytatywne? Wysokich rangą urzędników w departamentach rządowych, odpowiedzialnych za alokację środków pomocowych? Rządów? Tylko ci ostatni mają faktyczne kompetencje do wprowadzenia zalecanych zmian.

Skoro argumenty te są skierowane do rządów, czy to znaczy, że lepsze dane przyniosą lepsze efekty pomocy? Dla przykładu – każdy, kto spróbował obiektywnie spojrzeć na dotacje dla rolników w USA wie, że działają one na szkodę osób cierpiących ubóstwo na świecie i stanowią ogromne marnotrawstwo państwowych funduszy. Niemniej jednak próby wyeliminowania tychże dotacji wielokrotnie spełzły na niczym, nie tyle ze względu na brak właściwej analizy tych działań, ale także z powodu siły politycznej rolniczych stanów.

The Life You Can Save, tak jak GiveWell i inne tego typu organizacje, stara się wpływać na indywidualnych darczyńców i zachęcić ich do zastanowienia się nad tym, gdzie skierować środki, by przyniosły jak najwięcej owoców. Mam nadzieję, że okażą się oni również aktywnymi obywatelami i spróbują nakłonić władze do stworzenia bardziej sprawiedliwego, ekologicznego świata. Tymczasem zaś w oczekiwaniu na zajęcie się przez naszych polityków przyczynami globalnego ubóstwa, przekażmy swoje wolne środki na skuteczną, bezpośrednią pomoc, która tu i teraz wspiera ludzi cierpiących skrajne ubóstwo. Tak, by już dziś mogli oni żyć jak najlepiej.

**
Peter Singer – profesor bioetyki na Uniwersytecie Princeton, Profesor Laureatus Uniwersytetu w Melbourne. Autor m.in. książek: Etyka praktyczna, Jeden świat: etyka globalizacji, Życie które możesz ocalić i The Most Good You Can Do.

Copyright: Project Syndicate, 2018. www.project-syndicate.org. Z angielskiego przełożyła Dorota Blabolil-Obrębska.

Postturyści, czyli jak podróżować, żeby nie kolonizować

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.