Świat

Mizoginiczny jad cyfrowy

Fot. domena publiczna via Pixabay.com

Na całym świecie kobiety pracujące w mediach częściej padają ofiarami ataków na tle płciowym, a tego typu przemoc ma bezpośredni wpływ na ich bezpieczeństwo i dalsze działania w sieci.

LONDYN – Zanim internet zrewolucjonizował sposób, w jaki zdobywa się i przekazuje wiadomości, dziennikarze raczej nie musieli obawiać się przemocy wirtualnej. Musieli przede wszystkim stawiać czoła niebezpieczeństwom w terenie: zagrożeniu fizycznemu i psychicznemu, czyhającemu na reporterów relacjonujących kataklizmy czy konflikty zbrojne. Od kiedy pole medialnej bitwy przeniosło się też w świat wirtualny, na linię ognia coraz częściej trafiają też kobiety.

Według pochodzącego z Wielkiej Brytanii think tanku Demos, dziennikarki są narażone trzykrotnie częściej na agresywne komentarze na Twitterze niż dziennikarze, przy czym ich autorzy często używają wobec obiektów swego ataku języka nacechowanego seksualnie („zdzira” i „dziwka”). W 2016 roku Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie opublikowała badania, w których stwierdzono, że na całym świecie kobiety pracujące w mediach nieproporcjonalnie częściej padały ofiarami ataków na tle płciowym i że tego typu przemoc miała „bezpośredni wpływ na ich bezpieczeństwo i dalsze działania w sieci”.

Groźba przemocy wobec kobiet pracujących w mediach często rozszerza się również na członków rodziny, zaś intymny charakter tych ataków, odbieranych bezpośrednio na prywatnych urządzeniach, a nie w służbowym otoczeniu newsroomu, nadaje im jeszcze większej mocy. Widzimy tu, jak zacierają się granice bezpieczeństwa wirtualnego, fizycznego i psychicznego.

Sączący się cyfrowy jad nie jest niczym nowym, jednakże mizoginistyczny ton tych ataków wyraźnie się pogłębia. Jeżeli zarządy mediów nie zaczną traktować tych trendów poważnie, głos dziennikarek może ucichnąć.

Inny sposób, w jaki dziennikarki są często atakowane w internecie, polega na podważaniu ich pracy czy reputacji. Istnieją już dowody na to, że kobiety stosują autocenzurę i unikają poruszania pewnych tematów, w szczególności dotyczących poszanowania praw i problemów marginalizowanych społeczności. To z kolei oznacza, że zostaje uciszony również głos ludzi słabych i bezbronnych.

Oczywiście są kobiety, które odpierają ataki, nie chcąc dawać trollom za wygraną. Alexandra Pascalidou, szwedzko-grecka dziennikarka, której za materiały poświęcone problematyce praw człowieka wygrażano w internecie i nie tylko, otwarcie mówi o tym, co przeżyła. Co więcej, dziennikarka publicznie wybaczyła jednemu z neonazistów, którzy stali na czele skierowanej przeciwko niej kampanii przemocy. Pod koniec ubiegłego roku podczas swojego wystąpienia na konferencji nt. mediów News Xchange, Pascalidou stwierdziła, że zwracanie uwagi na przemoc, której regularnie doświadcza ona i jej koleżanki po fachu jest, jak to sama nazwała, jej „obowiązkiem”.

– Potrzebujemy więcej ludzi takich jak my ‒ przekonywała. – Dopóki nasze szeregi są skromne, łatwiej jest im nas zastraszyć.

Penny: Zgoda (nie)rządzonych

czytaj także

Maria Ressa, była korespondentka wojenna CNN, również wypowiada się bez ogródek. Założycielka i prezeska Rappler.com, organizacji prasowej online na Filipinach, jest tarczą ataków o charakterze seksualnym od 2016 roku. Ressa straciła już rachubę, ile razy grożono jej śmiercią i przyznaje, że jej wcześniejsze doświadczenia jako sprawozdawcy z terenów konfliktu fizycznego w żadnej mierze nie przygotowały jej do skali przemocy, która została skierowana przeciwko niej i jej zespołowi z portalu Rappler.com.

Nie poddaje się jednak. Jej strategia mogłaby z powodzeniem posłużyć jako instruktaż dla szefów środków masowego przekazu, którzy być może uznają wreszcie powagę problemu nękania w internecie. Stosuje m.in. taktykę dziennikarstwa śledczego, by ujawniać tożsamość swych prześladowców, a także publicznie wzywa na platformach społecznościowych do większej aktywności w sprzeciwianiu się przemocy oraz pokazywaniu jej wpływu na psychikę ofiar.

Niestety większość dziennikarek nękanych online raczej niechętnie odnosi się do pomysłu konfrontacji z prześladowcami. Dla wielu z nich, lęk przed utratą reputacji czy nawet atakiem fizycznym rodzi kulturę wstydu, która powstrzymuje je przed mocną reakcją z podniesionym czołem.

Taka powściągliwość jest zrozumiała. W końcu jest przecież ziarno prawdy w tym, że konfrontacja z trollami dolewa tylko oliwy do ognia wirtualnej nienawiści. Jednak zachowanie w tej sprawie milczenia oznacza, że ofiary i ich zwolennicy stają się de facto podwójnie pokrzywdzeni: po pierwsze przez słowa i czyny prześladowców, po drugie – przez bezsilność, która nie pozwala im reagować. To pewna przestarzała forma dynamiki władzy opartej na płci, podrasowana dla potrzeb epoki cyfrowej.

Większość znanych mi dziennikarek przyznaje się do stosowania autocenzury w internetowych wypowiedziach. Wiele w ogóle zarzuciło platformy społecznościowe, takie jak Twitter, Facebook czy Instagram, mimo odgórnych nacisków, by pozostały „w kontakcie” z odbiorcami. Dla dziennikarek o ustabilizowanej sytuacji zawodowej dystansowanie się od mediów internetowych to niewielka strata. Jednak dla dziennikarek stojących dopiero na progu kariery, rezygnacja z mediów społecznościowych wiąże się z ryzykiem zawodowym i groźbą dla reputacji. Zatem internetowi prześladowcy zmuszają kobiety w mediach do podejmowania niemożliwych wyborów.

Nazwijmy rzecz po imieniu: cyberprzemoc jest nielegalna i karalna!

I choć rzeczywiście kierownictwo niektórych środków masowego przekazu podejmuje pewne kroki w celu zwiększania równouprawnienia płci, w wielu z nich nie zwraca się właściwej uwagi na nękanie online. Kiedy rozmawiałam na ten temat z kilkoma wyższej rangi decydentami z branży, głównie mężczyznami, wielu z nich zszokowała informacja o tym, że ich redakcyjne koleżanki czują się w przestrzeni wirtualnej aż tak zagrożone. Co gorsza, nie mieli żadnej adekwatnej odpowiedzi na to, jak poradzić sobie z tym problemem.

Brak świadomości wynika m.in. z tego, że kobiety minimalizują swoją obecność online. Wiele z nich obawia się, że otwarte mówienie o tym problemie mogłoby negatywnie wpłynąć na ich pozycję w pracy. Jedna z dziennikarek powiedziała mi na przykład, że nie chciała robić szumu wokół obraźliwego posta, który dostała, ponieważ grożono jej „tylko” gwałtem, a nie śmiercią, tak jak innej koleżance. Jeszcze inna dziennikarka uznała, że przemoc cyfrowa, której doświadczyła, nie zostanie potraktowana poważnie, ponieważ nie stało się to w „świecie realnym”.

Trudno winić kobiety za takie podejście, jednak możemy domagać się większego zaangażowania od osób na kierowniczych stanowiskach, odpowiedzialnych za bezpieczeństwo zatrudnianych dziennikarzy. Jak na razie, większość organizacji medialnych nie radzi sobie z tym problemem. Jeżeli w rezultacie więcej kobiet odejdzie z branży, dziennikarstwo podryfuje jeszcze bardziej zdecydowanie niż dziś w kierunku męskiej perspektywy.

Typowo nieprzyjazne dla dziennikarzy warunki, takie jak tereny ogarnięte konfliktem zbrojnym, z oczywistych względów mocno poruszają opinię publiczną i kierownictwa spółek medialnych. Bicie na alarm w związku z nękaniem w internecie w żaden sposób nie ma umniejszać niebezpieczeństwa, na które narażeni są pracujący w tych miejscach dziennikarze. Jednak, jak dobrze wie każda dziennikarka, po cyfrowych starciach również zostają blizny. Jeżeli kobiety mają poruszać się po wirtualnej linii medialnego frontu bez obrażeń, nie możemy wysyłać ich do walki w pojedynkę.

**
Copyright: Project Syndicate, 2018. www.project-syndicate.org. Z angielskiego przełożyła Dorota Blabolil-Obrębska.

Dziesięć dni urlopu dla ofiar przemocy domowej

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.