Świat

Milion plastikowych butelek na minutę

bezobalu-bezopakowan

Dlaczego prawie wszystkie produkty w supermarketach sprzedawane są w – najczęściej plastikowych – opakowaniach? Czy istnieją jakieś alternatywy?

Zapytałam o to Petra Hanzela, jednego z założycieli i rzecznika prasowego czeskiej organizacji Bezobalu.

Nazwa organizacji opiera się na grze słów: w dosłownym tłumaczeniu oznacza Bezopakowania, ale „bez obalu” w języku czeskim znaczy też tyle co „bez ogródek, wprost”. Bezobalu propaguje w Czechach ideę zapobiegania produkcji śmieci (tzw. zero waste). Obecnie prowadzi w Pradze dwa sklepy z produktami bez opakowań (kupuje się je na wagę, pakując do własnych pojemników – słoików, pudełek, woreczków), a oprócz tego organizuje wykłady, szkolenia, prowadzi działania edukacyjne.

*

Olga Słowik: Dlaczego tyle ludzi kupuje ryż w pudełku podzielony na cztery zapakowane w plastikowe woreczki porcje? Czemu nawet owoce, warzywa i pieczywo są w supermarketach zapakowane w plastik? W skrócie: dlaczego wszędzie jest tyle opakowań?

Petr Hanzel: To dłuższy proces, który rozpoczął się mniej więcej w połowie XX wieku. Wraz z pojawieniem się plastiku powstał prosty sposób pakowania nie tylko żywności, ale towarów w ogóle. Po prostu było to łatwe, tanie, z ówczesnego punktu widzenia bezproblemowe rozwiązanie. Właściwie dopiero teraz okazuje się, jakie ma to konsekwencje.

Dlaczego nagle zaczęliśmy odczuwać potrzebę pakowania rzeczy, które wcześniej kupowaliśmy i używaliśmy bez żadnego opakowania?

Rolę odgrywało tu dążenie do szybkiego obrotu towarów. Łatwo przyjść to sklepu samoobsługowego, wziąć jakieś pudełko, włożyć do koszyka i pójść do kasy. To dużo wygodniejsze przede wszystkim dla sprzedawcy – i tym samym idealne dla supermarketów, bo dzięki temu w krótkim czasie obracają dużymi pieniędzmi. Nikt nie musi odważać towaru i go, pakować. Ale takie podejście nie dotyczy tylko o żywności i innych towarów – w ogóle żyjemy szybciej. Powstało społeczeństwo konsumpcyjne, ludzie chcą, żeby wszystko było szybsze i łatwiejsze.

Ty oceniasz to negatywnie. Ale właściwie dlaczego mamy się ograniczać i rezygnować z czegoś, co ułatwia nam życie?

Bo dzisiaj negatywne konsekwencje używania opakowań są już wszędzie wokół nas, chociaż w naszej cywilizacji są one dobrze ukryte, żeby znajdowały się poza zasięgiem naszego wzroku. Wszyscy mamy wrażenie, że problem znika wraz z wyrzuceniem śmieci. Tyle że on znika tylko z naszego horyzontu. Sposoby usuwania śmieci zdecydowanie nie są tak efektywne, jak się o nich czasami mówi. Nie jest prawdą, że recykling rozwiązuje problem.

Petr Hanzel przemawia podczas otwarcia sklepu Bezobalu. Fot. Anna Šolcová / a2larm.cz

Dlaczego recykling nie jest rozwiązaniem?

Jego skuteczność jest dość niska, nawet w tak rozwiniętej części świata, jaką jest Unia Europejska.

Co to konkretnie oznacza?

Recyklingowi zostaje poddane stosunkowo mało odpadów. W przypadku plastiku jest to w Europie średnio około 25 procent. Czyli do firm recyklingowych trafia jedna czwarta odpadów z tworzyw sztucznych, ale jedynie część zostaje ponownie przetworzona, zazwyczaj tylko połowa. W skali światowej te liczby są jeszcze znacznie niższe. Na przykład podaje się, że w przypadku butelek PET do firm recyklingowych na całym świecie wraca zaledwie dziewięć procent z nich i tylko połowa zostaje poddana recyklingowi. Przy tym co minutę produkuje się na świecie milion plastikowych butelek! To olbrzymia niewspółmierność.

Co dzieje się z resztą, która nie zostaje ponownie przetworzona?

Niestety chodzi o najmniej skuteczne i najmniej przyjazne dla środowiska sposoby gospodarowania odpadami, czyli spalanie i składowanie. Spalanie produkuje wprawdzie energię, jednak efektywność tego procesu jest naprawdę bardzo niska. Drugi wariant to składowanie, które jest najgorszym z możliwych rozwiązań. Te dwa sposoby gospodarowania dotyczą w Unii Europejskiej ponad 70% odpadów!

Spalany jest też plastik? To może być przecież trujące…

Tak. Nie wszystkie plastikowe opakowania można ponownie przetworzyć. Przykładowo opakowania żywności są często zanieczyszczone, na przykład tłuste od różnych olejów, dlatego nie można ich przerobić. A ich spalanie rzeczywiście może być trujące – mimo zastosowaniu filtrów do atmosfery mogą przedostać się szkodliwe dioksyny.

Bożek: Śmieci na wagę złota

Wróćmy jeszcze do składowania odpadu. Na przykład Niemcy wywożą swój plastik do Chin.

Tak – i potem ładnie wyglądają w statystykach. Ale na pewno teraz się to zmieni. Chiny przez długi czas wykupywały dużą część odpadów, trudno powiedzieć dlaczego, bo ich system gospodarowania odpadami nie jest zbyt przejrzysty. Prawdopodobnie obliczyli, że będzie im się opłacać spalanie ich na produkcję energii. Jednak kilka miesięcy temu zrezygnowali z tego, przestali importować plastikowe odpady. I nagle powstał ogromny problem – okazało się, że nikt inny nie jest nimi zbyt zainteresowany, ceny wykupu spadły o kilkadziesiąt procent. Firmom recyklingowym nie opłaca się ich sprzedawać, więc plastik gromadzi się i nikt nie wie, co z nim zrobić. To tylko kolejny wykrzyknik pokazujący, że już naprawdę najwyższy czas przewartościować obecny krótkowzroczny, linearny sposób produkcji i wyrzucania.

Jakie są inne konsekwencje nadmiernej produkcji śmieci? Oprócz tego, że już nie mamy gdzie ich przechowywać.

Na przykład to, że mnóstwo śmieci ląduje w oceanach. Według raportu przygotowanego dwa lata temu na Światowe Forum Ekonomiczne w 2050 roku będzie w oceanach więcej plastiku niż ryb, a już teraz jest go więcej niż planktonu. Zwierzęta zjadają większe kawałki plastiku i blokują sobie układ pokarmowy, w wyniku czego umierają. Część plastiku rozpada się na tzw. mikrocząsteczki, które fauna morska myli z planktonem – w ten sposób dostają się do łańcucha pokarmowego, którego częścią jesteśmy też my, ludzie. Mikrocząsteczki znajdują się już niemal wszędzie – w soli, ale i w wodach śródlądowych czy w atmosferze. Więc plastik wraca do nas niczym bumerang, trafiając nawet do naszych organizmów.

Plastik wraca do nas niczym bumerang, trafiając nawet do naszych organizmów.

Często mówi się też o toksynach w materiałach opakowaniowych, co jest dość kontrowersyjnym tematem. Istnieją dwa obozy. Jeden twierdzi, że takie substancje jak ftalany, bisfenole i substancje zmiękczające używane do produkcji jednorazowych opakowań są toksyczne i mogą przedostawać się do żywności. Drugi, wspierający producentów jednorazowych opakowań, zaprzecza temu.

A istnieją badania, które potwierdziłyby, czy w żywności znajdują się takie substancje?

Tak, badania wskazują, że zawsze znajduje się pewna ilość tych substancji, ale różnią się opinie co do tego, jak bardzo są one szkodliwe. Ważny będzie tutaj dłuższy horyzont czasowy, bo chodzi o substancje, które dopiero stosunkowo niedawno zaczęły dostawać się do naszych organizmów. Niektóre badania dowodzą już teraz, że istnieje pewien stopień szkodliwości, inne znowu twierdzą, że nie jest on tak drastyczny. Te drugie są jednak często zamawiane przez grupy interesów z przemysłu opakowaniowego, więc powstaje pytanie, na ile są obiektywne. Ale przecież już zdrowy rozsądek podpowiada nam, że lepiej unikać takich materiałów, nawet jeśli prawdopodobieństwo ich szkodliwości byłoby minimalne. Nie narażać się, skoro nie musimy, bo przecież możemy korzystać z opakowań wykonanych z nieszkodliwych, sprawdzonych materiałów dobrej jakości, jak na przykład szkło czy stal nierdzewna, w przypadku których udowodniono, że nie dochodzi do uwalniania żadnych substancji.

Tylko czy robienie zakupów bez jednorazowych opakowań nie jest tylko dla mieszkańców dużych miast? Jak mają rozwiązać ten problem osoby mieszkające na wsi, które nie mogą dostać się do sklepu takiego jak wasz w Pradze?

Nie tylko w dużych miastach da się coś zmienić. Na wsi szereg rzeczy można robić w sposób bardziej przyjazny dla środowiska, na przykład kompostowanie jest tam łatwiejsze. Na szczęście dzisiaj jest ono możliwe już także w mieście, ale wciąż dużo prościej założyć kompostownik na wsi.

Jeżeli chodzi o robienie zakupów, to mamy różne możliwości. Jeśli komuś naprawdę zależy i jest aktywny, może założyć RWS – rolnictwo wspierane przez społeczność. Polega ono na tym, że grupa osób umawia się z konkretnymi rolnikami na bezpośrednie dostarczanie żywności, na przykład warzyw i owoców.

Ekowarzywa, czyli Lewandowscy nie mogą się mylić

Tak, tylko tutaj pojawia się po pierwsze problem naszego lenistwa, po drugie wygody. Jesteśmy na przykład przyzwyczajeni do jedzenia egzotycznych owoców czy warzyw, do kupowania ich poza sezonem. A „kupować lokalnie” znaczy „ograniczyć się”.

Oczywiście, zawsze istnieją pewne ograniczenia. Wszystko zależy od tego, jakie masz priorytety. Jeśli dla kogoś na pierwszym miejscu znajduje się wygoda, to trudno przekonać go do zachowań proekologicznych. Ja wcześniej też bardzo często raczyłem się egzotycznymi owocami, ale zacząłem się naprawdę bardzo ograniczać, kiedy zrozumiałem, z czym się to wiąże. Nie twierdzę, że teraz zawsze się ich wystrzegam, raz na jakiś czas zjem banana…

Fair trade?

Tak, sprawdzam, czy pochodzi ze sprawiedliwego handlu. Akurat w przypadku bananów to bardzo ważne.

Ale wróćmy jeszcze do tego, co mogą zrobić ludzie, którzy nie mieszkają w dużych miastach. Podstawowa rzecz: zawsze chodzić na zakupy z własną torbą i woreczkami materiałowymi, nie brać plastikowych torebek na pieczywo, owoce, warzywa. A kiedy zauważymy w sklepie, że jakieś rzeczy są bezsensownie pakowane, na przykład chleb w sklepie spożywczym, to ważna jest komunikacja: powinniśmy powiedzieli sprzedawcy, że nie życzymy sobie tego. Jeśli będziemy milczeć, nic się nie zmieni. A sprzedawcy są dość chętni do rozmowy. Kiedy będą widzieć zainteresowanie sprawą, pójdą klientom na rękę i może zostawią chociaż kilka bochenków chleba bez opakowania. W ramach wykładów organizowanych przez Bezobalu, przekonujemy ludzi, żeby to robili. Ważne jest, żeby uświadomić sobie, że w społeczeństwie konsumpcyjnym każdy ma głos. Po pierwsze każdy głosuje za pomocą swoich pieniędzy, po drugie dosłownie: każdy ma głos i może porozmawiać z producentem czy sprzedawcą.

Niemcy kradną w imię godnych warunków pracy

Naprawdę uważasz, że pojedynczy człowiek może coś zmienić? Często spotykam się z argumentem, że moje starania o ograniczenie własnej produkcji śmieci, używania produktów pochodzenia zwierzęcego czy kupowania ubrań w nieetycznych sieciówkach nie mają właściwie na nic wpływu. Podobno robię to dla spokoju własnego sumienia, a nie zmieniam źle ustawionego systemu – właśnie „system” to słowo-klucz. Wielu lewicowych aktywistów jest przekonanych, że potrzebujemy rozwiązań systemowych, a nie neoliberalnego przerzucania odpowiedzialności na jednostkę.

Osobiście uważam, że obie drogi są ważne. Nie lubię, kiedy ktoś twierdzi, że jedno z tych rozwiązań jest bezsensowne. Przecież sens mają również oddolne starania o zmianę, wykorzystanie swoich osobistych możliwości, które wszyscy posiadamy, ale często w ogóle z nich nie korzystamy. Firmy naprawdę interesują się swoimi klientami, którzy je przecież utrzymują. Więc im więcej klientów się odezwie, tym większe prawdopodobieństwo, że coś się zmieni. Ale tak samo ważna jest zmiana odgórna, a w związku z tym wywieranie nacisku na prawodawców czy w ramach różnych zrzeszeń producentów. Oba rozwiązania mają sens i są ważne.

A takie „rozwiązania systemowe” jak wprowadzenie opłat za torebki plastikowe czy nawet zakazu ich używania?

Wprowadzenie opłat może zadziałać motywująco. Ale radykalny nagły zakaz jest kontrowersyjny. Okazuje się, że w niektórych krajach globalnego Południa, gdzie wprowadzono podobne restrykcje, nie przemyślano, co będzie dalej, nie przygotowano żadnego alternatywnego planu. Oprócz zakazu nie istniały żadne dalsze kroki, brakowało też świadomości, wiedzy, czego można używać zamiast plastikowych torebek. W takich przypadkach może to często przynieść skutek odwrotny do zamierzonego, opakowania mogą się na przykład znowu pojawić na czarnym rynku, który jest nieregulowany, więc problem nie znika.

Jednak restrykcje są pewną możliwością, na przykład w Europie mają pewien sens, zwłaszcza jeśli towarzyszy im kampania informacyjna. Zawsze zależy to od kontekstu. Nie można powiedzieć, że restrykcja jest zawsze złym rozwiązaniem, choć sama w sobie nie jest zbawieniem.

Fot. Anna Šolcová / a2larm.cz

Wróćmy do Pragi i do waszego sklepu. Na ile jest on przystępny dla osób o niższych dochodach? Czy na zakupy w Bezobalu może pozwolić sobie ktoś, kto nie jest młodym, zamożnym, wykształconym singlem?

Będąc w sklepie, widzę, że zdecydowanie nie kupują u nas jedynie młodzi nowobogaccy. Przychodzi do nas dużo młodych rodzin czy studentów. Studentki Uniwersytetu Ekonomicznego (VŠE) przeprowadziły badanie, żeby sprawdzić, kto robi u nas zakupy, i okazało się, że całościowy dochód gospodarstwa domowego ponad jednej trzeciej naszych klientów wynosi mniej niż 20 tys. koron miesięcznie (czyli poniżej 3300 zł – przyp. tłum.). Prawdopodobnie są to osoby, które kupują u nas podstawowe produkty żywnościowe, przedkładając jakość żywności nad jej ilość. Właściwie chodzi o to, o czym mówiłaś, kiedy rozmawialiśmy jeszcze przed wywiadem – jeśli kupujesz przede wszystkim czekoladę, orzechy i ekskluzywne produkty, to jest to drogie…

…a kiedy ograniczę się do podstawowych produktów, czyli roślin strączkowych, zbóż, paru przypraw i odrobiny suszonych owoców, to kosztuje mnie to około dwustu koron (ok. 35 zł – przyp. tłum) tygodniowo…

Dokładnie. Ale naszym priorytetem nie jest obniżanie cen. Oferujemy ekologiczne produkty dobrej jakości i ich ceny to odzwierciedlają. Nie jesteśmy Kauflandem czy sklepem dyskontowym. Staramy się być nie tylko bez opakowania, ale też dobrej jakości, organiczni, lokalni i fair trade tam, gdzie się da. O ile to możliwe, unikamy na przykład produktów poddawanych działaniu środków chemicznych czy importowanych z dalekich krajów. A lokalne towary są często droższe od importowanych na przykład z Chin.

Właśnie to jest dla mnie szaleństwem. Jak banany z Ameryki Południowej mogą kosztować w supermarkecie mniej niż czeskie jabłka? I jak można importować jabłka czy marchew z dalekich krajów, skoro te rośliny rosną tutaj?

Cały system jest już dość wypaczony. Supermarkety działają na naszym rynku od ponad 25 lat, mają moc wywierania nacisku na dostawców i producentów. Niestety zazwyczaj najbardziej tracą na tym rolnicy.

W pewnym okresie często stosowano też ceny dumpingowe: sprzedawca drastycznie obniżał ceny, żeby pozbyć się konkurentów, a kiedy mu się to udało, znowu je podnosił. W naszym sklepie oczywiście nic takiego nie ma miejsca. Nie wywieramy na nikogo presji, nie chcemy sztucznie obniżać cen, chcemy, żeby wszyscy w całym łańcuchu dostaw byli zadowoleni.

A znacie wszystkich producentów, których towary sprzedajecie?

Staramy się znać ich jak najwięcej. Ja sam się tym nie zajmuję, robi to mój kolega Ondřej, który wybiera dostawców. Bardzo zależy mu na osobistym podejściu, więc często jeździ ich odwiedzić, osobiście z nimi rozmawia.

Organizować po nowemu: Kooperatywa „Dobrze”

czytaj także

Organizować po nowemu: Kooperatywa „Dobrze”

Monika Kostera, Adam Markuszewski, Justyna Szambelan

Inspirujecie innych do otwierania podobnych sklepów w innych miastach?

Pewnie. Szacujemy, że w całym kraju działa już 20-30 podobnych sklepów. Niektóre nie są stricte bez opakowań, ale na przykład mają kącik, w którym oferują też produkty bez opakowań.

Po to zaczynaliśmy, żeby rozpowszechnić tę myśl. Teraz nie tylko mamy sklep, ale prowadzimy szkolenia dla zainteresowanych, którzy otwierają później własne sklepy. W ubiegłym roku dzięki grantowi z Ministerstwa Środowiska przygotowaliśmy poradnik, w którym zainteresowani mogą przeczytać podstawy teoretyczne. Poradnik jest za darmo, ale za weekendowe szkolenia już się płaci. Akurat kilka dni temu organizowaliśmy drugie szkolenie, w którym wzięły udział na przykład osoby z Pilzna czy ze Słowacji. W ubiegłym roku podobne sklepy otwarto w Igławie i w Opawie. Nie są to nasze sklepy, ale właściwie to też nasze dzieci. Cieszymy się, że ta idea się rozpowszechnia.

A skąd wy czerpaliście inspirację?

Przede wszystkim z Niemiec i Włoch. Jeździliśmy na takie wycieczki poznawcze do Drezna, Kilonii, Berlina, Lipska, Mediolanu, Turynu, Rzymu…W Europie jest naprawdę dużo takich sklepów.

Myślisz, że mogą one stanowić alternatywę dla supermarketów? Dowiadują się o nich w ogóle osoby spoza waszej bańki społecznej?

Właśnie z tego powodu staramy się nie tylko sprzedawać, chcemy też podnosić świadomość. Na przykład w 2016 roku zorganizowaliśmy konferencję o zero waste, podczas której przedstawiliśmy czeskiemu społeczeństwu bezodpadowy styl życia. Zaprosiliśmy również jego światową ikonę Beę Johnson, która po raz pierwszy wystąpiła w Czechach. W ubiegłym roku przygotowaliśmy kampanię Co se mi stalo? („Co mi się stało?”) z ludźmi opakowaniowymi.

Człowiek opakowaniowy – interwencja twórcza Bezobalu

Bardzo zabawną!

Tak, działała dlatego, że była zabawna, pozytywna. Właśnie taki jest nasz styl komunikacji. Niestety mnóstwo organizacji ma skłonności do moralizowania, ostrzegania, ich sposób komunikacji jest negatywny, a to nie działa w mainstreamie. Tylko atrakcyjny czy zabawny styl przekazu może zaciekawić szersze grono odbiorców i dotrzeć do niego. W przeciwnym razie ludzie się zamykają. Moralizowanie działa jedynie na osoby, które są już przekonane, wrażliwe na pewne tematy. Tylko że wtedy to już przekonywanie przekonanych.

Moralizowanie działa jedynie na osoby, które są już przekonane, wrażliwe na pewne tematy. Tylko że wtedy to już przekonywanie przekonanych.

Ale wracając do twojego pytania: myślę, że kupowanie bez opakowań nie zastąpi zupełnie supermarketów, ponieważ z zasady działają one inaczej. Niemniej na pewno możemy zmotywować pewną grupę ich klientów do zmiany nawyków.

Na koniec chciałabym poprosić cię o trzy wskazówki, jakie nawyki każdy i każda z nas może łatwo zmienić. Coś dla osób, które na razie nie czują się na siłach, żeby żyć zupełnie bez opakowań, ale chętnie wprowadziłyby jakąś zmianę. Tak, żeby miało to też realny pozytywny wpływ na środowisko naturalne, a nie tylko poprawiłoby nam samopoczucie.

Na pewno zacząłbym od torby płóciennej, która niemal nie zajmuje miejsca i nic nie waży. Nośmy ją zawsze zwiniętą w torebce czy plecaku, na wypadek gdybyśmy zdecydowali się coś kupić albo potrzebowalibyśmy coś zapakować. Druga rzecz to butelka na wodę. Mówiliśmy już o tym, ile w ciągu minuty produkuje się na świecie butelek PET, a ile poddaje się później recyklingowi. Coś szalonego. Trzecim punktem jest używanie woreczków płóciennych na owoce czy pieczywo, a w idealnym przypadku też noszenie przy sobie pojemnika – czy to na ewentualne zakupy, czy na niedojedzony obiad w restauracji, który możemy w ten sposób łatwo zapakować.

*
Wywiad ukazał się pierwotnie w języku czeskim na stronie a2larm.cz Przeł. Olga Słowik

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.