Świat

Lobo: Cyfrowa zniewaga dla ludzkości

Muszę się do czegoś przyznać: dałem się uwieść obietnicom internetu. Dziś już wiem, że zamiast sieciowej demokracji dostaliśmy totalitaryzm sieciowego nadzoru.

Jako że prognozy i przewidywanie przyszłości to podstawa eksperckiego warsztatu – mieć rację to część mojej pracy jako znawcy internetu. I choć do sztuki samooszukiwania się mam naprawdę spory talent, podsumowując rok 2013 nie ominę konieczności przyznania się do czegoś bardzo nieprzyjemnego. Pomyliłem się, i to w sposób dla eksperta wyjątkowo niefortunny, mianowicie z naiwności. Chodzi o wykryty przez Edwarda Snowdena skandal z gromadzeniem danych, o totalny nadzór nad internetem. Mimo wiedzy fachowej uznać za niemożliwe to, co jest rzeczywistością – to była moja naiwność. Spoglądać z góry i z lekceważeniem na ostrzeżenia przed nadzorem, które zdawały mi się irracjonalne, a które okazały się i tak niewystarczające – to była moja pomyłka.

Na tym mógłbym tę samokrytykę zakończyć. Pomylić się zasadniczo co do najważniejszego wydarzenia cyfrowego XXI wieku i trochę ponarzekać, powinno wystarczyć na przyzwoite katharsis sieciowego eksperta. Bo przecież ze swą pomyłką nie byłem sam. Jest jednak coś jeszcze. Coś – trudno wyobrażalnego dla przeciętnego, wykształconego obywatela – gorszego niż uznana pomyłka. Skandal z gromadzeniem danych coś ze mną zrobił. Coś głębokiego, emocjonalnego, niedobrego. Ale coś, co warto poważniej zgłębić.

Poczułem się znieważony. Zniewaga łączy się z moją pomyłką, skandal z gromadzeniem danych zmusił mnie do zrozumienia, że internet nie jest tym, za co go uważałem. Nie jest tym, za co chciałem go mieć. Na swój sposób zwrócił się on przeciwko mnie i zranił. Ironią losu nie jestem z tym sam, lecz dzielę los zranionych przez sieć z wykonawcami niecyfrowych zawodów, jak choćby sprzedawcy płyt. Żeby nie wystawić jednak na niebezpieczeństwo użalania się nad sobą i goryczy, krytyczne spojrzenie na samego siebie muszę potraktować jako punkt wyjścia do analizy społecznej.

Czwarta zniewaga dla ludzkości

Od Zygmunta Freuda pochodzi koncepcja trzech zniewag dla ludzkości. Pierwszej odpowiadało odkrycie Kopernika, że człowiek nie jest, jak zakładano dotychczas, centrum wszechświata. Drugą była Darwinowska teoria ewolucji wskazująca, że człowiek zwyczajnie pochodzi od zwierząt. Freud wykonał tyleż mądry, ile niebywale próżny manewr rozpoznając trzecią zniewagę dla ludzkości we własnych tezach o istnieniu nieświadomości oraz Nad-Ja, a zatem o tym, że „Ja nie jest panem we własnym domu”. Nawet jeśli nie akceptujemy Freuda w szczegółach, istota jego koncepcji pasuje tu idealnie: zniewaga przez postęp i rozpoznanie konieczności uznania dotychczasowej pomyłki.

Odkrycia Snowdena ujawniły czwartą zniewagę dla ludzkości, zniewagę cyfrową, wielką pomyłką ery sieci.

Pozytywne obietnice internetu, demokratyzacja, społeczne usieciowienie, cyfrowy ogród oświaty i kultury – wszystko to były tylko możliwości. Wraz z siecią otworzyła się najbardziej dotąd różnorodna i dostępna przestrzeń możliwości, z którą współbrzmiała zawsze utopia lepszego świata.

I tu się niewiele zmieniło – technicznie. Niemal całkowite przeniknięcie sfery cyfrowej przez aparaturę gromadzenia danych zamieniła jednak wspaniały rynek możliwości w arenę łaski NSA. Nadzór jest bowiem tylko środkiem do celu kontroli, do sprawowania władzy. Oto czwarta, cyfrowa zniewaga dla ludzkości: to, co tak wielu uważało za narzędzie wolności, najskuteczniej używa się do celów przeciwnych.

To chyba przesada, w końcu jak wyschnie jakieś bajoro, to ryby ucierpią nieco bardziej niż inne zwierzęta w lesie – tak mniej więcej brzmi pierwsza odpowiedź na moje żale. Sądzę jednak, że moja zniewaga to tylko jedna z pierwszych jaskółek. To część mojego zawodu i mojej osobowości – dostrzegać patologie cyfrowego społeczeństwa wcześniej od innych. To nie znaczy, że jestem w jakiejś awangardzie. To znaczy przede wszystkim, że wpadłem w zalew hejtu na Twitterze zanim większość ludzi to nieszczęsne pojęcie „hejt”, a nawet „Twitter” poznała. 

Skandal z gromadzeniem danych dotyczy wszystkich

Zniewaga, jaką odczuwam wpędziła mnie w konfuzję i zatruła poczuciem bezradnej wściekłości. Uszkodziła mój cyfrowy gmach myślowy; zachodnie skrzydło się zawaliło, bo było zbudowane na piasku. Wykrzycz to! Tak, dzięki, to właśnie robię. Ale tu chodzi o coś więcej niż tylko otrzeźwienie, że oto mój cudowny internet rządzony jest przez niedemokratyczny, obłudny i tajny aparat. Cyfrowe usieciowienie wpływa bowiem na społeczeństwo dużo silniej, niż myślą – albo chcą myśleć – zazwyczaj politycy, dziennikarze czy zwykli przechodnie. W Niemczech są dwa rodzaje ludzi: ci, których życie zmienił internet oraz ci, którzy nie wiedzą, że ich życie zmienił internet.

Abstrahując od banknotów w portfelu, pieniądz to tylko liczba na kilku serwerach, o których nikt nie wie, gdzie są ustawione, podobnie jest z aktami pacjentów, danymi konsumentów i urzędów finansowych – przepływy cyfrowe rządzą światem. Także napisany ręcznie list z samodzielnie wyprodukowanego papieru trafi do celu tylko dlatego, że kierowany przez maszyny podąży za strumieniami danych. W Stanach Zjednoczonych władze mogą sfotografować każdy list. W Niemczech poczta również to robi, z powodów technicznych, w ramach współpracy z władzami amerykańskimi. Mało kto zdaje sobie sprawę, jak daleko zaszło już ucyfrowienie i zaprogramowanie świata. W nowoczesny samochód wbudowanych jest około stu milionów wierszy kodów programowania. Dla porównania: system operacyjny do smartfonów Android mieści się na 12 milionach wierszy. Kod genetyczny typowej myszy odpowiada 120 milionom wierszy programu.

Także i bez maila, sieci społecznych i video-streamingu społeczna zależność od sfery cyfrowej jest totalna; ona sama z kolei zmierza nieodwracalnie w stronę radykalnego usieciowienia, a tym samym wprost w macki machiny nadzoru. Rozłożone na setkach serwerów znajdują się najbardziej wrażliwe dane dotyczące praktycznie każdego znajdującego się w Niemczech człowieka.

Skandal z gromadzeniem danych dotyczy również tych, którym zdaje się, że unikną totalnego nadzoru jeśli nie będą korzystać z Facebooka.

Podobnie jak przy trzech wcześniejszych zniewagach ludzkości kwestią pozostaje, kiedy większość obywateli będzie w stanie dostrzec ogrom tej zniewagi. W decydujących miejscach już stała się ona widoczna.

„Dziesięć najtajniejszych zdań z rozmów telefonicznych Angeli Merkel”

Zniewaga wobec polityki dawała się zauważyć już wtedy, gdy na początku września 2013 roku na polecenie szefa urzędu kanclerskiego Ronalda Pofalli nad konsulatem USA we Frankfurcie lotem koszącym fruwał helikopter niemieckiej policji. W tym samym momencie, gdy na oficjalną linię składały się jeszcze uspokajające zapewnienia. Jest nieprawdopodobne, żeby coś takiego zdarzyło się bez zgody Angeli Merkel. To helikopterowe zaciskanie rządowej piąstki należy rozumieć, jako najbardziej bezradne pogróżki współczesności. A tym samym, jako oczywiste znamiona poczucia znieważenia. Prawdziwą skalę znieważenia polityki poznaliśmy w grudniu. Wówczas dowiedzieliśmy się, że Merkel osobiście rozmawiała z Obamą w sprawie inwigilacji jej komórki i porównała przy tym amerykańską Agencję Bezpieczeństwa Narodowego ze Stasi.

Wschodnioniemiecka kanclerz, uchodząca za hiperracjonalną, szefowa tradycyjnie zorientowanej transatlantycko, konserwatywnej partii gniewnie ciska prezydentowi USA do ucha porównanie ze Stasi. Już gorzej nie można. Już to stanowi dowód trudnej do przecenienia zniewagi dla polityki. W demokracjach bowiem polityka oznacza sprawowanie władzy poprzez negocjacje. I ta władza okazała się po fakcie nadszarpnięta, a negocjacje okazały się farsą, gdyż druga strona miała albo mogła mieć co rano briefing z cyklu „dziesięć najtajniejszych zdań z rozmów telefonicznych Angeli Merkel”.

To dość perwersyjna sytuacja, w której jako obywatel trzeba mieć nadzieję, że Merkel nie powiedziała przez telefon niczego, co uczyniłoby ją podatną na nacisk. W najczarniejszej chwili przychodzi do głowy wątpliwość: a co, jeśli wyciszanie przez nią skandalu z gromadzeniem danych nastąpiło właśnie w ten sposób? Ja zawsze twardo kłóciłem się z teoretykami spisku, a tymczasem dziś ewentualna podatność podsłuchiwanej od lat kanclerz Niemiec na szantaż nie da się wykluczyć jako absurd. Niesłychanych wariatów spotykałem w sieci, a z dzisiejszego punktu widzenia ich stanowisko w kwestii nadzoru bliższe było rzeczywistości niż moje.

Najgłębszą zniewagę przeżyła wspólnota sieci

Zniewaga wobec gospodarki polega na wyczerpaniu jej obietnicy sukcesu. Kreatywność! Własność intelektualna! Innowacje! Jej esencją jest przewaga wiedzy i tę rzekomą korzyść machina gromadzenia danych przeniosła w próżnię niepewności. Do ustawowych zadań brytyjskich tajnych służb jawnie należy „gospodarczy dobrostan” krajowej gospodarki; również służby USA przyznają się do „zbierania informacji gospodarczych”.

Tajne służby, wbrew licznym zapewnieniom, uprawiają celowe szpiegostwo gospodarcze. Już wiedza o tym, że w sytuacji wątpliwej nie da się zachować tajemnicy handlowej, jest zniewagą. Podsyca ona zarazem destrukcyjną dla gospodarki nieufność. Międzynarodowy przetarg nie jest już równy dla wszystkich, skoro istnieją instrumenty zdolne przełamać niemal wszystkie środki bezpieczeństwa, a niektóre koncerny mają do nich co najmniej bliższy dostęp. Bardzo bolesne dla szeregu europejskich przedsiębiorców może okazać się przestawienie ich systemów komunikacyjnych na praktyczne, wysokowydajne i tanie tzw. chmury, o których dziś czytają w gazetach to, czego nigdy nie chcieli przeczytać. Choć takie zniewagi zawsze obnażają słabość, historycznie bywały one zwiastunem oderwania od rzeczywistości. I faktycznie, tutejsza gospodarka w sieci zatraca z nią łączność. Audi na przykład planuje uczynić Android Google’a systemem operacyjnym dla samochodów. To wyraźna analogia dla fatalnej decyzji IBM z roku 1980, kiedy firma ta oddała Microsoftowi kontrolę nad zleconym jej systemem operacyjnym MS-DOS. Czołowy wówczas producent sprzętu komputerowego nie docenił potęgi software’u – tak samo jak dziś nie docenia się potęgi sieci.

Znieważenie, świadomość, że zostało się z tyłu i podjęło błędne decyzje będzie się w społeczeństwie rozpowszechniać. Najgłębszą zniewagę przeżyła jednak grupa, do której ja sam należę: wspólnota sieci, lobby hobbystów na rzecz wolnego i otwartego internetu, w Niemczech licząca może trzydzieści tysięcy ludzi. Powstała ona nie przypadkiem, raczej z nagłej konieczności, skoro przez całe lata skala internetowych patologii stawała się nie do wytrzymania, zarówno w polityce, jak i w wielu mediach tradycyjnych. Przy całym swym rozproszeniu wspólnota sieci odpowiada za ważną część cyfrowego dyskursu. Nie tyle przez swój własny zasięg, ile zdolność narzucania agendy: wspólnota sieci może narzucać tematy, o których potem mówi się w mediach masowych.

Pomyliliśmy się

Już stąd wynika niemal automatyczna frustracja, kiedy liczni uczestnicy wspólnoty sieci muszą przyznać, że po wieloletniej pracy dyskursywnej ich tematy w sferze publicznej stają się coraz ważniejsze – ale ich tezy i postawy bynajmniej. Ten schemat rozciąga się na politykę, gdzie posłowie wszystkich partii całe lata pracują rzeczowo w sieci i nad siecią, a potem ministrem ds. komunikacji i infrastruktury cyfrowej zostaje Alexander Dobrindt.

Chęć posiadania racji u wspólnoty sieci jest bardziej zapiekła niż gdziekolwiek indziej. Gdy nie ma się prawie nic oprócz własnego zdania, będzie się go bezkompromisowo bronić – to łączy zresztą Twitterowców i publicystów. W słówku „bezkompromisowy” tkwi cały dramat wspólnoty sieci. Owa bezkompromisowość musi być bowiem najmocniej forsowana wobec tych, którzy prezentują postawę podobną, acz niekoniecznie identyczną – oznacza ona agresywne rozgraniczenie, które utwierdzać ma w przekonaniu o własnej słuszności. Tę niepokojącą tendencję widać właśnie przy skandalu wokół sprawy gromadzenia danych, kiedy strumieniami leją się szyderstwa z tych, którzy do kwestii nadzoru nie podchodzą w sposób właściwy; widać to, kiedy kpi się z ludzi, którym szyfrowanie komunikacji nie przychodzi tak łatwo.

Wspólnota sieci działa z własnego nadania, swą siłę i odwagę podnoszenia głosu czerpała z pewności, że może zmienić świat przy użyciu środków cyfrowych. I oto ironia, a właściwie nie, oto szyderstwo losu: Edward Snowden, bohater internetu przynosi posłanie, że ukochany internet służy do nadzorowania całego świata. Ta zniewaga jest tak dojmująca, jak gdyby cała ojczyzna-internet w jedną noc zamieniła się w cyfrowe Seveso. W tle gwałtowne protesty przeciw skażeniu i jego sprawcom.

Co innego jednak, wyciągać z tego konsekwencje. Przemyśleć własne stanowiska, przyznać: pomyliliśmy się, nasz obraz internetu nie odpowiadał rzeczywistości, bo tej na imię totalny nadzór.

Każda obrona sieci społecznych musi – jak to często sam robiłem – zostać uzupełniona o fakt, że sieci społeczne są również doskonałym instrumentem wsysania do internetu całej masy najbardziej prywatnych informacji. I tym samym instrumentem nadzoru.

Trzeba stworzyć nowy optymizm internetowy

Obraz polityki, jaki wyrobiła sobie kiedyś wspólnota sieci, również nie odpowiadał rzeczywistości. Pamiętamy tę protekcjonalną radość, to uczucie potwierdzenia racji, a nawet przynależności do awangardy – kiedy Obama zaczął twittować. Wreszcie polityka zaczęła nasz internet traktować poważnie! A przecież w tamtym momencie od dawna już inwestowano miliardy w nadzór internetu – bardziej poważnie już nie można było go potraktować. Na swój sposób NSA dojrzało w internecie dużo większe szanse poprawienia świata niż sama wspólnota sieci. Tyle tylko, że wedle zupełnie innego modelu.

Przyznać się do porażki, wytrzymać ból zniewagi – ale ten dołek nie może, po prostu nie może oznaczać końca. Internet szlag trafił, ale ideę cyfrowego usieciowienia nie. Indianie musieli w końcu zrozumieć, że podarowane im przez najeźdźców piękne szaty były zatrute zarazkami chorobotwórczymi. Ale to nie dezawuowało samej koncepcji ubrania.

Nie jest tak, żeby wraz ze Snowdenem internetowy optymizm należało przekuć w ogólny sceptycyzm cyfrowy. Dotychczasowa forma fascynacji siecią okazała się jednak wadliwa, ponieważ wychodziła z błędnych przesłanek.

Po ostatniej zniewadze trzeba wytworzyć nowy optymizm internetowy. Pozytywną cyfrową opowieść, która zadziała także w trudniejszych warunkach, we wrogim środowisku – bo permanentne łamanie uznanych za pewne praw podstawowych nie ustaje. Wielka inwigilacja się nie skończyła. I pewnie nigdy się nie skończy.

przeł. Michał Sutowski

współpraca: Dominik Hanelt

Przedruk za zgodą autora i redakcji FAZ. Niebawem na stronach Dziennika Opinii ukaże się także polemika z Saschą Lobo autorstwa Evgeny Morozova.

Sascha Lobo – bloger, pisarz i dziennikarz. Współpracował m.in z Die Zeit, Deutshe Welle czy Frankfurter Allgemeine Zeitung. Jego ostatnia książka Teufel Coolnes ukazała się w ubiegłym roku nakładem SuKuLTuR.


Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.