Świat

Liban: nie czas na rewolucję

Na początku maja w Libanie odbyły się pierwsze od dziewięciu lat wybory, które nie zmieniły znacząco politycznego układu sił. W kraju wyniszczonym wieloletnią wojną domową i syryjską okupacją stabilizacja wydaje się większą wartością niż demokratyczne i równościowe ambicje młodzieżowego ruchu.

W narożnej kafejce w bejruckiej Hamrze, intelektualnym i komercyjnym sercu miasta, zaaferowani dwudziestolatkowie żywo dyskutują ponad talerzami. Gwar rozmów niesie się po pustych ulicach dzielnicy oklejonej plakatami partii premiera Saada Haririego. Tego dnia fioletowy kciuk, znak oddanego głosu w wyborach, gwarantuje kanapki za pół ceny.

Miasto jest wyludnione, bo bejrutczycy rozjechali się do rodzinnych miasteczek i wsi – tam będą głosować. Tych, którzy okażą dowód zameldowania, Uber wiezie do lokali wyborczych bezpłatnie. Według badania fundacji Konrada Adenauera z kwietnia tego roku, 76 procent młodych między 21 a 30 rokiem życia deklarowało chęć udziału w głosowaniu.

Nic dziwnego: dla 700 tysięcy osób z pokolenia dwudziestolatków są to pierwsze wybory powszechne w ich życiu. W Libanie, od dawna tkwiącym w politycznym impasie spowodowanym wewnętrznymi podziałami i niestabilną sytuacją geopolityczną, nie rozpisywano wyborów od dziewięciu lat.

Skoun i polityka narkotykowa w Libanie

czytaj także

A otoczenie się zmieniało. Przez region przetoczyła się „arabska wiosna”, wybuchła krwawa wojna w Syrii, która przywiodła do Libanu ponad milion uchodźców, kryzys śmieciowy wyciągnął na ulice tysiące młodych pragnących zmiany i narodził się masowy, laicki ruch obywatelski. Po latach narastającej frustracji młodzież wreszcie ruszyła do urn, a zewsząd dochodziły hasła zmiany.

Wbrew jednak temu, co można by oczekiwać, młodzi postawili na status quo.

Czyja dzielnica, tego religia

 Atmosfera na ulicach miasta jest radosna i świąteczna. W zależności od dzielnicy, w przestrzeni dominują inne kolory, a z głośników wystawionych przed lokalami wyborczymi płynie inna muzyka.

W sunnickim Tarik Dżdida ulice są zatłoczone, upstrzone balonikami i flagami Strumienia Przyszłości. Z góry, z ogromnych plakatów spogląda w przeróżnych pozach Saad Hariri. Przerobione piosenki arabskich artystów wychwalają osiągnięcia przystojnego premiera znanego tu jako mistrz selfie.

Harat Hreik to dzielnica szyicka, bastion Hezbollahu – partii sponsorowanej przez Iran, której militarna odnoga walczy w Syrii u boku prezydenta Baszara al-Asada. Mieni się na żółto, a z głośników płyną buńczuczne pieśni o wojnie, islamie i solidarności z palestyńskimi braćmi. Mimo świątecznego nastroju lepiej nie robić tu zdjęć bez pozwolenia partii.

Bez względu jednak na dzielnicę, lokale wyborcze w całym kraju tłumnie oblegają polityczni agitatorzy. Liczą na to, że w ostatniej chwili zdołają namówić Libańczyków do głosowania na swoją partię. Niektórzy, tak jak w szyickiej dzielnicy Hezbollahu, otwarcie pokazują wyborcom, w którym miejscu na karcie do głosowania należy postawić krzyżyk. Wszystko pod czujnym okiem wszechobecnej armii.

 W Libanie, wieloetnicznym państwie, które najpierw wyniszczyła piętnastoletnia wojna domowa (1975 – 1990), a później ciężko doświadczyła syryjska okupacja (1976 – 2005), te podziały porządkują świat.

Gdy przemieszczamy się między dzielnicami Bejrutu, krajobraz płynnie przechodzi z pełnej barów, kosmopolitycznej dzielnicy chrześcijańskiej w intelektualne arabskie centrum, które za chwilę ustępuje zatłoczonym sunnickim ulicom, obozom dla palestyńskich uchodźców czy okrytym złą sławą ubogim terenom kontrolowanym przez Hezbollah.

Funkcjonując w świecie podziałów, wciąż umacnianych przez rozbieżne doświadczenia i rywalizujące ze sobą interpretacje wojny domowej, Libańczycy wykształcili system polityczny tak reprezentatywny i stabilny, że nie ma w nim miejsca na drastyczne zmiany.

Wybierany przez parlament na sześcioletnią kadencję prezydent jest zawsze chrześcijaninem maronitą, premier – sunnitą, a przewodniczący zgromadzenia narodowego – szyitą. Połowa miejsc w parlamencie przypada chrześcijanom, druga połowa – muzułmanom, a każda mniejszość religijna ma w nim proporcjonalnie przypisaną liczbę deputowanych.

Techniki mobilizacji

Nic dziwnego zatem, że religia w dużej mierze determinuje polityczne sympatie. W kraju, gdzie istnienie partii politycznych zapewnia grupom wyznaniowym przetrwanie, tradycyjne podziały na lewicę i prawicę nie istnieją, a polityczne argumenty często zamieniają się już to w oskarżanie oponentów o wspieranie terroryzmu, już to w przywoływanie wojennych traum.

Sukces wyborczy to wypadkowa lojalności i strachu. Oprócz konfrontacyjnej retoryki, polityczni liderzy przez lata stworzyli klientelistyczną sieć powiązań, które zapewniają im trwanie u władzy.

Czy niepodległość Kurdystanu doprowadzi do kolejnej wojny na Bliskim Wschodzie?

„Kupowanie głosów jest historycznie cechą charakterystyczną libańskiej polityki. Wszystkie partie to robią” – wyjaśnia Eduardo Wassim Aboultaif, wykładowca na Uniwersytecie Libańsko-Amerykańskim w Bejrucie. „To nie muszą być pieniądze prosto do ręki, ale na przykład dostęp do usług publicznych, obietnica przysługi lub pomoc w znalezieniu pracy”.

Partie polityczne mają prawo opłacić swoim zwolennikom podróż do lokalu wyborczego. Również tym mieszkającym za granicą. W innych przypadkach przez sieć lokalnych aktywistów i partyjnych organizacji pomocowych wyborca może uzyskać stypendium naukowe dla dziecka, prywatne ubezpieczenie medyczne czy finansową zapomogę.

System zachęt wzmacnia poczucie wspólnoty, wykształca sieć zależności między wyborcami a partią i rodzi uczucie wdzięczności w stosunku do sponsora. Jednocześnie rezygnacja z oddania głosu często prowadzi do konfliktów wewnątrz społeczności i poczucia winy.

„Nie chodzi jedynie o presję ze strony rodziny czy małych społeczności. Ta presja jest znacznie silniejsza, bo pochodzi od tych, którzy albo walczyli na wojnach, albo są związani z partią i mają prawo powiedzieć: »broniliśmy was podczas wojny, teraz macie na nas głosować«” – tłumaczy Aboultaif.

Młodzi mówią dość

Na fali „arabskiej wiosny” w 2011 roku, przez Liban przetoczyła się fala protestów przeciwko korupcyjnemu systemowi i religijnym podziałom. Ale dopiero gdy zamknięto wysypisko śmieci na południe od Bejrutu w lipcu 2015, a góry niewywożonych śmieci zasypały stołeczne ulice, pojawił się impuls do narodzin zorganizowanego ruchu obywatelskiego pod nazwą „You stink!” (Śmierdzisz!).

Kryzys ekologiczny był jedynie pretekstem do buntu młodych przeciwko korupcji, klientelizmowi i utrwalonym podziałom. Protesty na ulicach Libanu narastały przez całe lato –  pod koniec sierpnia gromadziły nawet do stu tysięcy demonstrantów. W rezultacie starć między policją a protestującymi jedna osoba poniosła śmierć, a ponad 400 zostało rannych.

Syria calling!

czytaj także

Syria calling!

Srecko Horvat

Z protestów wyrósł ruch obywatelski Bejrut Madinati, który z hasłami solidarności społecznej, praw mniejszości i porozumienia ponad podziałami wystartował w wyborach lokalnych w 2016 roku, zdobywając 50 procent głosów w chrześcijańskim wschodnim Bejrucie. Nie wystarczyło to, by wygrać wybory, ale ziarno protestu zostało zasiane, a ruch szykował się już do wyborów parlamentarnych.

Layal Sakr, prawniczka i współzałożycielka LiBaladi – jednej z list wyborczych ruchu obywatelskiego – nie ma wątpliwości, że system polityczny w Libanie wymaga gruntownej zmiany. „Musimy zredefiniować politykę, pokazać, że obowiązkiem polityków jest zapewnić dostęp do usług publicznych, tworzyć miejsca pracy i budować instytucje tak, by ludzie nie byli uzależnieni od patronatu polityków” – mówi, siedząc w swoim biurze w chrześcijańskiej dzielnicy Bejrutu. „Dostęp do edukacji, opieki zdrowotnej, ubezpieczeń społecznych i elektryczności powinien być rzeczą oczywistą”.

Młodzi ludzie otwarci na świat, mniej podatni na manipulacje związane z traumami wojny domowej, której nie doświadczyli, stali się głównym targetem ruchu. Wielu z nich głosowało po raz pierwszy.

„Chciałem zagłosować, bo to moje pierwsze wybory w życiu, ale również by wesprzeć politykę nowego typu, niezdominowaną relacjami klanowymi”, mówi Karim (27 l.), który oddał swój głos na ruch obywatelski. „Rozumiem strach, że wszystko może znowu runąć, ale my mamy życie przed sobą i jesteśmy gotowi podjąć to ryzyko”.

Młodzi napotkani w lokalach wyborczych, bez względu na dzielnicę mówili o potrzebie zmiany w kraju. „Od lat głosujemy na tych samych ludzi i nadal nie mamy całodobowego dostępu do prądu, wody czy szansy na karierę” – mówi Jara (23 l.). „Wiem, że tym razem nie wygramy, ale mamy szansę wyrazić swoje zdanie. Zmiana zaczyna się dziś”.

Stabilność ponad wszystko

Sakr nie ma wątpliwości, że polityczna walka ruchu obywatelskiego to projekt na wiele lat. Poparcie dla ruchów LGBT, związków partnerskich, czy równouprawnienia kobiet nie są popularnymi hasłami w kraju, gdzie kobieta nie ma prawa przekazać obywatelstwa dzieciom czy mężowi, a małżeństwa zawiera się tylko w obrządku religijnym.

Protesty w Iranie: Krew na Zajande

Mimo poparcia artystów, osobowości telewizyjnych i internetowych influencerów nikt w ruchu nie liczył na więcej niż jedno lub dwa miejsca w 128-osobowym parlamencie. W Libanie rządzi telewizja, a ta w całości kontrolowana jest przez partie polityczne. Każdorazowe pojawienie się na antenie kosztuje majątek.

Z list ruchu do parlamentu jako jedyna dostała się Paula Yacoubian, gwiazda telewizji w przeszłości związana z mediami Strumienia Przyszłości. Pozostałe partie uzyskały podobne wyniki co w poprzednich wyborach.

Oficjalnych danych brakuje, ale według badań fundacji Konrada Adenauera, 66 procent młodych zadeklarowało głosowanie zgodnie z lojalnością partyjną, a zatem również wyznaniową. Tylko 6 procent zapowiedziało, że odda głos na ruch obywatelski.

„Bejrut i inne duże miasta mogą być wyjątkiem, zazwyczaj jednak młodzi wznoszą te same flagi co ich dziadkowie i ojcowie. Tak to wygląda w większości libańskich domów” – komentuje Aboultaif. Jednocześnie niska frekwencja w wyborach (49 procent) pokazuje, że większość społeczeństwa nie ufa elitom i nie widzi nadziei na zmianę. Reszta zagłosowała za stabilizacją.

Gebert: W Syrii trwa pięć wojen naraz

Aboultaif przyznaje, że na razie nie ma alternatywy dla wyznaniowego podziału władzy. „W całym regionie gotuje się od podziałów etnicznych, narodowych, religijnych. W Libanie wielu ludzi nawołuje dziś do stworzenia laickiego państwa, ale myślę, że byłoby to obarczone ryzykiem niestabilności” – podsumowuje.

Na swoją rewolucję młodzież będzie musiała jeszcze poczekać.

 

**
Agnieszka Pikulicka-Wilczewska jest dziennikarką i redaktorką związaną z pismem New Eastern Europe i portalem E-International Relations. Pisze miedzy innymi dla Al Jazeera English i Eurasianet. Tekst zilustrowany zdjęciami autorki.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.