Świat

Jeden Lenin wiosny nie czyni

lenin-moreno

Przynajmniej jeśli chodzi o wolne, krytyczne media.

Chcąc przewidzieć możliwe następstwa nieustannych potępień prasy przez prezydenta Trumpa, wystarczy spojrzeć na Ekwador, gdzie rząd byłego prezydenta Rafaela Correi atakował media informacyjne przez wiele lat. W czasie swojej prezydentury w latach 2007-2017, Correa wprowadził szereg środków ograniczających wolność prasy. Tak samo jak Trump, regularnie traktował media jak chłopca do bicia po to, by mobilizować swych zwolenników.

W 2015 roku Correi udało się wprowadzić poprawkę do konstytucji, kategoryzującą wiadomości jako usługę publiczną, podobnie jak wodę czy prąd, co pozwoliło na zwiększenie państwowej kontroli nad przekazem. Cel „zrównoważenia sprawozdań medialnych” przyświecał z kolei prezydentowi wówczas, gdy w 2013 roku przepychał ustawę o komunikacji oraz wprowadził dodatkowe przepisy przewidujące karanie dziennikarzy przez rząd: grzywnami, wymuszonymi publicznymi przeprosinami, a nawet wyrokami pozbawienia wolności.

Po morderstwie Marielle Franco na ulice Brazylii wychodzą setki tysięcy ludzi

Tak jak Trump, Correa czasem sam pojawiał się w programach telewizyjnych czy radiowych, by piętnować dziennikarzy po nazwisku; jego rząd regularnie wytaczał mediom procesy. Na przykład pozew na 80 mln dol. został wniesiony przez Correę przeciwko „El Universo”, jednej z ważniejszych gazet w kraju. Ostatecznie dziennik był zmuszony do zapłaty 40 mln dol. w zamian za „ułaskawienie”.

Skoro szerząca się w internecie dezinformacja powoduje brak zaufania dla mediów i innych instytucji, regulacje dotyczące pewnych rodzajów przekazu mogą wydawać się dobrym pomysłem. Jasne jest również, że wielkie platformy dystrybucji wiadomości, takie jak Facebook, powinny być ściślej obwarowane przepisami.

W niektórych jednak przypadkach, prawa ustanowione rzekomo „w interesie publicznym” mogą tak naprawdę działać przeciwko niemu. Zarazem przepisy mające wspierać uczciwe dziennikarstwo zazwyczaj tylko nieznacznie chronią media przed złymi intencjami zdeterminowanych władz. Nauczyłam się tego sama, kiedy towarzyszyłam reprezentantom Komitetu Ochrony Dziennikarzy (Committee to Protect Journalists, CPJ) w niedawnej podróży do Ekwadoru.

Z rozmów z miejscowymi dziennikarzami jasno wynika, że większość medialnych regulacji Correi i praktyk ich egzekwowania można zdecydowanie uznać za cenzurę. Redakcje, które nie relacjonowały wystarczająco obszernie stanowiska rządu karano grzywną, podobnie jak te, które nie powielały zagranicznych doniesień prasowych korzystnych dla rządu bądź krytycznych wobec różnych postaci opozycji. Zdarzało się też, że mediom kazano drukować lub nadawać polemiki urzędników państwowych wobec doniesień, które im się nie spodobały.

Doświadczenia z Ekwadoru pokazują, że prawa rozsądne na papierze – na przykład zagwarantowanie bohaterom artykułu „prawa do odpowiedzi” – łatwo poddają się nadużyciom. Według ekwadorskich dziennikarzy, przedstawiciele rządu często bowiem odmawiają udzielenia wywiadu reporterom, ponieważ wiedzą, że w razie ukazania się jakiejś wiadomości na ich temat mogą po prostu zmusić redakcję do publikacji własnego, długiego oświadczenia w niezmienionym kształcie. A chociaż redakcjom w sprawach „prawa do odpowiedzi” przysługuje odwołanie, wiedzą one, że kończy się to długim i kosztownym procesem.

Podobnie łatwo można igrać z przepisami przyznającymi zwykłym obywatelom prawo do składania zażaleń na doniesienia prasowe. Urzędnicy regularnie znajdują jakichś „zwykłych obywateli”, którzy zaskarżają media w ich imieniu.

Obecny prezydent Ekwadoru Lenín Moreno obiecał, że złagodzi przepisy dotyczące mediów. Z kolei na niedawnym spotkaniu z CPJ ekwadorski Sekretarz Komunikacji Andrés Michelena zapowiedział, że w tym roku rząd zamierza zmienić ustawę o komunikacji. Dziennikarze, z którymi się spotkaliśmy, zauważyli jednak, że struktura nowej ustawy ani język w niej użyty nie odbiegają od obowiązującej.

Dobra zmiana w Ekwadorze, czyli Lenin na prezydenta

Ogólnie rzecz biorąc, media w Ameryce Łacińskiej najczęściej podlegają elitom: bogatym właścicielom, których interesy znajdują swe odbicie sposobie przedstawiania wiadomości. To dlatego właśnie wielu lewicowych polityków, którzy doszli do władzy w ciągu ostatnich dwóch dekad, zobowiązywało się sprawić że media zaczną działać na rzecz społeczności pozbawionych dotąd głosu i zmarginalizowanych.

W Argentynie na przykład zakazano pewnych form koncentracji kapitału w mediach. W innych krajach sprzęt telewizyjny i licencje na nadawanie przyznano  niedostatecznie reprezentowanym dotąd społecznościom rdzennych mieszkańców kraju. W niektórych przypadkach rządy przerywały program prywatnych stacji telewizyjnych, by nadawać oświadczenie polityczne. W czasie kadencji Correi, rząd przejął nawet zarządzanie przekazem najstarszego dziennika w Ekwadorze, „El Telégrafo”.

To, co dziesięć lat temu zaczęło się w Ekwadorze jako staranie o większą różnorodność w mediach, ostatecznie niemal całkowicie wyeliminowało możliwości uprawiania dziennikarstwa śledczego i w ogóle krytycznego. Źle to wróży przyszłości kraju. Konfrontacyjne i oparte na faktach dziennikarstwo jest bowiem dobrem publicznym. Jako czwarta władza, media mogą pociągać do odpowiedzialności rządy i korporacje, donosząc o korupcji, niszczeniu środowiska i innych przypadkach naruszenia zaufania publicznego. Jednak dziś w Ekwadorze dziennikarze są skazani na strach przed konsekwencjami wykonywania swoich zadań.

Podobnie jak wiele krajów Ameryki Łacińskiej, Ekwador jest spolaryzowany politycznie. Correi wciąż nie brakuje lewicowych zwolenników, którzy podkreślają oszałamiający sukces rządu w walce z biedą i zwiększenie wydatków na zdrowie i oświatę. Mówią, że korupcja za Correi nie była gorsza niż za poprzednich rządów i chwalą dążenia jego administracji do okiełznania mediów, rzekomo nieuczciwych i reprezentujących interesy prawicy i wielkich korporacji.

Koniec ery prezydenta Correi

czytaj także

Ekwador może być lekcją dla Stanów Zjednoczonych i innych państw, w których maleje zaufanie do mediów. Od czasu, kiedy wyszła na jaw rola Facebooka i Twittera w rozpowszechnianiu fałszywych informacji i podsycaniu podejrzliwości i napięć rasowych przed wyborami w USA w 2016 roku, coraz liczniejszy chór głosów na Zachodzie woła o zaostrzenie przepisów. Jednak takie regulacje są trudne do wprowadzenia w sposób sprawiedliwy i mogą wywołać niezamierzone skutki.

Ekwador musiał na własnej skórze przekonać się, że cena za walkę z dezinformacją, czyli utrata pogłębionego, opartego na faktach dziennikarstwa oraz nadzorczej roli mediów, jest zbyt wysoka. Pozostaje mieć nadzieję, że ta nauka zostanie przyjęta przez demokracje na całym świecie.

**
Anya Schiffrin jest dyrektorką programu mediów i komunikacji w School of International and Public Affairs Uniwersytetu Columbia.

Copyright: Project Syndicate, 2018. www.project-syndicate.org Z angielskiego przełożyła Aleksandra Paszkowska.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.