Świat

Latos: Palestyna. Dziennik powrotu

Do Betlejem docieram o trzeciej w nocy. Szczęśliwa, że udało się przejść kontrole. Szczęśliwa, że mogłam wrócić.

– Wojna się skończyła.

To pierwsze słowa, które wypowiada w moim kierunku zaprzyjaźniony lekarz. Coś w tym jest. W kolejnym wynajmowanym przeze mnie domu w Betlejem nie usłyszę już wybuchów strzałów. Wieczorami nie obserwuję wędrówek mężczyzn nadciągających pod dzielący Palestynę z Izraelem mur. Krótkofalówka znajomego policjanta będzie się odzywać znacznie rzadziej i właściwie przestanie już informować o rannych. Z dachu budynku, w którym mieszkam, nie zobaczę już wybuchających rakiet. Z drugiej jednak strony nie będę musiała podjąć żadnego specjalnego wysiłku, żeby zobaczyć izraelskich żołnierzy z karabinami. Nawet nie żołnierzy! Cywilnych osiedleńców, którzy czekają na autobus z bronią przewieszoną przez ramię. Jeśli więc wojny już nie ma, to po co ta broń?

Powrót

Do Betlejem docieram o trzeciej w nocy. Idę spać szczęśliwa, że udało mi się pokonać wszystkie kontrole. Szczęśliwa, że mogłam wrócić. Historie ludzi, którym odmówiono wjazdu do Izraela, krążą po mieście jak mity, podobnie próbujące wyjaśnić odwieczne zagadnienia związane z dobrem i złem. Te mity uczą. Mnie nauczyły kłamać.

Palestyńska aktorka z Inad Theatre, z którą przeprowadzałam wywiad, opowiedziała mi o włoskim twórcy, który miał wyreżyserować w Bajt Dżala sztukę opowiadającą historie kobiet z niepełnosprawnościami. Niestety, całym przedsięwzięciem pochwalił się na Facebooku. Po wylądowaniu na lotnisku w Tel Awiwie został zawrócony. W jego paszporcie pojawiła się natomiast pieczątka z informacją, że nie ma prawa wstępu do Izraela w ciągu najbliższych pięciu lat. Z pomocą przyszła mu technologia. Sztuka w większości została wyreżyserowana przez Skype’a, a ostateczna próba odbyła się na wspólnym wyjeździe poza Palestyną. Spektakl, jako jedna z najlepiej przyjętych sztuk tego teatru, okazał się dużym sukcesem. Świetne recenzje zebrała także debiutująca na deskach teatru dziewczyna z niepełnosprawnością ruchową. Dzięki temu doświadczeniu odkryła w sobie prawdziwy talent i gra do tej pory. Ta historia miała happy end. Nie każda go ma.

Angela zakochała się w Palestyńczyku. Niestety nie wiedziała, że jest to coś, czego robić nie należy, a przynajmniej nie należy się do tego przyznawać. Kiedy po opuszczeniu rodzinnej Anglii stanęła przez Izraelskim celnikiem nie znała „prawidłowych” odpowiedzi na jego pytania.

– Jadę do Betlejem, ponieważ biorę ślub. Tak, biorę ślub z Palestyńczykiem.

Ślubu nie wzięła. Zamiast obrączki otrzymała 10 lat zakazu wjazdu. Związek się rozpadł.

Takich historii poznałam sporo. Poznałam także prawidłowe odpowiedzi, z których dwie najważniejsze brzmią:

– Jadę turystycznie (umieć podać miejsce noclegu) / jadę do znajomego Izraelczyka (konieczne dane osobowe).

– Nie znam żadnych Arabów, z nikim z krajów arabskich nie utrzymuję kontaktu i nie planuje tego robić

Uwaga 1: jeśli masz znajomych Arabów na Facebooku (czy też opublikowane na fb zdjęcia z Palestyńczykami lub informacje o realizowanych w Palestynie projektach), zawieś swoje konto bowiem jest szansa, że celnicy to sprawdzą.

Uwaga 2: słowo „Palestyna” nie jest na izraelskim lotnisku mile widziane. Podobnie jak wszelkie palestyńskie symbole a zwłaszcza palestyńska flaga. Jedziemy do Izraela, nawet jeśli planujemy zwiedzić Betlejem. To ważne!

***

Pierwszy ranek po powrocie spędzam na zwiedzaniu okolicy. Ciekawa jestem, czy w ciągu tygodni mojej nieobecności coś się zmieniło. Jedyną zmianą, jaką da się zauważyć jest nowe graffiti na pobliskim zakładzie fryzjerskim. Malunek informuje o nieobsługiwaniu izraelskich klientów. Znajomi mówią mi jednak, że zmian jest więcej. Pierwszego września zamknięto baseny – bo jesień, szkoła i tak dalej. Wkrótce mają także ponownie otworzyć dyskotekę. Być może brzmi to śmiesznie, ale w Betlejem ludzie naprawdę wyczekują otwarcia dyskoteki. Obok kawiarni i restauracji to jedna z bardzo niewielu tutejszych rozrywek.

Kupując pieczywo na śniadanie, pytam sprzedawcę o naszego wspólnego znajomego, który został aresztowany podczas mojej ostatniej wizyty w Betlejem.

Wciąż jest w izraelskim areszcie. Wciąż przekładają termin jego zwolnienia. Rodzina wciąż nie zna zarzutów. Czyli zmian w sumie niewiele…

Dziś się bawimy

Dyskoteka, do której idziemy wraz z dziesiątkami innych młodych ludzi, mieści się w hotelu Kaser Palace, który jeszcze do niedawna dumnie nosił nazwę hotelu Intercontinental. W czasie niedawnych zamieszek hotelowi odebrano prawo posługiwania się nazwą Intercontinental, za powód podano zbyt niski standard. No cóż, jeśli to właśnie pod oknami tego hotelu wieczór w wieczór Palestyńczycy otrzymywali kulki w nogi, a cała okolica niesamowicie śmierdziała szambem, po tym jak Izraelczycy zdecydowali się użyć przeciwko Palestyńczykom czegoś innego niż ostra amunicja, to standard rzeczywiście musiał się obniżyć.

Dziś na szczęście już prawie nie śmierdzi.

Otaczający hotel parking zostaje zablokowany przez dziesiątki samochodów. Pod wejście co rusz podjeżdża taksówka z nowymi gośćmi. Wystarczy jedno spojrzenie by zrozumieć, jak bardzo ludziom brakowało zabawy.

Do niedawna nieco opustoszały hotel znów pęka w szwach. A przynajmniej piwnica, w której mieści się dyskoteka. Dyskoteka jest pełna mimo, że wejście nie jest tanie (50 szekli). Jest zespół, są światła, jest dym, a po północy shot darmowej tequili. Jest też mnóstwo ludzi na parkiecie, którzy (zawsze w damsko-męskich parach) szaleją do samego zamknięcia. Ich wygląd znacznie się oczywiście różni od tego, jaki możemy zaobserwować na ulicy. Moją uwagę przede wszystkim przyciągają super-krótkie i super-obcisłe sukienki pań oraz jeszcze mocniej niż zwykle nażelowane włosy panów. Jest impreza!

W przerwach między tańcami, w drodze od parkietu do baru i od baru na parkiet, a nieraz także po drodze do toalety, podpytuje młode dziewczyny o nastroje i ocenę sytuacji. Większość z nich nie chce ze mną rozmawiać o polityce. Nie dziś, nie teraz, już nie…

– Dziś się bawimy – mówi do mnie Saeda. Martwić będziemy się jutro.

Jutro

Następnego dnia ponownie znajduję się w okolicach hotelu. Przez moment jadę publiczną taksówką wzdłuż muru. Mijamy wieżycę strażniczą, w której pali się światło. Moi współpasażerowie nie kryją oburzenia.

– W tylu palestyńskich domach nie ma prądu a oni wykorzystują nasz prąd, żeby sobie dzień oświetlać! – mówi starszy mężczyzna, którego widzę pierwszy raz w życiu.

Problemy z energią, problemy z wodą, problemy finansowe, problemy… Wojna skończyła się, nawet jeśli tylko na moment, ale problemy i konflikty pozostały.

Nowy dzień dla szczęśliwszej części Palestyńczyków oznacza między innymi nowy dzień pracy. Niestety, bezrobocie w Palestynie jest niezwykle wysokie, także wśród osób z wyższym wykształceniem. Bezrobocie kobiet wynosi 30%, mężczyzn 18,8%. Bezrobocie kobiet z wyższym wykształceniem utrzymuje się na poziomie 42,6%, mężczyzn 35,6%. Obecność kobiet na rynku pracy jest niewielka i wynosi jedynie 17,3% (obecność mężczyzn to 69,2%). Jeśli jest praca, pracuje więc każdy kto może. Także dzieci.

Najmłodsi sprzedają chusteczki na skrzyżowaniach. W upały handlują wodą, w czasie konfliktu mającymi chronić kierowców amuletami, a w okresie świąt świecącymi ozdobami. Nieco starsi pracują w coffee shopach. Pomagają przy fajkach wodnych, sprzątają. Większość osób zatrudnionych w Betlejem pracuje w turystyce. Każde zaognienie konfliktu, które odbija się na ilości turystów, odbija się także na ich domowych budżetach. A życie kosztuje. W Palestynie, ze względu na podwójne opodatkowanie, kosztuje naprawdę dużo.

Trzeba sobie radzić

Problemów w Palestynie jest wiele. Zwłaszcza w życiu Palestynek, które choć lepiej wykształcone od mężczyzn, jak pokazują statystyki, na rynku pracy mają dużo gorzej. Dużym problemem jest dla nich też przemoc. Odsetek kobiet, które doświadczyły przemocy psychicznej, wynosi 58,6%, ekonomicznej – 55,1%, społecznej – 54,8%, fizycznej – 23,5%, seksualnej – 11,8%. Należy pamiętać, że konflikty zbrojne często nasilają przemoc wobec kobiet. Upokorzeni przez okupantów czy pozbawieni męskości mężczyźni potrzebują mieć nad kimś kontrolę, więc ustanawiają kontrolę nad kobietami.

Mimo wszystko ludzie starają się jakoś sobie radzić. Jakoś przecież trzeba przeżyć. Warto też spróbować przeżyć godnie.

Część Palestyńczyków zakłada organizacje pozarządowe i działa na rzecz poprawy sytuacji. Część radzi sobie bardzo dobrze – prowadzi własne biznesy, robi karierę, a nawet podróżuje. Wiele osób, które poznałam z tej grupy, absolutnie nie chce myśleć o polityce. Chcą żyć tak, jak żyją ludzie w innych krajach, które znają z wakacji. Normalnie. Na poziomie. Bez ucisku. Trzecia grupa jest gdzieś pomiędzy. Chciałaby żyć normalnie, ale na normalne życie absolutnie jej nie stać. Chciałaby nie myśleć o polityce, ale polityka odciska się brzydkim cieniem na ich życiu każdego dnia. „Marnym życiu” – jak często podkreślają.

Kromka chleba na pół

Tym razem w Palestynie spędzam niecałe dwa tygodnie. Większość czasu przebywam w Betlejem, Bajt Dżala i Bajt Sahur, ale odwiedzam też Ramallah i Hebron. Obserwuję życie po wojnie. Kontynuuje wywiady z Palestynkami. Natykam się na znajomych. I nagle okazuje się, że ludzie, których poznałam podczas mojej ostatniej wizyty wyczekują mnie w swoich domach. Ktoś się podobno obraził wiedząc, że wróciłam i go nie odwiedziłam. A trzeba wiedzieć, że wizyta w palestyńskim domu nie zajmuje pięciu minut. Nawet jeśli byłam umówiona zawodowo spotkania zawsze rozpoczynały się poznaniem całej rodziny – tej obecnej w mieszkaniu, ale czasem także tej prezentującej się dumnie na wielkich obrazach czy schowanej w rodzinnych albumach. Potem kawa, herbata, ciasto i jeszcze jedna kawa. Tysiąc pytań do mnie – tej, która pytania miała zadawać. Wśród nich co jakiś czas powtarzane pytanie, czy aby na pewno nie jestem głodna. W międzyczasie także kilka zaproszeń na rodzinne uroczystości. Tym sposobem większość z mojego czasu w Palestynie spędzam w mieszkaniach.

Moja praca w Palestynie wygląda zupełnie inaczej od tej w Polsce. Nigdy nie udało mi się zrealizować planu dnia. Spokój był niemożliwy. Mnóstwo spotkań odwoływano mi w ostatniej chwili. Krótkie wizyty przeradzały się w wielogodzinne nasiadówki. Panujący w mieszkaniach niesamowity chaos utrudniał koncentrację. Trzy osoby mówiące w tym samym czasie, gwizd czajnika, przekrzykujące się dzieci, grający non stop telewizor i powtarzający się odgłos piłki kopanej o zewnętrzną ścianę domu. Do tego dym papierosowy w całym mieszkaniu a pod wieczór także lejący się w nieco za dużych ilościach arak, który podwyższał ton głosu męskiej części rodziny. Nieraz naprawdę myślałam, że oszaleję. Nieraz byłam nawet chyba dość blisko. A teraz trochę za tym wszystkim tęsknię. Ale tylko trochę.

Tęsknię za palestyńską gościnnością, która na myśl przywodzi mi polską gościnność, o której słyszałam od moich dziadków. Gościnność z jakiej kiedyś byli ponoć znani Polacy.

Właściwie z żadnego palestyńskiego domu nie wyszłam głodna, i to niezależnie od tego, czy jego gospodarzem był stary pan doktor, młody właściciel kawiarni, czy niewidoma uboga kobieta. Każdy z moich gospodarzy był gotów podzielić się ze mną tym, co akurat miał. Choćby to była przysłowiowa kromka chleba (czyli, w wydaniu palestyńskim, chleb z oliwą, który ja akurat uwielbiałam). Nigdy nie zapomnę też wszystkich pudełek z jedzeniem, które mamy moich znajomych przesyłały mi przez swoje dzieci. Mówiły, że skoro pracuje wolontaryjnie, to musi mi być ciężko. Część z nich mówiła także, że skoro pracuję na rzecz Palestyńczyków, to oni są mi po prostu coś winni. Nigdy nie przyjęły mojego „naprawdę nie trzeba”. Dodam, że szykując posiłki dla wegetarianki często szykowały je specjalnie dla mnie, nie mogąc wydzielić mi porcji z mięsnego posiłku przeznaczonego dla ich rodziny. To wszystko, ale także wiele innych rzeczy, którym być może kiedyś poświęcę odrębny tekst, sprawiło, że już nigdy nie wyjadę do Palestyny. Zawsze będę do niej wracać.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.