Świat

Krajobraz powyborczy albo koniec „demokracji w jednym kraju”

Demokracja w pułapce geopolityki i rynku? Jak wygląda poweekendowy krajobraz powyborczy?

Pierwsze wybory prezydenckie w Egipcie, wybory parlamentarne we Francji i w Grecji: trzy wydarzenia z zeszłego weekendu, których wynik – jak się zdaje – będzie miał znaczenie dla przyszłości światowej polityki. To, kto ostatecznie wygra, naprawdę wydawało się w tym przypadku nieobojętne, co we współczesnej demokracji liberalnej bynajmniej nie jest normą.

Zmierzch egipskiej rewolucji?

Pierwsze demokratyczne wybory prezydenckie w Egipcie (ich oficjalne wyniki mamy poznać w czwartek) powinny być zwieńczeniem egipskiej rewolucji, wypełnieniem żądań tłumu zbierającego się rok temu na Placu Tahrir. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że będą one gwoździem do trumny wielkich, rozbudzonych przed rokiem nadziei. Jak donoszą międzynarodowe media, egipscy wyborcy w dużej mierze zbojkotowali drugą turę wyborów, lokale wyborcze świeciły pustkami, frekwencja mogła być nawet niższa niż 20%. I nie ma się co Egipcjanom dziwić, że postanowili zostać w domach. 

Po pierwsze dlatego, że w drugiej turze zostali oni postawieni dokładnie przed takim wyborem, przeciw któremu wyszli rok temu na ulice. W drugiej turze stanęli bowiem naprzeciw siebie Ahmed Shafiq – człowiek starego reżimu, premier w okresie prezydentury Mubaraka i dawny komendant egipskich powietrznych sił zbrojnych – oraz przedstawiciel islamistycznego Bractwa Muzułmańskiego, Mohammed Mursi. Co oznacza, że alternatywą był wybór między kontynuacją status quo a zwrotem ku politycznemu islamowi. Między miękkim, już dawno nie modernizacyjnym autorytaryzmem, a polityką „zemsty boga”, której ofiarami padnie realna wolność wypowiedzi czy prawa kobiet. Każdy człon tej alternatywy jest gorszy od drugiego. Rewolucje w świecie arabskim były wyrazem buntu miejscowej ludności (przede wszystkim młodej) przeciw szantażowi „świecki autorytaryzm” albo „fundamentalistyczny populizm”. Teraz, poniekąd „na własne życzenie”, w ramach demokratycznych instytucji Egipt raz jeszcze postawił się przed dokładnie takim szantażem.

Po drugie nie ma się co dziwić Egipcjanom także dlatego, że ostatnie działania Najwyższej Rady Sił Zbrojnych (wojskowa junta sprawująca faktyczną władzę w Egipcie po obaleniu Mubaraka) i tak odebrały temu, kto wygra wybory, wszelkie znaczenie – generałowie oficjalnie zarezerwowali sobie właśnie całą realną władzę dla siebie. Jeszcze w zeszły czwartek (dwa dni przed wyborami prezydenckim) złożony z nominowanych przez generałów egipski sąd najwyższy unieważnił wyniki wcześniejszych wyborów parlamentarnych – wygranych przez partie islamistyczne – i rozwiązał parlament, który miał przygotowywać nową konstytucję. W sytuacji, gdy parlamentu nie ma, za jej przygotowanie, spekulowano, wezmą się sami wojskowi. Te spekulacje potwierdziła wydana w ostatnich dniach przez NRSZ Tymczasowa Deklaracja Konstytucyjna. Przyznaje ona wojskowym prawo do wprowadzania w życie nowych ustaw, kontroli nad budżetem,    mianowania ciała opracowującego nową konstytucję. Stanowi także, że nowy parlament nie będzie wybrany do czasu przyjęcia nowej konstytucji. Wszystko to sprawia, że niezależnie kto wygra wybory – wszystko wskazuje na to, że zwycięży minimalnie islamista Mursi – tak naprawdę nie będzie miał żadnej realnej władzy. 

Partie islamistyczne nie składają jednak broni. Wspólnie zaskarżyły decyzje o rozwiązaniu  parlamentu do sądu konstytucyjnego. Ich przedstawiciele twierdzą, że sąd najwyższy ani generałowie nie mieli prawa rozwiązać parlamentu i postępując tak złamały prawo. W sytuacji, gdy wojsko zdecydowało się utrzymać władzę, wątpliwe jest, by sąd konstytucyjny był w stanie zmienić układ sił.

Może go znów, jak w przypadku obalenie Mubaraka, zmienić egipska ulica. Młodzi ludzie ponownie zaczynają gromadzić się na Placu Tahrir. Losy „rewolucji egipskiej” w dużej mierze zależą od wyniku ich konfrontacji z władzą. Z tym, że cała obecna sytuacja pokazuje wszystkie ograniczenia wpisane w samą ideę „egipskiej rewolucji”. W okresie dyktatury Mubaraka egipskie społeczeństwo polityczne zostało spacyfikowane, nie mogło się organizować, budować swoich instytucji, artykułować swobodnie własnych interesów i różnic. Jedynymi przestrzeniami politycznymi była z jednej strony rządząca partia władzy, z drugiej ugrupowania islamskie, zbyt liczne i potężne, by władza Mubaraka mogła je do końca spacyfikować. Gdy Egipt z dekad dyktatury nagle przeszedł do demokracji liberalnej, jedynymi stronnictwami posiadającymi instytucje i praktyczną polityczną wiedzę były dwie wielkie machiny (dawnego reżimu i politycznego islamu) przeciw którym, w równej mierze, zbuntowali się młodzi Egipcjanie.

Ich bunt miał także silne społeczno-ekonomiczne podłoże. Egipt, jak inne kraje „arabskiej wiosny”, to państwo z wysokim odsetkiem młodych ludzi, pozbawionych nie tylko wpływu na politykę, ale także elementarnie godziwie płatnej (czy jakiejkolwiek) pracy, bytowych perspektyw. Ani islamiści, ani wojskowi nie byli w stanie zaradzić tym problemom – nierozwiązane kwestie socjalne pozostaną najważniejszym czynnikiem destabilizującym każdy nowy układ władzy w Egipcie. Jednocześnie żaden egipski rząd nie ma tak naprawdę środków, by samodzielnie kontrolować rynek w ten sposób, by rozwiązać problemy strukturalnego bezrobocia i braku ekonomicznych szans dla licznej, młodej populacji.

Przypadki z ostatnich dni w Egipcie stawiają pod znakiem zapytania przyszłość tego zrywu, każą także zastanowić się nad szerszym fenomenem: na ile demokratyczny entuzjazm oparty na figurze buntu przeciw istniejącemu autorytarnemu porządkowi daje się przełożyć na rzeczywistą, długotrwałą społeczną zmianę? Alain Badiou w opublikowanej w zeszłym roku we Francji małej książce Le Réveil de l’histoire porównuje wydarzenia arabskich rewolucji do XIX wiecznej „wiosny ludów”. Zestawia je ze sobą jako dwa wydarzenia, które bardziej są znakami głębokiego kryzysu istniejącego systemu (odpowiednio: powiedeńskiego systemu w Europie połowy XIX wieku i współczesnego neoliberalizmu) niż zarzewiem rzeczywistej, systemowej zmiany. Takiej, która nie zmienia elit władzy, nie wyłania nowych zwycięzców w toczącej się grze, ale nową grę. Rewolucyjny entuzjazm wiosny ludów został w większości wypadków stłumiony, w najlepszym wypadku doprowadził do populistycznej, plebiscytowej dyktatury Napoleona III. Także dziś nie widać, by rewolucja egipska przyniosła coś więcej niż kolejne wprowadzenie w życie zasady „trzeba wszystko zmienić, by wszystko mogło pozostać takie samo”. 

Zwłaszcza, że na tym, by się specjalnie coś w Egipcie zmieniło, nie zależy tak naprawdę żadnemu ważnemu graczowi w regionie, w tym Stanom Zjednoczonym. Choć sam Obama i ludzie z jego administracji wielokrotnie deklarowali poparcie dla „demokratyzacji Egiptu”, to możemy być pewni, że nawet jeśli dyktatura wojskowych będzie długo się przeciągać, Ameryka raczej nie wyśle nad Egipt samolotów NATO. Obalony w zeszłym roku Mubarak był strategicznym sojusznikiem Ameryki w regionie, jego rząd był przewidywalny, uznawał istnienie Izraela, był dla Ameryki po prostu wygodnym i wiarygodnym partnerem. Także polska dyplomacja współpracowała płynnie z byłym dyktatorem. Kiedy w marcu 2008 roku Mubarak odwiedził naszą ojczyznę, jej ówczesny prezydent, Lech Kaczyński (jeszcze zanim odkrył w sobie powołanie do roli „Prometeusza Kaukazu”)  nie tylko nie zadał żadnego pytania o prawa człowieka w Egipcie, ale nawet odznaczył Mubaraka Krzyżem Wielkim Orderu Zasługi RP. Rządy wojskowych mają dla Stanów i ich sojuszników tę wielką zaletę, że są geopolitycznie przewidywalne, nie grożą zaognieniem międzynarodowej sytuacji w i tak niestabilnym regionie. 

Grecja albo smutek demokracji peryferii

Podobny problem „demokracji w pułapce geopolityki” widać w Grecji. Choć pozornie to, co się tam wydarzyło powinno być świętem demokracji. SYRIZA, partia jeszcze rok temu ciesząca się 4% poparciem, funkcjonująca w zasadzie jako zjawisko subkulturowe (jak napisał o tym reporter BBC: „jej zwolennicy ograniczali się do osób znających wszystkie niemal różnice między filozofią Althussera a Foucalta”), stała się główną siłą opozycyjną kraju o krok od zdobycia władzy. SYRIZA rozbija panujący w prawie całej Europie polityczny duopol w ramach którego rolą partii władzy i oficjalnej opozycji wymieniają się partia centroprawicowa zasiadająca w Parlamencie Europejskim w międzynarodówce chadecji  i partia centrolewicowa zasiadająca w Parlamencie Europejskim w międzynarodówce socjaldemokratycznej.  Jeśli, jak wszystko na to wskazuje, Grecją rządzić będzie wielka koalicja złożona z PASOKu i Nowej Demokracji, SYRIZA stanie się główną siłą opozycyjną, recenzentką rządu zdolną wymusić na nią pewne ustępstwa.

Zdolną jednak niestety tylko o tyle, o ile nowy rząd będzie zdolny do jakiejkolwiek rzeczywistej władzy. Michał Sutowski ma niestety  rację, gdy pisze, że o przyszłości Grecji nie zadecyduje ani Nowa Prawica, ani PASOK, ani SYRIZA. Żadna z tych sił, nawet dysponując pełnią władzy nad greckim aparatem państwowym, nie jest w stanie sama wyciągnąć Grecji z kryzysu, zaradzić jej problemom i kształtować tak jej polityki ekonomicznej, by odpowiadała interesom większość Greków, a nie kilku banków. Odpowiedź na problemy Grecji znajduje się w Brukseli, Berlinie, Paryżu i może jeszcze dwóch, trzech stolicach państw europejskiego rdzenia. Pod pewnym względem to, kto wygrał w niedzielę w Atenach, nie miało znaczenia. 

Grecki przypadek pokazuje bardzo wyraźnie, że europejska integracja polityczna nie nadąża za integracją gospodarczą, integracja demokracji za integracją rynku. Władza zdolna kontrolować całość europejskiej gospodarki, podejmująca decyzje dotykające w równej mierze Greków, co Polaków, Portugalczyków i Niemców nie ma ogólnoeuropejskiej legitymacji demokratycznej, spoczywa w rękach Komisji Europejskiej, Europejskiego Banku Centralnego, dwóch, trzech rządów najsilniejszych gospodarczo państw w Europie. Sukces SYRIZY być może wymusi na rzeczywiście kierujących Europą siłach zaoferowanie Grecji takiego „pakietu oszczędnościowego”, który nie cofnie poziomu życia Greków o kilka dekad. Ale prawdziwym wyzwaniem, którego elity Europy na razie nie bardzo nawet artykułują, jest objęcie demokratyczną kontrolą (w której swój głos będą miały także narody peryferyjne) decyzji gospodarczych kształtujących życie milionów Europejczyków od Peloponezu po Jutlandię.

Francja bez wyjątku


Choć politycy znad Sekwany lubię często mówić o „francuskim wyjątku”, to w tym wypadku także Francja wyjątkiem nie jest.

Socjaliści Hollande’a odnieśli w drugiej turze bardzo komfortowe zwycięstwo. Mają absolutną większość w parlamencie, swój rząd. Centroprawica jest osłabiona i pozbawiona przywództwa. Radykalna lewica od Mélenchona zdobyła ostatecznie mniej mandatów niż Partia Komunistyczna w ostatnich wyborach, jej nacisk „z lewa” na rząd będzie zatem minimalny. Front Narodowy co prawda wprowadził do parlamentu deputowanych po raz pierwszy od roku 1997, ale tylko dwóch. Za mało by utworzyć własną grupę parlamentarną. W dodatku liderka FN, Marine Le Pen jednak nie zdołała w drugiej turze wyborów pokonać kandydata socjalistów (do Zgromadzenia Narodowego weszła za to jej bratanica, urodzona w 1989 roku Marion Maréchal-Le Pen, najmłodsza deputowana w historii V Republiki). Wszystko, mogłoby się  wydawać, ułożyło się dla Hollande’a idealnie.

A jednak, nawet on, mając właściwie całość władzy politycznej we Francji, nie będzie w stanie zrealizować swojego programu (renegocjacja paktu fiskalnego, reorientacja polityki gospodarczej UE w stronę stymulowania wzrostu i rozwoju) bez europejskich partnerów, być może także bez socjaldemokratycznego kanclerza w Berlinie. 

Dlatego też w poniedziałek w komentarzach redakcyjnych lewicowych i centrolewicowych dzienników we Francji wcale nie dominował ekstatyczny entuzjazm. „Liberation” w komentarzu redakcyjnym przypomniał o gorzkim przypadku Mitteranda, który w 1981 roku także miał „swojego” premiera (Pierre’a Mauroy) i ambitny program, a mimo tego po dwóch latach władzy ogłosił „powrót do polityki gospodarczej dyscypliny”. A dziś presja rynku i uzależnienie francuskiej gospodarki od reszty Europy na pewno nie są mniejsze niż w czasach Mitteranda.

Nawet we Francji, ojczyźnie nowożytnej koncepcji suwerennego państwa, nie da się dziś budować „demokracji w jednym kraju”.

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.