Świat

Jako dziecko chciałam być albo klaunem, albo dziennikarką

Od kiedy pięć lat temu została zatrzymana grupa Pussy Riot, aresztowania artystów organizujących nieusankcjonowane przez władze, spontaniczne akcje lub wystawy stały się normą. Katrin Nienaszewą w ciągu ostatnich dwóch lat zatrzymano pięć razy. Wszystko to za jej działalność artystyczną, przeważnie też antywojenną.

Jako dziecko chciałam zostać albo klaunem, albo dziennikarką. W Krasnodarze, mieście, w którym się urodziłam, oba te zawody uważa się za jednakowo ekscentryczne. Mam 23 lata.

Moja mama jest farmaceutką, a tata, kiedy byłam mała, pracował w Federalnej Służbie Komorników Sądowych. Aż do drugiej klasy większą część czasu spędzałam u niego w pracy. Razem z jego kolegami całymi dniami graliśmy w Counter-Strike’a. Mam wrażenie, że dostęp do sieci był tam we wszystkich gabinetach.

Razem z kolegami taty całymi dniami graliśmy w Counter-Strike’a.

Byłam raczej „córeczką tatusia”. Oprócz tego ubierałam się jak chłopak, zachowywałam się jak chłopak, nie ustępowałam kolegom w bójkach i zawsze mówiłam bardzo niskim głosem. Pamiętam, jak pewnego razu, byłam wtedy w piątej klasie, nauczycielka wezwała mnie do tablicy i powiedziała: „Spójrzcie tylko, dziewczęta, nigdy nie bądźcie takie jak Nienaszewa, bo nigdy nie zostaniecie prawdziwymi kobietami. Nie mogę sobie zresztą nawet wyobrazić, jak Nienaszewa zamierza kiedykolwiek mieć dzieci. Sami zobaczcie, jest super twarda, zupełnie niepodobna do dziewczyny”.

Nigdy nie powiedziałam o tej sytuacji rodzicom, ale zrozumiałam wtedy, że właściwie cały świat jest przeciwko mnie i że muszę z nim walczyć. Mniej więcej w tym czasie zaczął się mój osobisty koszmar, jeżeli chodzi o relacje ze starszymi koleżankami. Szłam akurat osiedlem, kiedy grupa dziewczyn – wszystkie były ode mnie starsze o jakieś cztery lata – wycelowała we mnie palce. Krzyknęły coś mocno obraźliwego, po czym głośno się zaśmiały. Mogłam wtedy przejść obok i zwyczajnie je zignorować, ale odpowiedziałam na zaczepkę. Po tym zajściu całkiem im odwaliło. Zaczęły mnie prześladować. Potrafiły zagonić mnie w jakiś róg i mi grozić. Mieszkałyśmy i wychowywałyśmy się na tym samym osiedlu, więc trwało to aż do końca dziewiątej klasy, kiedy po prostu zniknęły. Męczyłam się tak z nimi przez trzy lata.

Fot. katrinnenasheva.tumblr.com

Wykształciłam w sobie dzięki temu ciągłą potrzebę bronienia się przed wszystkimi i wszystkim. W pewnym sensie mnie to paraliżowało, rozlewało się po moim ciele, ale dzięki temu zainteresowałam się książkami. Później zaczęłam brać udział w wielu lokalnych konkursach i olimpiadach z wiedzy o literaturze. Większość z nich wygrywałam.

Miałam trzynaście lat, kiedy po raz pierwszy mnie zatrzymano. W centrum naszego miasta stoi fontanna, którą z jakiegoś powodu nazywają „prostytutką”. Siedziałam tam kiedyś z koleżankami. Miałam przy sobie podręcznik do literatury. Podeszły do nas policjantki i zaczęły nam zadawać pytania w rodzaju: „Co tu robicie? Jesteście naćpane?”. Koleżanki grzecznie odpowiadały, a we mnie obudziła się jakaś taka gówniarska hardość. Postanowiłam im nie odpowiadać, no bo… sama nie wiem, bo były zbyt agresywne. Zwróciły na mnie uwagę: „Słuchaj, odwróć się do nas. Czemu z nami nie rozmawiasz?” – mówiły. A ja nic. No i w efekcie to mnie zabrały na komendę, a nie moje koleżanki. Później przez kilka tygodni po szkole krążyły plotki: „O, Nienaszewą zatrzymali!”. Od tamtego czasu zatrzymywano mnie jeszcze cztery razy. Głównie za nieposłuszeństwo, brak pokory, niepodporządkowanie się.

Z problemami dorosłego życia zetknęłam się po raz pierwszy w wieku czternastu lat. Podjęłam wtedy pierwszą pracę. Zmywałam w knajpie naczynia i pomagałam kucharzowi. Trwało to mniej więcej trzy lata. W kuchni słuchałam opowieści dorosłych kobiet, pracujących obok mnie samotnych matek, które harowały po piętnaście godzin dziennie, by później spróbować przeżyć za dwanaście tysięcy rubli miesięcznie [około 750 zł].

Cenzura

Równo z końcem szkoły przyszedł finał ważnej olimpiady. Wygrana gwarantowała wstęp na najlepszy wydział dziennikarstwa w Krasnodarze. Byłam faworytką i wymyśliłam świetny temat, na który zamierzałam napisać pracę.

W Krasnodarze, w samym centrum miasta, znajduje się cmentarz, na którym pochowani są żołnierze polegli w II wojnie światowej. Od lat 90. nikt nie dbał o ich groby. Pomniki były zdewastowane, mogiły rozkopane, tabliczki walały się w błocie. To właśnie o tym chciałam zrobić materiał. Poszłam na ten cmentarz z koleżanką. Poprosiłam ją o zrobienie kilku zdjęć. Ale na cmentarzu zobaczyłyśmy onanistę, spuszczającego się na jeden z tych grobów. Nie mogłyśmy o tym zdarzeniu rozmawiać z koleżanką przez trzy czy cztery dni. Nie mogłam też po tym wszystkim nawet patrzeć na mężczyzn. Miałam już szesnaście lat, ale nie byłam z nikim w żadnym związku, nie chodziłam na imprezy. Żyłam po swojemu. Zszokowało mnie nawet nie to, że ten mężczyzna się masturbował, ale to, że robił to nad czyimś grobem. Nie miałam wtedy pojęcia o nekrofilii, a w tym przypadku to były po prostu groby…. Długo starałam się zrozumieć, co powinnam z tym zrobić.

 

 

Zgłosiłam to zajście do kilku instancji, wystosowałam też pismo do gubernatora Tkaczewa. Później doszłam do wniosku, że właśnie o tym onaniście napiszę pracę na olimpiadzie, bo dokładne opisanie tego wydarzenia było dla mnie swoistą metodą refleksji.

Zajęłam ostatnie miejsce. Wcześniej zawsze byłam laureatką. Pamiętam, że na dziennikarstwo dostała się wtedy dziewczyna, która napisała o szkole tańca. Dowiedziałam się, że na naszym wydziale nie pozwala się nawet na minimalną krytykę władzy. To był ten moment, kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z cenzurą. Dzięki tej sytuacji zdecydowałam się składać papiery na moskiewski wydział literatury. I dostałam się.

„Jutro”

Przeprowadziłam się do Moskwy w 2012 roku. Miałam osiemnaście lat. Potrzebowałam dużo czasu, żeby się w niej odnaleźć. Szukałam dla siebie miejsca i w mieście, i na uczelni. Szybko zrozumiałam, że imprezowanie i picie ze znajomymi z akademika mnie nudzi, więc postanowiłam znaleźć pracę.

Wysłałam miliony CV. Jakimś cudem przyjęli mnie do Moskiewskiego Związku Pisarzy. Trzeba wziąć poprawkę na to, że dla ludzi z prowincji Związek Pisarzy jest miejscem wręcz świętym. Wyobraźcie więc sobie, co czułam, kiedy przyszłam do pracy i zobaczyłam dwie megadziwne sekretarki, niemające zielonego pojęcia ani o sztuce, ani o literaturze. Oprócz nich było tam jeszcze dwóch menadżerów, zarabiających grosze i zajmujących pokoje w starej willi. Praca sekretarek polegała na tym, żeby ładnie się uśmiechać do przychodzących pisarzy, odbierać od nich książki, z którymi, według ich obietnic, miało się coś zrobić. Tak naprawdę składało się je tylko na jedną wielką kupę, a pisarzy co najwyżej obgadywało. Jedna z tych sekretarek nosiła bardzo wysokie kozaki. Po dwóch miesiącach zajebała pieniądze z kasy i spierdoliła.

Moja praca polegała na dzwonieniu do członków Związku Pisarzy i proszeniu ich o udostępnienie wizerunku do naszego kalendarza za dziesięć tysięcy rubli. Było to całkiem zabawne, bo dość szybko się wyjaśniło, że osiemdziesiąt procent członków Związku Pisarzy nie żyje. Kolejne dziesięć procent od dawna nic nie pisze. Z pozostałych mniej więcej połowa uważała za ogromny sukces móc wydrukować swoje zdjęcia w tym kalendarzu. Każdego dnia umierałam ze śmiechu i kontynuowałam rozsyłanie CV.

Odezwała się wtedy do mnie redakcja „Zawtra”. Teraz wiem, że to typowo czerwono-brunatna gazeta, czyli tzw. prawosławni staliniści, ale wtedy było to dla mnie po prostu pismo, które zgodziło się na publikację mojego artykułu o zamknięciu muzeum Majakowskiego na Łubiance.

Co więcej, zgodziło się, choć w tekście wypowiadałam się krytycznie o Sobianinie, merze Moskwy. Zaczęłam wtedy chodzić na wszelkie możliwe wystawy i wysyłałam do „Zawtra” kolejne teksty i recenzje. Wszystkie były publikowane, w dodatku bez jakiejkolwiek cenzury. Doskonale wiedziałam, że doświadczeni reporterzy nie byli tym zachwyceni, ale zupełnie mnie to nie obchodziło. Nie brałam też zresztą wtedy udziału w kolegiach. Kontaktowałam się bezpośrednio z moim redaktorem, synem naczelnego Prochanowa, a on dawał mi pełną swobodę działania.

Pamiętam, jak pewnego razu wysłali mnie na plac Błotny. Miałam napisać reportaż z przeprowadzanej tam demonstracji. Nie wyznaczyli mi żadnego konkretnego zadania, nie nakreślili jakiejkolwiek ideologii, w którą miałabym się wpisać. Po prostu poprosili o reportaż. Kiedy dotarłam na plac, to pierwszym uczuciem, jakie mnie ogarnęło, był szok. Nigdy wcześniej nie brałam udziału w takich ogromnych zgromadzeniach, wystraszyłam się tłumu. Podchodziłam do ludzi, pytałam, jak się nazywają, prosiłam, by opowiedzieli mi, dlaczego właściwie tutaj przyszli. Większość twierdziła, że znalazła się tam przypadkowo, że nawet nie wie, o co chodzi, a transparenty trzymają, bo ktoś znajomy ich o to poprosił. Z kolei grupa ludzi zgromadzonych bliżej sceny niczym odrętwiałe zombie powtarzała w kółko te same słowa. Zobaczyłam przedziwny cyrk i opisałam go w swoim materiale.

Teraz oczywiście wiem, że był to plac Błotny, jaki poznaliśmy w 2013 roku. Mieliśmy już wtedy za sobą pierwsze areszty, przeszukania, zwolnienia z pracy za udział w demonstracjach. W odróżnieniu ode mnie ci ludzie wiedzieli, jaką reputacją cieszy się „Zawtra” i, najprawdopodobniej, postrzegali mnie jako zdrajczynię. Ja sama nie rozumiałam wtedy tego, co się wokół mnie dzieje. Nie miałam pojęcia o demonstracjach i mityngach, nie miałam znajomych z opozycji. Byłam tym wszystkim tak oszołomiona, że napisałam dość miażdżący tekst, za który do tej pory się wstydzę i aż mnie boli, jak o nim myślę.

Wojna

Później zaczęła się wojna w Donbasie. Wrażenie, że zewsząd jesteśmy atakowani propagandą, nie pojawiło się od razu, dopiero po pewnym czasie. Tak jak wcześniej pisałam głównie o sztuce i jeszcze na jakieś neutralne, niezwiązane z polityką tematy. Głównie społeczne. Nagle zaczęto mi zlecać wywiady z jakimiś dziwnymi ludźmi, na przykład historykami. Prosiłam ich o komentarz do sytuacji. Później z kolei musiałam napisać tekst o gubernatorze Krymu. Była to zwyczajna notka biograficzna, powstała na podstawie ogólnodostępnych źródeł. Z czasem dotarło do mnie, że ci wszyscy reporterzy starej daty, z którymi się nie zgadzałam, oczerniają opozycjonistów już nie tylko w rozmowach między sobą, ale także w publikowanych tekstach. A później dostrzegłam w tych tekstach coś jeszcze. Nawoływanie do wojny. W moich, rzecz jasna, nie. Czułam się, jak gdybym była poza tym wszystkim. Miałam wrażenie, że mnie to nie dotyczy, choć w Donbasie mieszkał mój dziadek

Pewnego dnia miałam przeprowadzić wywiad z Leną. Była wtedy świeżo po stracie męża. Zginął na froncie. Ona była nauczycielką, a on był byłym więźniem, kieszonkowcem. Starał się zorientować w całej tej sytuacji. Pojechał z kumplami do Ługańska. I po dwóch dniach już go nie było. Zginął właściwie przez przypadek.

Pamiętam, jak siedziałyśmy w ich mieszkaniu, pełnym jego rzeczy, w którym jeszcze tydzień wcześniej świetnie się bawili, pili wino. Lena opowiadała, że udało jej się zidentyfikować zwłoki tylko dzięki tatuażowi. Twarz była nierozpoznawalna. To był ten moment, kiedy zrozumiałam, że nasza codzienna praca w redakcji polega już tylko na podżeganiu do wojny. Że nawet mój neutralny tekst o gubernatorze Krymu powstał tylko w tym celu. Zdałam sobie sprawę, że ja sama, poprzez swoje teksty, również ponoszę odpowiedzialność za to, co się dzieje, i być może nawet za śmierć męża Leny.

Po tym spotkaniu postanowiłam się zwolnić, ale zanim odeszłam z redakcji, zadbałam jeszcze o to, by spod wszystkich tekstów na portalu „Zawtra” zniknęło moje nazwisko. Było mi wstyd.

Dobroczynność

Zaczęłam staż w Agencji Informacji Społecznej [Agentstvo sotsialnoy informatsii], a później w redakcji „Snob”, ale czułam, że to nie dla mnie. Znalazłam w końcu pracę w prawosławnym centrum dla dzieci z zaburzeniami rozwoju przy fundacji „Miłosierdzie”. Podczas rozmowy kwalifikacyjnej pytano mnie o to, do której cerkwi chodzę, kiedy kończy się post, co oznaczają poszczególne biblijne symbole. A ja, chociaż byłam ochrzczona, to zupełnie nie mogłam o sobie mówić jako o osobie religijnej.

Zasugerowali mi wtedy, żebym zaczęła pościć i brać udział udział w liturgii, mówiąc krótko, miałam się wdrożyć w życie cerkiewne. Uduchowić. I to mnie jakoś tak chwyciło, potraktowałam to bardzo poważnie. Okropnie przeżywałam, kiedy się okazało, że popełniłam błąd i zjadłam prosforę przed spowiedzią. Wtedy po raz pierwszy poszłam do spowiedzi, pościłam nawet przed nią. To wszystko było dla mnie wielkim wydarzeniem, czekałam na nie. Okazało się jednak, że to wielkie wydarzenie stopniowo zamienia się w prawdziwe piekło, bo podczas spowiedzi przyznałam się, że sypiam ze swoim chłopakiem. Myślałam, że ukorzę się za to, pokajam za ten grzech. A ten koleś, duchowny, po prostu mnie wtedy wyrzucił. Totalnie nie tego się spodziewałam. Bardzo się rozczarowałam i od tego czasu nie chodzę do cerkwi. Nie poszłam też już nigdy więcej do spowiedzi.

Z czasem znalazłam pracę w fundacji charytatywnej, ale już takiej, która nie podlegała cerkwi. Był tam taki program: „Czekam na ciebie, mamo”. Dzieci, których matki znalazły się w koloniach karnych, wożono do nich, by mogły je w ogóle zobaczyć. W ten sposób po raz pierwszy trafiłam do kolonii. Mieściła się w obwodzie włodzimierskim, IK-1.

Poznałam tam kobietę. Miała na imię Luba. Poprosiła mnie, żebym zrobiła jej zdjęcie. Takie portretowe. Tłumaczyła, że od pięciu lat nikt jej nie fotografował i że jej bliscy już nawet nie wiedzą, jak wygląda. Nie wiedzieć czemu, kierownik kolonii nie wyraził zgody. Wysłał za to Lubę do kuchni, żeby ugotowała dla nas pierogi. Atmosfera w kuchni była typowa dla wszystkich wielkich kuchni: ubrane w fartuchy kobiety wyrabiały ciasto, wokół nich stały blachy, na których pukładane były ogromne pierogi nadziewane dżemem. Zapytałam kobiet, dlaczego nie jedzą razem z nami. Odpowiedziały, że mają zakaz jedzenia słodkich rzeczy.

Ta kuchnia stała się dla mnie swoistą granicą między wolnością a zniewoleniem. Wolność była tutaj w możliwości zjedzenia pierogów i zrobienia sobie zdjęcia. Wtedy przyszedł mi do głowy pomysł na moją pierwszą akcję.

Akcje

Pomyślałam sobie: okej, skoro nie możecie sobie zrobić zdjęcia, to w takim razie ja przyjmę wizerunek więźniarki. I będę przez miesiąc chodzić w więziennym uniformie po ulicach Moskwy, żeby obserwować reakcje ludzi. Niech moje ciało stanie się symbolem waszych ciał, waszego bólu, waszej samotności. Będę robić sobie zdjęcia wszędzie, gdzie tylko mogę, i wysyłać je później do kolonii.

Muszę podkreślić, że już wtedy miałam duże doświadczenie, jeśli chodzi o wystąpienia publiczne. Przecież moim marzeniem była kariera cyrkowa i zawód klauna. W szkole grałam w KWN, studenckiej lidze kabaretowej, a oprócz tego uczęszczałam na zajęcia śpiewu i aktorstwa. W Moskwie razem z przyjacielem Glebem Osipowem stworzyłam poetycką grupę „Ale”. Organizowaliśmy przeróżne performensy, a z Denisem Siemionowem także wystawy w opuszczonych budynkach.

W kolonii byliśmy w kwietniu 2015 roku, a swoją pierwszą akcję zaczęłam już w czerwcu. 12 czerwca jest Dniem Rosji. To było dla mnie ważne, żeby wyjść tego dnia na plac Błotny i uszyć z kawałków czerwonego, białego i niebieskiego materiału flagę. Dołączyła do mnie wtedy Nadia Tołokonnikowa z Pussy Riot. Ledwie zdążyłyśmy usiąść na naszych stołkach i nawlec igły, gdy przyjechała policja. Zaczęli sobie żartować, że lepiej dla nas by było, gdybyśmy sobie szyły w Parku Bitcewskim, zgarnęliby nas wtedy od razu. No i nas zatrzymali.

Wtedy po raz pierwszy zatrzymano mnie za akcjonizm. Byłam zdziwiona, jak sprawnie i szybko to poszło. I to, jak wielką bezsilność można poczuć, kiedy widzi się zamykające się drzwi OWD [oddziału organów spraw wewnętrznych]. Miałam szczęście, że byłam wtedy z Nadią. To ona nauczyła mnie rozmawiać z policją, powoływać się na artykuł 51. konstytucji, mówiący o tym, że mam prawo do odmowy zeznań przeciwko samej sobie, kontaktu z adwokatem i prokuraturą. Wypuścili nas po trzech godzinach, nie przedstawiając jakichkolwiek zarzutów.

Przez cały miesiąc nosiłam więzienny uniform. Spotykałam się z różnymi reakcjami. Niektórzy ludzie byli agresywni, potrafili mnie popchnąć czy zwyzywać, inni tylko zadawali pytania o życie w więzieniu. Co ciekawe, z takimi pytaniami spotykałam się zarówno na ulicy, jak i na komendzie policji. Nie wiem dlaczego, ale wszyscy byli przekonani, że więźniarki zawsze są łyse, że wszystkim golą głowy.

Postanowiłam, że ostatniego dnia akcji uroczyście zdejmę z siebie ten uniform na placu Czerwonym, a zaraz potem ogolę głowę. No i wtedy znowu mnie zatrzymali, zresztą razem z moją koleżanką, która miała mi te włosy zgolić. Sąd wydał wyrok: organizacja nielegalnego mityngu i udział w nim, i skazał nas 72-godzinny areszt. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że w protokole z zatrzymania napisali jakieś kompletnie surrealistyczne rzeczy. Że niby głowę próbowano mi ogolić przy pomocy instrumentu muzycznego. Mojej maszynki do golenia do tej pory mi zresztą nie oddali.

Fot. katrinnenasheva.tumblr.com

Całe to zajście porządnie zdenerwowało dyrektora fundacji charytatywnej, w której pracowałam. Chciał mnie nawet zwolnić, ale później to przemyślał i zmienił zdanie.

Kolejny raz zatrzymano mnie jesienią 2015 roku, kiedy próbowaliśmy na placu Koniuszennym w Petersburgu zmyć krew naszych ukraińskich przyjaciół z wojskowego munduru. Miało to miejsce 4 listopada – w Dzień Jedności Narodowej. Wtedy nie zadali sobie nawet trudu, żeby spisać jakikolwiek protokół.

Następny raz przypadł na marzec 2016 roku. W wystawie Nie-pokój w Moskwie wzięli udział artyści i polityczni aktywiści. Prezentowali prace ukazujące to, co działo się akurat na Ukrainie. Chcieliśmy przejść się z tymi pracami po ulicach Moskwy, żeby zobaczyć, jak zareagują na nie mieszkańcy miasta. Lubię zresztą wykorzystywać ulicę jako narzędzie artystyczne. Planowaliśmy zacząć akcję na stacji metra Kurskaja, ale kiedy tam dotarliśmy, były tam już podstawione samochody służb. Próbowaliśmy schować się w Winzawodzie, czyli centrum sztuki współczesnej, ale uniemożliwili nam to ochroniarze, więc tuż po opuszczeniu budynku zostaliśmy aresztowani. Poraził mnie wtedy fakt, że wszyscy skierowaliśmy się do tych podstawionych samochodów dobrowolnie. Nikt nie zaprotestował. Nawet ja.

Fot. Publiczna dyskusja z Katrin Nienaszewą, 6 września 2017

W OWD kazali nam oddać prace. Gdybyśmy tego nie zrobili, groziłby nam 48-godzinny areszt. Zostawiliśmy je więc, ale wydrukowaliśmy zdjęcia wszystkich, aby móc je rozdawać w dniu rozprawy. Przed sądem artyści zorganizowali flashmob, rysując wspólnie jego budynek.

Ostatnio zatrzymano mnie w czerwcu. Chodziłam wtedy w okularach VR, żeby porównać to, co widzimy w realnym świecie, z tym, co widzą ludzie uwięzieni w ośrodkach psychiatrycznych. W Rosji jest ich ponad sto pięćdziesiąt tysięcy, a panujące w nich warunki są o wiele gorsze od tych w aresztach. 22 czerwca spacerowałam w tych okularach po placu Czerwonym, ale mnie, rzecz jasna, zatrzymali.

Dzisiaj każdy człowiek, który wygląda nietypowo, zwraca na siebie uwagę policji. Z tego powodu w Rosji, tak samo jak w czasach radzieckich, wszyscy starają się żyć tak, żeby się „nie wychylać”.

***

Tekst pierwotnie opublikowano na stronie OpenDemocracy i jest częścią wspólnego projektu z OVD-Info i RombTV, poświęconego ludziom zatrzymanym przez rosyjskie władze podczas nowej fali protestów.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.