Świat

Zmiana klimatu? Nie, zmiana systemu!

C.J. Polychroniou

Zmiana klimatu to największy kryzys egzystencjalny, przed jakim stoi dziś ludzkość. Kapitalizm przemysłowy tak „ceni” naturę, że zawiódł nas na skraj przepaści. Uniknięcie końca cywilizacji, jaką znamy, może wymagać spojrzenia na środowisko naturalne w diametralnie odmienny sposób – twierdzi John Bellamy Foster, profesor socjologii na Uniwersytecie Oregońskim i redaktor magazynu „Monthly Review”.

C.J. Polychroniou: Żyjemy w czasach potężnych zaburzeń w środowisku naturalnym. Mówi się nawet, że epoka holocenu się skończyła, a trwa już nowa epoka – antropocen. Na Zachodzie spopularyzował ten pogląd chemik, noblista Paul Crutzen. Jeśli uznamy to twierdzenie za naukowo słuszne, w jakiej mierze możemy winić sam wzrost – rozwój gospodarczy – za katastrofalne skutki ludzkiego oddziaływania na klimat, w tym spalania węgla i ropy naftowej, wycinania lasów deszczowych i przemysłowej hodowli zwierząt?

John Bellamy Foster: Przede wszystkim warto pamiętać, że pojęcie antropocenu wywodzi się ze Związku Radzieckiego. W języku angielskim pojawiło się po raz pierwszy w przekładzie Wielkiej Encyklopedii Radzieckiej w latach 70. ubiegłego wieku. Debatę nad zmianą antropogeniczną, czyli wywołaną przez działalność człowieka, rozpoczęli radzieccy naukowcy. Stąd bierze początek dzisiejsza koncepcja „systemu ziemskiego” i współczesne, lepiej rozwinięte pojęcie antropocenu.

Wydaje się, że w naukach przyrodniczych panuje dziś zgoda co do tego, że epoka geologiczna nazywana antropocenem zaczęła się we wczesnych latach 50. Wtedy właśnie nastąpiło „wielkie przyspieszenie” – raptowne nasilenie wpływu człowieka na system planety. Przejście od holocenu do antropocenu zostało wyraźnie podkreślone w październikowym raporcie Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC) – jako sygnał, że czynniki antropogeniczne są już głównym motorem zmian systemu ziemskiego, a najbardziej wyraźną z tych zmian jest zmiana klimatu. Działalność gospodarcza, tak jak ona dzisiaj wygląda, opiera się na wydobywaniu i spalaniu paliw kopalnych, wycinaniu lasów deszczowych i na przemysłowej hodowli zwierząt – wszystkie te działania zwiększają emisje gazów cieplarnianych, a więc powodują przyspieszenie zmian klimatycznych.

Planetarna skala obecnego kryzysu ekologicznego wynika przede wszystkim z gigantycznej i nieustannie rosnącej skali światowej gospodarki kapitalistycznej. Im bardziej rozrasta się ta gospodarka, tym silniej zakłóca podstawowe cykle biogeochemiczne planety. Istnieje ścisły związek między tymi procesami, a naturą i logiką kapitalizmu, rozumianego jako ukierunkowana akumulacja kapitału. W kapitalizmie albo rośniesz, albo giniesz. Kiedy akumulacja spowalnia, pojawia się kryzys gospodarczy. Dlatego system musi nieustannie nakręcać akumulację. To z kolei wzmaga globalne kryzysy ekologiczne i sprawia, że skutki wpływu gospodarki na system ziemski są coraz lepiej widoczne.

Polityczny realizm wiedzie do katastrofy

czytaj także

Kiedy mówimy, że największym problemem jest wzrost gospodarczy i przekonujemy, że rozwiązaniem tego problemu jest „gospodarka stanu zrównoważonego”, wyobraźnia podpowiada ludziom obraz końca postępu. To niesłuszne. Dlatego musimy bardzo wyraźnie odróżnić wzrost gospodarczy, tak jak go obecnie rozumiemy, od rozwoju ludzkości.

Początek fetyszyzacji wzrostu gospodarczego przypada na lata 50. – wkrótce po tym, jak w czasie drugiej wojny światowej zaczęto mierzyć wielkość dochodu narodowego. Sposób obliczania PKB wywodzi się z kapitalistycznych koncepcji wartości dodanej, zysku i akumulacji. Dobrze odzwierciedla on logikę akumulacji kapitału, za to jest zupełnie oderwany od pojęcia rozwoju w ogólniejszym sensie, którego używamy na co dzień.

Zmiana klimatu na wokandzie. Jak prawnicy pomagają w walce z kryzysem klimatycznym

Łatwo to zrozumieć, gdy się spojrzy na sposób mierzenia PKB. Do PKB nie wlicza się produkcji rolnej na własne potrzeby ani na przykład domowej pracy kobiet, bo cała ta praca odbywa się poza sferą rynku. Jeśli tankowiec zderzy się z górą lodową i ropa wycieknie do oceanu, wtedy PKB wzrośnie, bo pojawią się koszty usunięcia wycieku, wypłaty z polis ubezpieczeniowych i wynagrodzenie prawników. Ale szkód, jakie ten wyciek spowodował w środowisku, nie odejmujemy od PKB. Społeczne i środowiskowe koszty takiej katastrofy są w tym ujęciu „kosztami zewnętrznymi” – nie bierze się ich pod uwagę przy obliczaniu dochodu narodowego.

Kiedy rośnie las, nie wpływa to w najmniejszym stopniu na wskaźniki rozwoju gospodarczego. Ale kiedy ten sam las wytniemy, przerobimy na miliony desek i sprzedamy na rynku – gospodarka odnotuje wzrost. Wojna, która pochłania milion ofiar, też napędza wzrost – i przyspiesza go nawet wtedy, kiedy już umilkną działa, bo po wojnie trzeba odtworzyć zniszczony kapitał. Ale życie, które ludzie stracili na tej wojnie, nie umniejsza PKB ani o centa.

Kiedy rośnie las, nie wpływa to w najmniejszym stopniu na PKB. Ale kiedy ten las wytniemy i przerobimy na miliony desek, gospodarka odnotuje wzrost.

Problemem nie jest jednak sam sposób obliczania PKB, ale to, że miara zysku, jaką się posługujemy, jest wiernym odbiciem działania kapitalizmu. Z punktu widzenia kapitalizmu zysk sprowadza się do przepływu pieniędzy na rynku – nie ma natomiast nic wspólnego z tym, co jest korzystne dla ludzi i dla planety. W zaawansowanych gospodarkach kapitalistycznych coraz większa część produkcji jest czystym marnotrawstwem, to znaczy jej wartość użytkowa jest ujemna. Mam na myśli produkty bezużyteczne, szkodliwe lub wytwarzane w nadmiernej ilości, podczas gdy elementarne ludzkie potrzeby często pozostają niezaspokojone. Taki stan rzeczy jest „racjonalny” z punktu widzenia dzisiejszego monopolu kapitału finansowego, a zupełnie nieracjonalny z punktu widzenia całego społeczeństwa. Dlatego to rozumienie wzrostu gospodarczego musimy porzucić, a zacząć definiować wzrost w kategoriach zrównoważonego rozwoju ludzkości.

Z czym do ludzi?! Polska oferta na COP24

Część działaczy ekologicznych głównego nurtu upatruje problem w tym, że przyroda nie jest w pełni włączona do systemu wartości rynkowej – i postuluje, by uznać cały świat przyrody za „kapitał naturalny”. Trzeba jednak pamiętać, że wartość to nie wszystko: nie da się sprowadzić każdej wartości, życia samego w sobie, do wyceny wartości rynkowej, o ile nie chcemy całkowicie wynaturzyć samej istoty ludzkiej egzystencji.

Przekonuje pan, że w ogóle nie należy używać pojęcia „wartości” w odniesieniu do świata naturalnego. Czy to znaczy, że kapitalizm z samej swej natury jest szkodliwy dla środowiska i inaczej być nie może?

Skoro mówimy o wewnętrznej logice kapitalizmu, to odpowiadam: tak, tak właśnie jest. W kapitalizmie liczy się wyłącznie akumulacja, a Ziemia i jej mieszkańcy nie liczą się w ogóle. Wartość jest tworzona przez wyzysk pracowników, ale jednocześnie tworzenie wartości wymaga nieustannej eksploatacji zasobów naturalnych, które kapitał dostaje od środowiska gratis. W tak wąsko rozumianej pogoni za zyskiem kapitalizm nieuchronnie prowadzi do wyniszczenia w skali planetarnej. Karol Marks nazywał to problemem „rozdarcia metabolicznego”: w miarę jak kapitalizm przywłaszcza sobie zasoby naturalne Ziemi, podcina własną gałąź, pozbawiając się możliwości dalszej akumulacji kapitału.

W obecnym tempie świat przekroczy globalny budżet węglowy (to znaczy wyemituje łącznie bilion ton dwutlenku węgla) za siedemnaście lat, a wtedy zmiana klimatu całkowicie wymknie się spod kontroli. Jednocześnie przekraczamy inne granice wytrzymałości planety: stąd szóste wielkie wymieranie gatunków, zakwaszenie oceanów, zakłócenie obiegu azotu i fosforu, wylesienie, globalny niedobór wody pitnej i tak dalej. Wszystkie te niesłychanie pilne problemy musimy rozwiązać w realiach obecnego systemu. To wymaga olbrzymiego, niepowstrzymanego i globalnego ruchu ku socjalizmowi, który wyłamie się z logiki kapitalizmu i zapoczątkuje długą rewolucję ekologiczną.

Przypuszczam, że nie patrzy pan z optymizmem na rozwiązania techniczne, które miałyby zahamować postęp zmian klimatycznych i uporać się z innymi zmorami współczesności, takimi jak zanieczyszczenie powietrza, zaśmiecenie oceanów itd.?

Nowe technologie będą niezbędne dla rozwiązania problemów miary globalnej. Jednak na każdą technologię trzeba spojrzeć krytycznie ze społecznego punktu widzenia, a nie upatrywać w niej cudowne lekarstwo. Jeśli znajdujemy się dziś w sytuacji kryzysowej, to między innymi za sprawą technologii, których niemal jedynym celem było generowanie zysku. Te technologie szkodzą wszystkim żywym istotom i sprawiają, że Ziemia przestaje być bezpiecznym miejscem dla człowieka. Cały świat musi przejść na produkcję energii z wiatru i ze słońca, musimy znaleźć inne, alternatywne rozwiązania, by całkowicie uwolnić się od paliw kopalnych, ale na drodze do tego celu stoi bezwzględna logika akumulacji kapitału. Racjonalny rozwój technologii i jej stosowanie zgodnie z naukowymi i czysto ludzkimi kryteriami wymaga głębokiej przemiany relacji społecznych.

Sześć mitów o zmianach klimatu

czytaj także

Sześć mitów o zmianach klimatu

Fundacja ClientEarth Prawnicy dla Ziemi

Prymitywne uwielbienie dla technologii byłoby dziś wielkim błędem. Żadna technologia nie jest czarodziejską różdżką rozwiązującą wszystkie problemy. System wciska nam jednak do głowy wiarę w cudowną moc techniki, ponieważ próbuje dowieść, że skoro technologia przyjdzie nam z pomocą, to żadne inne, głębokie reformy nie są potrzebne, a kapitalizm będzie mógł istnieć wiecznie. Więc mówi się nam, że jakaś futurystyczna technologia w końcu zbawi świat. A prawda jest taka, że żadne proste, techniczne rozwiązanie, które pozwoliłoby kapitalizmowi nadal funkcjonować bez większych zmian, nie jest możliwe, bo musiałoby łamać prawa fizyki. Nie mówiąc o tym, że stałoby w sprzeczności z wiedzą zdobytą przez nauki społeczne, które w takich technofantazjach po prostu odsuwa się na bok.

Strategia „konsumeryzmu” – czyli założenie, że przez jednostkowe decyzje konsumentów możemy zadbać o środowisko i powodować społeczne i gospodarcze zmiany – wydaje się beznadziejnie naiwna, przynajmniej dla tych, którzy wyznają materializm historyczny. Powstaje więc pytanie: czego potrzeba, abyśmy mogli podnosić poziom życia bez szkodzenia środowisku?

Kiedy mówimy, że problemem jest wzrost gospodarczy, wyobraźnia podsuwa obraz końca postępu. To niesłuszne. Musimy odróżnić wzrost gospodarczy od rozwoju ludzkości.

Jednym z najtrudniejszych zadań w mojej pracy jako wykładowcy zawsze jest przekonanie studentów, że tak zwana „suwerenność konsumentów” to mit. Większość ludzi wchłania przekazywaną im ideologię i wierzy, że jako konsumenci dyktujemy, co dzieje się w gospodarce i w środowisku. Moi studenci wierzą, że jeśli jako jednostki będą dokonywać właściwych wyborów, zmienią nawyki konsumpcyjne i zaczną kupować wyłącznie „zielone” produkty, to suma ich decyzji zmusi cały rynek do przejścia na „zieloną” stronę. Są święcie przekonani, że wszystkie problemy ekologiczne biorą się z decyzji pojedynczych konsumentów.

Ten pogląd należy odrzucić z wielu powodów. Po pierwsze, w kapitalizmie władza bierze się z własności i kontroli środków produkcji. Konsumenci jej nie posiadają. Po drugie, gdyby na przykład wszystkie gospodarstwa domowe w całych Stanach Zjednoczonych z dnia na dzień przestały wytwarzać śmieci, które trafiają potem na wysypiska, ubyłaby zaskakująco drobna część odpadów, może około 3 procent. Całą resztę odpadów stałych produkują korporacje. Po trzecie, istnieje „efekt zależności”, który John Kenneth Galbraith opisał w książce Społeczeństwo dobrobytu: to, co konsumujemy, zależy od tego, co jest produkowane. Po czwarte, amerykańska gospodarka wydaje co roku ponad bilion dolarów na marketing – by skłaniać konsumentów do kupowania rzeczy, których nie chcą i nie potrzebują. Po piąte, marketing w takim stopniu przeniknął już sam proces produkcji, że dziś trudno oddzielić produkt od wizerunku jego marki. Po szóste, sektor prywatny stworzył w internecie gigantyczny system inwigilacji, którego głównym celem jest manipulacja decyzjami konsumentów. Jeśli weźmiemy pod uwagę wszystkie te okoliczności, to stanie się jasne, że bez przejęcia kontroli nad systemem produkcji nie da się przełamać tego parcia do dewastacji środowiska (i wyzysku pracowników).

Biorąc pod uwagę katastrofalne dla środowiska dziedzictwo „realnego socjalizmu” – i pomijając już inne jego cechy, takie jak polityczne represje i łamanie praw człowieka – jak wyobraża pan sobie socjalizm w XXI wieku?

Społeczeństwa typu sowieckiego dewastowały środowisko w tempie zbliżonym do świata Zachodu, a z czasem same stawały się represyjnymi społeczeństwami klasowymi. Tym niemniej, w latach 70. i 80. w Związku Radzieckim powstał szeroki ruch ekologiczny, któremu przewodzili ówcześni naukowcy. Część ekonomistów postulowała zreformowanie centralnego planowania w taki sposób, by podstawą planowania stało się „bogactwo społeczne brutto”, uwzględniające czynniki ekologiczne. Wszystko to skończyło się wraz z rozpadem ZSRR. Trzeba jednak pamiętać, że radzieccy intelektualiści wychodzili z silną, ekosocjalistyczną krytyką tamtego systemu. Jej ślady można dostrzec we współczesnej chińskiej koncepcji „cywilizacji ekologicznej”. A niezależnie od tego, w latach 80. i 90. ekosocjalizm rozwinął się także na Zachodzie i stąd rozprzestrzenił się po całym świecie.

Koniec węgla to nie koniec świata

czytaj także

Ekosocjalizm powstał więc jako radykalny ruch zarówno w społeczeństwach kapitalistycznych, jak i w systemie „realnego socjalizmu”. W odróżnieniu od teorii ekologicznych głównego nurtu, ekosocjalizm uznaje, że sprostanie największemu wyzwaniu, przed jakim ludzkość kiedykolwiek stanęła, nie będzie możliwe bez rewolucyjnego przebudowania społeczeństwa.

Coraz więcej ludzi, szczególnie na Globalnym Południu, na skutek własnych życiowych doświadczeń dochodzi do wniosku, że degradacja środowiska i eksploatacja ludzkiej pracy mają wspólną podstawę – obecny, wyalienowany system. Uznają więc, że trzeba wyjść poza ten system i zbudować inny.

Fotorelacja: Marsz dla klimatu w Katowicach

Myśląc w tych kategoriach, wracamy do tradycji klasycznego materializmu historycznego, kojarzonego z Marksem i Engelsem, który wyłonił się w czasach, gdy uważano, że walka o miejsce pracy, walka o środowisko miejskie i walka o ziemię są ze sobą nierozerwalnie splecione. W tym sensie ekosocjalizm opiera się więc na dwóch koniecznościach: na konieczności zaprowadzenia rzeczywistej równości i na konieczności zapewnienia ekologicznej stabilności. Innymi słowy – nie chcemy zmiany klimatu, chcemy zmiany systemu.

**
C.J. Polychroniou jest politologiem i ekonomistą politycznym. Zajmuje się problematyką integracji europejskiej, globalizacji, ekonomią polityczną Stanów Zjednoczonych i krytyką neoliberalnego projektu polityczno-ekonomicznego. Publikował w ponad dwudziestu czasopismach, gazetach i periodykach naukowych, a jego książki ukazywały się w przekładach na wiele języków. Jest autorem serii wywiadów z Noamem Chomskym, publikowanych w magazynie Truthout i wydanych w książce pt. „Optimism Over Despair: Noam Chomsky On Capitalism, Empire, and Social Change”.

Wywiad ukazał się w magazynie Truthout. Dziękujemy za zgodę na przedruk. Z angielskiego przełożył Marek Jedliński.

Copyright Truthout. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.