Świat

Rosyjski faszysta, patron Putina

Wolność polega na tym, by znać swoje miejsce w szeregu, wybory są tylko na pokaz, a fakty przeczą same sobie, więc liczy się tylko silny wódz i zarządzanie emocjami. Timothy Snyder o faszystowskich korzeniach rosyjskiej postprawdy.

Iwan Aleksandrowicz Iljin był rosyjskim filozofem faszyzmu z lat 20. i 30. ubiegłego wieku. Dziś jest przede wszystkim przykładem tego, jak dawne idee można odświeżyć i wykorzystać we współczesnej polityce. Sedno myśli Iljina można ująć w trzech najważniejszych punktach.

Po pierwsze, uważał, że nie istnieje nic takiego jak postęp społeczny, bo państwo to żywy organizm. Jesteś w nim taką czy inną komórką, embrionem albo jednym z narządów, a wolność znaczy tylko tyle, że znasz swoją rolę i swoje miejsce w tym organizmie. Innej wolności nie ma.

Putin obiecuje, że nie będzie startować w wyborach 2030

Po drugie, Iljin uznawał demokrację za pusty rytuał. Jeśli obywatele głosują, to nie po to, aby wybrać z pomiędzy siebie przywódcę, i nie po to, by dać mu przyzwolenie na sprawowanie władzy, ale jedynie po to, by zbiorowo zamanifestować poparcie dla przywódcy. Wybory to ceremonia, nic więcej. Co kilka lat masowo entuzjastyczne deklarujemy oddanie przywódcy, który nie pochodzi z naszego wyboru, ale został ustanowiony w zupełnie inne sposób. (W faszyzmie, pamiętajmy, przywódca to heros, który wyłania się z jakiejś fikcji, z wielkiego mitu).

Trzecia i niezwykle przydatna myśl Iljina mówi, że rzeczywistość i fakty nie mają żadnego znaczenia. Nie istnieją. Według Iljina Bóg stworzył świat, ale zrobił to ułomnie. To był błąd, nieudany eksperyment. Świat jest więc przerażający. Składa się z mnóstwa różnych rzeczy i spraw, tak zwanych faktów, ale te fakty rozbiegają się na wszystkie strony, w żaden sposób nie da się ich pogodzić ze sobą i ułożyć w spójną całość. Dlatego świat napawa człowieka lękiem, a fakty są odrażające i nie mają żadnej wartości.

Obrońcy świętego cara, czyli odlot coraz mniej kontrolowany

Jeśli zatem jesteś Putinem i rządzisz jako swego rodzaju szef klanu oligarchów, twoje zadanie staje się o wiele łatwiejsze, jeśli powiesz: „postęp społeczny to iluzja, rozwój nie istnieje, a wolność oznacza, że trzeba znać swoje miejsce w społeczeństwie”. To wygodne podejście, jeśli nie traktujesz demokracji na serio i jeśli – jak Putin – uczyniłeś z wyborów obrządek, którego znaczenie jest tylko symboliczne.

Na tej samej zasadzie, jeśli rządy prawa są ci nie w smak, a ekonomicznie i politycznie rosyjski naród właściwie ugrzązł w jednym miejscu, wtedy przydaje się wiara, że fakty nic nie znaczą, świat jest pod każdym względem subiektywny, a wszystko jest kwestią tej czy innej opinii.

Ten zestaw przekonań Iljin uzupełnia krzepiącym wnioskiem: jedynym, co tak naprawdę ma znaczenie, jest rosyjski nacjonalizm. W nim upatrywał jedyną nadzieję. Rosja – niewinna ofiara całej reszty świata – miała odżyć w postaci totalitarnego państwa, a następnie zaprowadzić na świecie porządek.

Glukhovsky: Putin to iluzja

Filozofia Putina na tym się, rzecz jasna, nie kończy. Jednak tego rodzaju idee pomagają mu konsolidować autorytarną władzę opartą na spektaklu i rzutować tę władzę na zewnątrz. Rosja oddziałuje na amerykańską politykę przede wszystkim przez propagowanie idei, że nic nie jest prawdziwe. To prawda, że Rosjanie wspierali Trumpa; to prawda, że różnymi sposobami starali się wpłynąć na wynik wyborów w 2016 roku. Jednak kluczowa metoda rosyjskiej polityki polega na tym, by wziąć tę starą koncepcję – że nikomu, nawet sobie, nie można ufać, że obiektywne fakty tak naprawdę nie istnieją, że w ostatecznym rozrachunku liczą się tylko nasze preferencje, a właściwie nasze uprzedzenia i wrogie emocje – i puścić ją w obieg ją przy użyciu najnowszych technologii.

Widać to było wyraźnie w 2016 roku. O ile jest istotne, że Rosjanom udało się wmówić nam pewne kłamstwa, o tyle jeszcze ważniejsze jest to, że nie dawaliśmy wiary, że inne państwo może nas w ten sposób oddziaływać. Daliśmy się zamknąć w naszej subiektywnej amerykańskiej rzeczywistości pod tytułem „my i oni”, ale zarówno przyjaciół jak i wrogów doszukiwaliśmy się wyłącznie wśród Amerykanów. Nie umieliśmy wyrwać się z tej mentalności i spojrzeć na szerszy świat faktów. A Rosjanie pomogli nam się zamknąć w tym wewnętrznym świecie narodowych emocji na tyle, byśmy nie dostrzegli, co się dzieje poza nim. Do dziś często mamy z tym trudności.

W tym wszystkim wydaje się interesujące, jak Putinowi udało się wyciągnąć z lamusa stare faszystowskie idee i według nich kreować współczesny świat. Nie taki świat, w którym wszyscy maszerujemy ulicami w mundurach albo toczymy wielkie, światowe wojny. Nie o to chodzi Putinowi – ani, swoją drogą Trumpowi. Te faszystowskie idee w połączeniu z nowymi technologiami wyrobiły w nas przekonanie, że w polityce chodzi wyłącznie o emocje i o eliminowanie wrogów (zwykle wewnętrznych). Sprawiły że nieustannie nakręcamy się tymi emocjami; że może popieramy obecny rząd, a może go nie popieramy, ale nie ruszamy się sprzed telewizora czy komputera, skupiamy całą energię na ekranie, zamiast wziąć udział w wyborach, zacząć się organizować albo chociaż zastanowić się, jak inaczej mogłaby wyglądać polityka.

Postprawda: odporna na fakty

czytaj także

W efekcie przykładamy się do umacniania tej oligarchii z rasistowskim podtekstem. Dzisiaj to cecha w równej mierze rosyjskiej, co amerykańskiej polityki.

 

**
Wypowiedź Timothy’ego Snydera dla portalu bigthink.com.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.