Świat

Jak FSB torturowała antyfaszystę

Wiktor Filinkow

„Zrozum, oficerowie FSB zawsze osiągają swój cel!” Antyfaszysta Wiktor Filinkow opowiada, jak był torturowany po zatrzymaniu przez rosyjską Federalną Służbę Bezpieczeństwa.

Programista Wiktor Filinkow, którego FSB uznała za „członka organizacji terrorystycznej «Sieć»”, spisał w areszcie śledczym wszystko, co się z nim działo od momentu zatrzymania go na lotnisku Pułkowo, przez aresztowanie na podstawie decyzji sądu rejonowego w Petersburgu, po badania medyczne wykonane przed torturami prądem, przesłuchania w siedzibie FSB i niekończące się rozmowy ze znudzonymi agentami służb specjalnych. Powstały tekst wysłał członkom Społecznej Komisji Monitoringu (ONK). Wcześniej o torturach szczegółowo opowiadali inni aresztowani w tej sprawie antyfaszyści, Ilja Szakurskij i Dmitrij Pczelincew, oraz zatrzymany w Petersburgu świadek Ilja Kapustin. Pełna wersja tekstu Filinkowa, zilustrowana rysunkami jego żony, ukazała się na stronie MediaZona.

Pierwsze spotkanie z agentami FSB. „To SS czy WW?”

Zatrzymano mnie 23 stycznia 2018 r. tuż przy wejściu do terminala A08 lotniska Pułkowo. Samolot odlatywał o 20.05. Po poczekalni już pół godziny krążyli ludzie w cywilu. Na pierwszy rzut oka było widać, że nigdzie nie zamierzają tego wieczoru lecieć. Okrążyło mnie pięć czy sześć osób, przede mną stanął mężczyzna w średnim wieku. Miał na sobie różową koszulę w kratę. Okazał legitymację w brązowej okładce i przedstawił się: „Major FSB Karpow. Proszę z nami”. Nie jestem pewien jego nazwiska, nie byłem w stanie odczytać go w dokumentach. Zdziwiłem się, zapytałem, o co chodzi. Z tyłu usłyszałem: „Zabierz mu telefon!”. „Proszę oddać telefon i pójść z nami”, powiedział człowiek w koszuli w kratę. Podporządkowałem się, odłączyłem słuchawki i podałem mu smartfona. „Wszystkie telefony!”, znowu usłyszałem zza pleców. „Dobra, na miejscu sobie poradzimy”. Z tego, co pamiętam, był to jedyny pracownik FSB, który przedstawił się przy spotkaniu.

Umieszczono mnie w pokoju, do którego można było wejść dopiero po okazaniu przepustki. W środku stała szafka komputerowa, pufa, nieznany mi przyrząd, który rozmiarem przypominał bankomat, stół z krzesłami, skórzana kanapa i szafa. Rzeczy położono na pufie, a mnie poproszono o zajęcie miejsca na kanapie. Spojrzałem na wiszący na ścianie zegar – wskazywał 19.35. Mniej więcej po godzinie przyszła pierwsza para agentów. Zadawali mi mnóstwo pytań, m.in. o to, ile zarabiam. Pomyślałem nawet, że zażądają łapówki.

Po godzinie przyszła kolejna dwójka: „No i jak, Witia? Zrozumiałeś już, czemu dzieje się teraz to, co się dzieje?”, zapytał jeden z nich. Odpowiedziałem: „Nie rozumiem. A co się dzieje?”. Nie po raz pierwszy zadawałem to pytanie. Wcześniej odpowiadano mi, że to zwyczajna kontrola, że samolot poczeka itd.

– Taki jeden też wcześniej nie rozumiał, a potem raz upadł i od razu wszystko zrozumiał.
– Pan mi grozi?
– Nie, ja tylko opowiadam, jak bywa.

Wtedy mój telefon był już odblokowany. Zrobiłem to tak, by agenci nie widzieli hasła. Odmówiłem jednak odblokowania laptopa, bo był to komputer służbowy i miałem na nim kod źródłowy o wartości kilku milionów dolarów. W pokoju stała też kamera, ale nie wiem, czy była włączona. Kazali mi opróżnić plecak. Wypadły z niego m.in. zdjęcia mojej żony i znajomych. Jeden z nich miał na głowie policyjną czapkę. „A to kto? Policjant?” – pytali mnie, przeglądając moje rzeczy. Włączyli telefon. Zaczęli czytać esemesy, spisy wykonywanych połączeń i listę kontaktów. Zabrali paszport, kazachskie dokumenty [Filinkow jest obywatelem Kazachstanu – red.] i bilety. Dokumentów już mi nie oddali, a bilety i całą resztę kazali trzymać w rękach. Mój telefon został gruntownie przestudiowany, pytali o zdjęcia, które na nim miałem, i nawet sami fotografowali jakieś treści swoimi aparatami.

Większą część przesłuchania prowadziła pierwsza dwójka agentów. K.A. Bondariow przedstawił mi się jako Isajew – jego prawdziwe nazwisko poznałem dopiero 29 stycznia. Musiałem pożyczyć jednemu z nich ładowarkę. Wtyczkę mi później oddał, ale kabla już chyba nie, nie pamiętam. Moje rzeczy wrzucili z powrotem do plecaka, a mnie zaprowadzili na posterunek policji, znowu przez wejście wymagające elektronicznej przepustki. Z jednego z gabinetów wyszedł policjant i poprosił wchodzących o wylegitymowanie się. Pokazali mu dokumenty, a policjant poprosił wtedy, żeby pracownicy FSB nie wykorzystywali więcej swoich przepustek bez uprzedzenia. „Jesteśmy tu w trójkę, a was wchodzi taka chmara. Zestresowaliśmy się”. Próbowali wziąć ode mnie odciski palców, ale nie dało się ich odczytać. Papillon, przyrząd służący do skanowania i rozpoznawania odcisków palców, podświetlał je na czerwono, wyszukiwanie też na nic się nie zdało. Później, przez jakieś 20–30 minut, odbierano mój bagaż. Ktoś pomagał go nieść (możliwe, że K.A. Bondariow). Wydaje mi się, że odnieśli go do priory [model Łady – red.]. Przed wyjściem pracownicy FSB stacjonujący na lotnisku zastanawiali się, dokąd później pójść. Zdecydowali się na McDonalda i zostali na lotnisku.

Po wyjściu stamtąd skręciliśmy w lewo. Zobaczyłem minivana z przyciemnionymi szybami. W naszym kierunku szło już dwóch ludzi w maskach zakrywających całą twarz. Jeden z nich był wysoki, miał wzmocnione rękawice, drugi był niski. Obaj mieli na sobie bojówki, kurtki i rękawice, wszystko w ciemnych kolorach moro. Wysoki założył mi kajdanki (z przodu i niezbyt mocno), wepchnął mnie do samochodu i zaczął przeszukiwać. Powiedzieli mu, że nie trzeba, a on odpowiedział: „Skąd mam wiedzieć, czy nie ma gdzieś ukrytego ostrza?”. Potem jeszcze dwukrotnie mnie przeszukiwał. Później popchnął mnie do drugiego rzędu od końca, kazał opuścić głowę do kolan i powiedział, że mam tak siedzieć. Kiedy zrozumiałem, że nie zwraca na mnie uwagi, uniosłem wzrok i lekko odwróciłem głowę, żeby móc się rozejrzeć.

„To takie zabawne, jak na początku każdy mówi, że nie wie, o co chodzi!”

Wyjechaliśmy z lotniska. „Pokażę, dokąd pojedziemy”, powiedział agent. Siedzenie przede mną nie miało zagłówka, więc widziałem, że trzyma w dłoni smartfona z nawigacją. Starałem się zapamiętać trasę, ale szybko się poddałem. Jak się później okazało, nie było to nawet potrzebne. W trakcie jazdy do jednego z agentów zadzwonił drugi i zapytał: „To SS czy WW?”. „SS”, odpowiedział.  Rozmowy telefoniczne nie były ożywione: „Tak, wszystko w porządku, już jedziemy z Wiktorem”. Takie dialogi powtarzały się jeszcze kilkukrotnie w ciągu kolejnych dni.

Mężczyzna (ten wysoki, który siedział po mojej prawej stronie) przez cały czas obracał coś w dłoniach, ale nie mogłem dojrzeć, co to było (na pewno nie paralizator). Być może rękawiczki. Denerwowałem się. W trakcie pierwszej czy drugiej podróży wysoki zamieniał się miejscami z niskim. Przez cały pozostały czas po mojej prawej stronie siedział wysoki.

Na policji. Badanie lekarskie przed torturami. Agenci FSB stoją w kolejce do rentgena

Kazali mi wysiąść z samochodu. Wyszedłem, ludzie w maskach chwycili mnie pod ręce. Jeden z nich, ten niższy, zaczął poprawiać kominiarkę (możliwe, że jechał z odsłoniętą twarzą). Zaciągnęli mnie do środka. Wysoki powiedział: „Tak, zakryj się, tam są kamery”. Na czerwonej tabliczce, mimo której przechodziliśmy, był napis „…MSW rejonu krasnogwardiejskiego”. Policjanci (w mundurach) nie wydawali się być zaskoczeni tym, że mają gości. Zaprowadzili mnie do niedużego pokoiku z ławeczką, stołem, krzesłem i Papillonem.

Policjant (pod ciągłym nadzorem dwóch czy trzech agentów FSB) przyciskał moje palce do panelu Papillonu, a że jakość odcisków mu nie odpowiadała, ciągle powtarzał procedurę. Gdy ujrzał napis „jakość 47” uspokoił się. „Imię odojcowskie?” spytał. „Nie mam imienia odojcowskiego w dokumentach”, odpowiedziałem. «Nie to nie” – stwierdził i zostawił dane pole bez danych. Później zaczęła się dyskusja na temat krajów, które zrezygnowały z wpisywania imion odojcowskich w dokumentach. „A kto to wprowadził w ogóle?, spytał policjant, zwracając się do reszty. „Pewnie FSB” odpowiedzieli mu.

Nie spędziliśmy tam dużo czasu. Skuli mnie kajdankami i zaprowadzili do samochodu. Policjant rozkazał jechać za srebrną priorą. Gdy jechaliśmy, w plecaku dzwonił mój telefon, który włączyli agenci FSB.

Znów kazali mi wyjść, tym razem jednak miałem zabrać plecak. Było mi ciężko zrobić to w kajdankach. Ludzie w maskach nie weszli do budynku. Przy wejściu wisiała tabliczka „… szpital 26”. Zwykły szpital, w dość okropnym stanie. Przy rejestracji były kolejki, agenci FSB narzekali, że muszą czekać ze wszystkimi. Formalności załatwiał lekarz z zarządu szpitala, wyglądał młodo, miał zarost, był średniego wzrostu. Długo zastanawiali się, co robić z polisą, jako że jestem obcokrajowcem i nie mam miejscowego ubezpieczenia. FSB proponowało, żebym to ja zapłacił za badania: „A co? Nie masz kasy?”

Dawno już nie byłem u lekarza, ciągle czekałem na polisę, którą powinienem dostać w lutym. Skarżyłem się na wiele problemów ze zdrowiem: szyja, plecy, bóle w stawach (najbardziej dokuczały mi kolana), bóle głowy itd. Doktor zauważył żółty siniak na prawej ręce i spytał, co się stało. Nie pamiętałem.

Wyjęli mój telefon z plecaka. Od weekendu zdążył się rozładować. Kazali mi szukać ładowarki. Gdy ją znalazłem, jeden z nich zabrał mi ją wraz z telefonem. Potem skarżył się, że go okłamałem, mówiąc, że telefon wytrzyma kilka tygodni bez ładowania.

Imperialne rozgrywki i nacjonalistyczne obsesje

Przed badaniem krwi czekaliśmy na przyjście lekarza, wszyscy głośno o czymś dyskutowali. Pani doktor, która siedziała z nami, zwróciła im uwagę: „Czy przypadkiem wam nie przeszkadzam?”, a ostatecznie prawie wszystkich wygoniła: „Czekać na zewnątrz! Co to za konwój!”.  Obruszyli się, ale wyszli, a ze mną został tylko jeden z nich. Po pobraniu krwi badali moje ciało (teraz już kompleksowo). Tym razem badał mnie chyba chirurg. Przyszedł jeszcze jeden pracownik, któremu kazano przyjrzeć się mojemu tatuażowi i zrobić zdjęcie.

Bardzo długo czekaliśmy w kolejce do rentgena. „Już trzy godziny! Po co mu powiedziałeś, że kolano cię boli?” – denerwowali się. „Kto to do ciebie dzwoni?” spytał pokazując mi ekran telefonu. Na wyświetlaczu widniało: +380 … 99 is calling. „Nie wiem, może moja żona…”, odpowiedziałem. „Ale numer jest ukraiński!” Pytanie było retoryczne.

Póki tak staliśmy, próbowałem dowiedzieć się, o co chodzi. „To takie zabawne, jak na początku każdy mówi, że nie wie, o co chodzi!” – wypalił jeden z nich.

W sali rentgenowskiej stał aparat Samsunga, wyglądał futurystycznie. Naklejki, ostrzegające o niebezpieczeństwie porażenia oczu laserem, były napisane po angielsku. Prześwietlono mi głowę, przód i tył ciała, korpus, kręgosłup, miednicę, kolano. Nie pamiętam, ile było dokładnie zdjęć, może siedem albo dziesięć.

„Jest zdrowy! Na zdjęciach nic nie ma!”. Nie ucieszyłem się – odczuwałem ból. Wrzucili mój telefon do plecaka i ruszyliśmy do wyjścia.

 W minivanie. „Nie rzucaj się, jeszcze nawet nie zacząłem”. Zielona lampka i łuk elektryczny

Przy minivanie stał mężczyzna w masce (ten wysoki). Zapytał: „Już?”. „Tak, zapnij go z tyłu”, polecił mu K.A. Bondariow. Byłem zdziwiony. Człowiek w masce wepchnął mnie do samochodu, przeszukał, wcisnął do drugiego rzędu od końca, założył mi ręce za plecy i skuł kajdankami.

Później naciągnął mi czapkę na twarz i krzyknął coś prosto do ucha, siłą przyciągając moją głowę do kolan. Bardzo się wystraszyłem. Kierowcy polecono jechać za priorą, ale nie wyczułem momentu, w którym ruszyliśmy. W samochodzie na pewno był Bondariow, kierowca, jeden lub dwóch mężczyzn w maskach i jeszcze jeden lub dwóch współpracowników FSB z Sankt Petersburga i obwodu leningradzkiego. Jeden z nich trzymał w ręce smartfona, korzystał też chyba z Messengera lub Vibera. Wychodzi na to, że w samochodzie, oprócz mnie, było co najmniej pięć osób.

Zagłówka na siedzeniu Bondariowa nie było od samego początku. Wcześniej nie wiedziałem dlaczego, ale później zrozumiałem, że było to celowe. Nie wiem, czy ten samochód zawsze tak wyglądał czy przygotowano go specjalnie dla mnie, kiedy byłem jeszcze na lotnisku. Jedno było pewne: przeszukanie, zagłówek, kajdanki, czapka na twarzy, ludzie w maskach – wszystko to było zaplanowane wcześniej i nikogo nie dziwiło.

Trudno mi było oddychać, więc spróbowałem zdjąć czapkę. Zacząłem ją powoli zsuwać, ale udało mi się podciągnąć ją tylko powyżej nosa, kiedy człowiek w masce przycisnął mnie lewą ręką do siedzenia, a prawą uderzył kilka razy w klatkę piersiową, w dolną część mięśni piersiowych. Zacisnąłem szczękę, spodziewając się ciosów w twarz. Nie chciałem, żeby wybił mi zęby, ale on tylko znowu przycisnął mi głowę do kolan. Na pewno nie bił mnie dłonią, powierzchnia ciosów była za mała.

Wtedy po raz pierwszy potraktowano mnie prądem. Nie spodziewałem się tego, byłem oszołomiony. Ból był nie do wytrzymania.

Gdy bił mnie potem, kiedy widziałem już więcej niż tylko ciemność pod czapką, zauważyłem, że bije pięścią, ale dłonią zwróconą do mnie. Po tym, jak ustawił mnie do poprzedniej pozycji, bił mnie po plecach, ale nie w środek, a na prawo od kręgosłupa. Przez zęby wydałem z siebie jakieś przytłumione dźwięki.

„Nie rzucaj się. Jeszcze nawet nie zacząłem”, powiedział człowiek w masce. Bondariow powiedział coś w stylu „Witia! Witia!” i uderzył mnie kilka razy w tył głowy. Powierzchnia uderzenia była duża, wiec podejrzewam, że bił dłonią.

Byłem spanikowany, bardzo się bałem. Powiedziałem, że nic nie rozumiem. Wtedy po raz pierwszy potraktowano mnie prądem. Nie spodziewałem się tego, byłem oszołomiony. Ból był nie do wytrzymania. Krzyknąłem. Moje ciało się naprężyło. Człowiek w masce kazał mi się zamknąć i przestać się rzucać. Naparłem na okno i starałem się zmienić położenie prawej nogi, odwracając się do niego twarzą. Siłą przywrócił mnie do poprzedniej pozycji i dalej bił.

Raził mnie prądem w nogę i w kajdanki. Czasami bił mnie też po plecach. Uderzał w potylicę. Kiedy krzyczałem, zamykali mi usta. Grozili kneblem. Nie chciałem, żeby mnie zakneblowali, więc starałem się nie krzyczeć, ale nie zawsze mi się to udawało.

Poddałem się prawie od razu, po pierwszych dziesięciu minutach. Krzyczałem: „Co mam wam powiedzieć? Powiem wszystko!”. Przemoc się jednak nie skończyła.

Ich groźby brzmiały bardzo przekonująco. Wierzyłem, że nie zawahają się ich spełnić, jeśli się nie zgodzę. Nie zemdlałem, nie straciłem przytomności od uderzeń w głowę. Ciosy miały wpływ tylko na moją koordynację, po prostu płynąłem. Kiedyś od uderzenia cegłą w skroń upadłem, całkowicie osłupiały, ale wciąż byłem przytomny, nawet spadałem z otwartymi oczami. Szybko doszedłem do siebie. Uważałem, że to zaleta mojego organizmu, ale tym razem, od kolejnych uderzeń w głowę chciało się zemdleć, ale nie mdlałem.

Poddałem się w przeświadczeniu, że w przeciwnym razie stracę zdrowie. Tak naprawdę, nie byłem pewien, co gorsze: więzienie czy to. W izolatorze śledczym czuję się źle, wątpię, że tutejsi lekarze mają możliwość diagnozowania moich problemów ze zdrowiem, a już na pewno nie mają możliwości mnie leczyć. Strach pomyśleć, co będzie w więzieniu z zaostrzonym rygorem.

Nie robili żadnych przerw. Ciosy i pytania, ciosy i odpowiedzi, ciosy i groźby.

Nie wiem, czy dobrze zrobiłem. Teraz, kiedy piszę te słowa, ślady po rażeniu prądem już schodzą, a prokuratura i komitet śledczy nie robią w tej sprawie nic. Ślady na klatce piersiowej zniknęły całkowicie. Na nogach wczoraj było ich widać jeszcze 33, sześć tworzyło pary. Dzisiaj jestem w stanie rozpoznać 27. Może powinienem pocierpieć jeszcze trochę, ale w tamtym momencie ciężko było mi myśleć o czymkolwiek, a i nigdy nie myślałem, że będą mnie kiedyś torturować.

Zadawali mi pytania. Jeśli nie znałem odpowiedzi – razili prądem. Jeśli odpowiedź ich nie satysfakcjonowała – razili prądem. Jeśli zastanawiałem się nad odpowiedzią albo formułowałem ją zbyt długo – razili prądem. Jeśli zapominałem, co wcześniej powiedzieli – razili prądem.

Nie robili żadnych przerw. Ciosy i pytania, ciosy i odpowiedzi, ciosy i groźby. „Zaraz wyrzucimy cię gołego na mróz. Chcesz?”, „Zaraz dostaniesz po jajach paralizatorem” itd. Groził głównie Bondariow. Człowieka w masce głównie interesowała pozycja mojego ciała. Chwytał mnie za szyję, ręce i kurtkę, bił w plecy, pierś, tył głowy i rzadziej w twarz – tylko wtedy, gdy wyrywałem nogę, próbując odwrócić się plecami do okna.

Po serii z prądem zwykłe ciosy odczuwałem słabo. Uderzenia w głowę czułem głównie dlatego, że ciemniało mi wtedy przed oczami. Człowiek w masce powtarzał cały czas te same słowa: „Czego się rzucasz? Jeszcze nic ci nie zrobiłem!”. Przypierał mnie do okna i trzeszczał paralizatorem przy mojej twarzy lub nodze. To wszystko było bardzo poniżające. Zdawałem sobie sprawę ze swojej bezsilności. Wydawało mi się, że jeśli będę się stosować do ich zasad, to nie będzie bolało. Ale bolało i tak. Na niektóre pytania nie potrafili odpowiedzieć nawet oni sami.

– Gdzie jest broń?
– Jaka broń? Nic nie wiem – odpowiadałem, a oni razili mnie prądem.
– Wszystko wiesz. Gdzie jest broń? – Bondariow nie mógł się uspokoić.
– Powiedzcie mi. Powiem to, co mi każecie!

Miałem nadzieję, że mnie oszczędzą, ale i tak mnie bili. Po kilku powtórzeniach pytania zamieniały się na takie, na które odpowiedziałem wcześniej.

Człowiek w masce cały czas raził mnie prądem w różne miejsca: kajdanki, szyję, klatkę piersiową, ale najchętniej w prawą nogę. Przypierał mnie wtedy do okna, przyciskał paralizator, naciskał na guzik i trzymał tak, że nie miałem jak się przesunąć. Bondariow od czasu do czasu powtarzał uderzenia w kark. Myślę, że uderzył mnie tak z dziesięć razy.

„Będziesz teraz opowiadać wszystko po kolei” – i wymieniali tematy, do których miałem się odnieść. Ich lista była długa i nie zdążyli jeszcze jej przeczytać do końca, a ja już zapomniałem właściwie wszystko. „Przepraszam, zapomniałem, co było na początku…”, starałem się wyjaśnić i usprawiedliwić, ale i tak dostałem znowu prądem. Cały czas powtarzały się groźby: mróz, jaja…

„Czemu jesteś ze swoją żoną?”, pytał Bondariow, a ja krzyczałem w odpowiedzi: „Kocham ją!”. „Z kim się kontaktuje?”, pytali. „Nie wiem”. „Pieprzysz ją i nie wiesz?”. Niektóre pytania szokowały mnie i poniżały jeszcze bardziej.

„Hasło! Hasło do laptopa!”, zażądał któryś z agentów. Starałem się je sobie przypomnieć i znowu dostałem prądem. „Przypominam sobie!”, krzyczałem. Viktor.filinkov.***, podyktowałem. „Łącznie? Jednym słowem? Nie myśl sobie, że tego nie sprawdzimy. Jeśli nas okłamałeś, pożałujesz tego”.

Było mi niedobrze, nie chciałem, żeby czytali moje rozmowy z żoną i przyjaciółmi. Byłem całkowicie zagubiony, nigdy nie czułem się tak strasznie. Nie rozumiałem, jak ci wszyscy ludzie mogą tak siedzieć i z pełnym spokojem znęcać się nad innymi.

„Ej, a ty co? Zesrałeś się? Co tak śmierdzi?”, ktoś zapytał. Wydawało mi się, że śmierdzi spalenizną, smród był straszny. Przyglądałem się swojej nodze. Cała była w ciemnych plamach, ale nie wiedziałem, skąd się wzięły. Myślałem, że to od paralizatora.

Zielona lampka na paralizatorze doprowadzała mnie do paniki, a łuk elektryczny między elektrodami oświetlał, jak mi się zdawało, całe auto.

Pobocze. OM 938. „Umyję go śniegiem”

Słabo pamiętam, jak to wszystko się skończyło. Wyciągnęli mnie z minivana, ktoś zauważył, że całą twarz mam we krwi. Człowiek w masce zaprowadził mnie za samochód. Spojrzałem na prawo i starałem się zapamiętać numer. Było ciężko, głowa zdawała się zaraz wybuchnąć, całe ciało bolało. OM 938, tak mi się zdaje, było napisane na rejestracji.

– Zaraz obmyję go śniegiem. Witia, uderzyłeś się? Pewnie jak hamowaliśmy!
– Weź jego czapkę i wytrzyj go, po co ten śnieg! – mówili.

Ktoś pobiegł po śnieg. Na podbródku rzeczywiście coś czułem. Nieznajomy ściągnął mi czapkę i przetarł nią moją twarz. Było jasno, możliwe, że na drodze były włączone latarnie. Przede mną były drzewa, nad wierzchołkami świecił księżyc. Srebrzysta priora stałą trochę dalej, bliżej pobocza, w jednej linii z vanem.

Drżałem. Moje ciało było bezwolne. Kajdanki brzęczały. Od tamtej chwili drżałem za każdym razem, kiedy tylko znalazłem się na ulicy lub w zimnym samochodzie. Nie miało to nic wspólnego z chłodem. Przynajmniej nie bezpośrednio. Miałem na sobie ciepłą kurtkę i wydaje mi się, że nie było bardzo zimno na zewnątrz. Po prostu drżałem, przed torturami takiego czegoś nie czułem.

Zdjęli mi kajdanki i skuli mnie tym razem z przodu. Z kajdankami były jakieś problemy, dobrze nie pamiętam, ludzie w maskach mieli swoje kajdanki i musieli je mieć przy sobie. W pewnym momencie dyskutowali na ten temat, ostatecznie miałem na sobie kajdanki złączone plastikowymi zaczepami. Czy byłem wcześniej w kajdankach z łańcuchem, tego nie wiem.

Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Krew i snickers

Pojechaliśmy do MSW. Siedziałem na ławce, obok stał plecak. Zapytali mnie, czy zjem czekoladę i napiję się czegoś. Przytaknąłem i poprosiłem o wodę. Wszyscy z wyjątkiem Bondariowa wyszli, a on zaczął wypełniać papiery. Od czasu do czasu zadawał mi dodatkowe pytania. Sprawdzał, co pamiętam, i poprawiał, jeśli się myliłem. Przynieśli mi snickersa i wodę. Bardzo bolała mnie głowa, szyja i nogi. Zjadłem pół batona, drugą część odłożyłem na bok. Trudno mi było jeść. Czułem słabość. Trudno mi było nawet mówić.

– Zabrudził spodnie krwią! Niedobrze!
– Może da się wyprać?

Ciemne brązowe plamy naprawdę przypominały krew. Ktoś rzucił mi malutki kawałek szmaty i kazał czyścić. Tarłem. „Jak ty trzesz! Plamy trzyj!”, rozkazali. Tarłem, ale bez skutku. „Dobra, coś wymyślimy” – rzucił jeden z nich, odbierając mi szmatkę.

– Która godzina?
– 7:30.

Bondariow skarżył się, że nie spał od dwóch dni. „Albo teraz podpisujesz, albo zaraz całą dobę będziesz jechał na rozpoznanie do innego regionu Rosji. Z tymi samymi ludźmi! Zrozum, oficerowie FSB zawsze osiągają zamierzony cel. Będzie tak, jak postanowimy!”, straszył mnie.

Dokumentów było kilka, napisane było, że to przesłuchanie. Podpisałem wszystko, m.in. dokument, który potwierdzał, że moje zeznania zostały wiernie spisane.

– Co ci jest? Zmęczyłeś się? Spać ci się chce? Nawet czekoladki nie dojadłeś.

 Przeszukanie. Kartki z hasłami. Sąsiada „też zabieramy”, bo „jest jakiś taki oporny”

Przywieźli mnie na przeszukanie. Bondariow wyjaśnił reszcie, gdzie zaparkować, bo tylko on znał szczegóły dojazdu do mojego domu. Wszystko było zastawione samochodami. Agenci  przedstawili się, pokazali legitymacje i powiedzieli dozorczyni, że prowadzą śledztwo, potrzebni są świadkowie, ale nie mogą być to mieszkańcy. „Które mieszkanie?” spytała. Odpowiedzieli, że to tajemnica. Zawołała dozorców, któryś ze śledczych dopytał: „To ruscy?”. „No tak” odpowiedziała.

Z mojego plecaka wyjęli klucze i otworzyli drzwi. Rzucili się do przodu. „Wstawać! Wstawać szybko!”, dochodziło z pokoju, potem rozległ się huk. Upadł mój współlokator, Stiepan.  Śledczy rzadko nazywali go inaczej, niż „Bandera”. „Stiepan Bandera”, a kilka razy nazwali go „szaleńcem” czy jakoś tak.

Był też człowiek z torbą, z której wyjął drukarkę i laptopa. Ustawił wszystko na stole w kuchni. Nie pamiętam, kiedy przyszedł. W czasie przesłuchania przyszło też dwóch, którzy „zajęli się” Stiepanem w pokoju. Wymusili na nim, by podał wszystkie hasła do laptopów, smartfonów itd. Zapisywali hasła na karteczkach i przyklejali do urządzeń.

Balkon, pokój, korytarz, kuchnia. Widać było, że agenci chcą przeszukać mieszkanie „czysto”.

Byłem zdziwiony, że niczego mi nie podrzucili. Najwyraźniej szykowano dla mnie rolę drugoplanową. Z drugiej strony podrzucanie mi czegoś po tym, jak przeszedłem przez kontrolę na lotnisku, byłoby lekkomyślne.

Siedzieliśmy w kuchni. Mężczyzna siedzący przy komputerze sporządzał protokół. Po chwili do pomieszczenia weszło dwóch funkcjonariuszy. Słabo ich widziałem, ale dobrze słyszałem. Zabrali „Banderę” do pokoju i zaczęli go „rozpracowywać”. „Przecież musiał ci coś mówić? To zrozumiałe, ale musisz powiedzieć, że to się wydarzyło. Że w jego wiadomościach pojawiały się konkretne frazy. Rozumiesz?”

Stiepan najwyraźniej nie rozumiał, bo z pokoju dobiegały już krzyki. Konstantin Bondariow poszedł szybko ich uspokoić i przymknął drzwi. Starał się ze mną „współpracować” i rozumiał, że może się to nie udać, skoro starają się namówić mojego znajomego, żeby mnie obciążył. Wszystko słyszałem, ale nie dałem tego po sobie poznać. Bondariow nie skomentował zachowania swoich kolegów. Chyba uznał, że nic nie zrozumiałem.

„Adwokat? Jesteś świadkiem, nie przysługuje ci.”

Siedziałem na krześle. Próbując zebrać myśli, zrozumiałem, że tak czy owak będą chcieli się mnie pozbyć. Ich „przyjazny stosunek” to zwykłe mydlenie oczu, żeby nie posuwać się do gróźb bez potrzeby.

„Tego też zabieramy?”, rzucił agent „mojej drużyny” w ślad za mężczyznami wyprowadzającymi Stiepana. „Tak. Jest jakiś oporny”.

Nie pamiętam dokładnie, kiedy kazali mi się przebrać. Najpierw kazali mi wyciągnąć sznurowadła z butów, potem zabrać bieliznę i znaleźć koszulkę, podkreślając, że w areszcie będzie chłodno. Kazali mi zdjąć spodnie. „I koszulkę zmień”, brzmiał kolejny rozkaz. Zdjąłem swoją starą, znoszoną niebieską koszulkę z napisem KAZAKHSTAN i zacząłem szukać innej na zmianę. Znalazłem nie mniej starą z napisem Vintage Holiday, którą podarował mi stary przyjaciel Boris. Rzuciłem do reklamówki termoaktywną bieliznę i bluzę. Lepiej się spocić, niż zamarznąć, pomyślałem.

Siedziba FSB. Przesłuchanie i jego redaktorzy. Śledczy ściągnięty z urlopu nie wie, o co chodzi

W siedzibie FSB czekaliśmy przy wejściu na przepustki. Naprzeciwko mnie siedział człowiek ubrany w mundur moro, na twarzy miał maskę. Obok niego siedział chłopak w czerwonej bluzie i kobieta. Rozmawiali o czymś z ożywieniem, ale nic nie rozumiałem. Chciało mi się spać. W pewnym momencie stanął przede mną niski mężczyzna z zakrytą twarzą, ale bez czapki. Rozmawiał z agentami, ale nie mogłem zrozumieć, o co chodzi.

Wjechaliśmy windą na trzecie, a może nawet piąte piętro, a potem weszliśmy jeszcze piętro wyżej. Zaprowadzili mnie do pokoju na końcu korytarza. Czekał w nim już mężczyzna.

Wszystko przebiegało mniej więcej tak samo jak przy „przesłuchaniu”: pytania mające pomóc w doprecyzowaniu akt sprawy, a następnie prośba o podpis. Wyjątkiem były dwa momenty. Z treści pierwszego papieru, który położyli przede mną na stole, wynikało, że jestem świadkiem w takiej i takiej sprawie. Wymienione było też nazwisko Pczelincew. Zapytałem wtedy, gdzie mój adwokat. Mężczyzna odpowiedział mi z ironicznym uśmiechem: „Adwokat? Jesteś świadkiem, nie przysługuje ci. A masz adwokata? Mogę do niego zadzwonić. Podasz numer?”. Nie znałem numeru żadnego adwokata.

Wszyscy byli zgodni co do jednego: wsadzą mnie i lepiej by było, gdybym „współpracował w śledztwie”.

„Weź krzesło i wychodzimy” – to była kolejna osobliwość. Wyszliśmy, usiadłem na środku korytarza, twarzą skierowaną w stronę drzwi, za którymi zniknął śledczy z wydrukiem moich „zeznań”. Słyszałem, jak je omawiają. Kiedy zorientowali się, że słyszę, śledczy wyjrzał zza drzwi. Możliwe, że były podwójne, bo później nic już nie mogłem dosłyszeć. Wróciliśmy do gabinetu. Śledczy oddał mi sześć kartek, z którymi wcześniej wyszedł. „Masz. Czytaj i sprawdzaj”, powiedział z uśmieszkiem. Czytałem. Wszystko się zgadzało. Starałem się znaleźć jakiś haczyk w formie. Którąś ze stron wydrukowali od nowa, zmieniając słowo „konstytucyjny” na „państwowy”.

Przyszedł Bondariew. Przyniósł mi herbatę z cukrem (dwie łyżeczki, tak jak prosiłem). Śledczy powiedzieli mi, że od niech zależy, do jakiego aresztu trafię, więc lepiej by było, bym współpracował. Wszystko podpisałem, w tym fragment o tym, że jestem świadom istnienia 51. artykułu Konstytucji Federacji Rosyjskiej [Nikt nie ma obowiązku świadczyć przeciwko sobie – red.]. Gdybym skorzystał z tego prawa, agenci pogwałciliby wszystkie inne.

Śledczy wychodził z moimi „zeznaniami” jeszcze kilka razy. Zrozumiałem, że pracownicy FSB, będący autorami całej tej historii i jej głównymi redaktorami, pilnują, by wszystko się zgadzało z obowiązującą narracją.

Większość czasu w UFSB spędziłem w małym pokoiku śledczego Aleksieja na drugim piętrze. Stała tam kanapa na której Bondariow pozwalał mi chwilę podrzemać w środku dnia, duży stół z komputerem, z którego korzystali wszyscy, okno, przy którym wszyscy palili, krzesło, na którym siedziałem i stolik, na którym bez powodzenia próbowałem się zdrzemnąć. Śledczy Aleksiej opowiadał, jak to go ściągnęli z urlopu, że oficjalnie powinien być na urlopie i że nie ma pojęcia, co się dzieje. Pozwolił też wszystkim korzystać z komputera w jego gabinecie, uprzedzając, że potem przyjdą ludzie na rozpoznanie  i wszyscy będą musieli opuścić pokój.

Wirusy, naziści, tatuaże i feminizm

To, co działo się przez następne godziny w gmachu FSB pamiętam częściowo, czas mogę podzielić na trzy części – do 19.00, od 19.00 do około 23.00 i później. Nie wszystkie wydarzenia jestem w stanie odnieść do tego czy innego okresu.

Przed 19.00 moje rozmowy z funkcjonariuszami FSB miały charakter nieformalny. Omówiliśmy aresztowania, opozycjonistów Wiaczesława Malcewa i  Aleksieja Nawalnego, mitingi itp. Jeden z nich spędził w gabinecie sporo czasu, w porównaniu z innymi wyglądał bardzo młodo: był okrągły i leniwy. Wydaje mi się, że jako jeden z pierwszych przyjechał na lotnisko. To on zajął się moim smartfonem. Sam powiedział, że „siedział w samochodzie razem z agentami”. „Byłem przecież w tym samochodzie. Co ty tam krzyczałeś o swojej żonie? Że ją kochasz? Serio? A czemu: «kwa kwa»?”. „Bo kaczuszka”, odpowiedziałem, wzruszając ramionami i rozumiejąc, że już dobrali się do mojego Telegramu. Moja żona ma tam ustawioną kaczuszkę jako awatar.

Nigdy nie było zimnej wojny [Sierakowski rozmawia z Krastewem]

Opowiadał historie o tym, jak kiedyś polował na nazistów. Jednym z nich był Antycygan, który „cieszył się, gdy dali mu 13 lat” (możliwe, że mowa o neonaziście o przezwisku „Antycygan”, którego prawdziwe imię i nazwisko brzmiało Grigorij Timofiejew; został skazany w 2012 roku). Czasem do niego dzwonili, wtedy chodził „uzbroić się”, czyli musiał być konwojentem. Wracał dopiero wieczorem, z niewielkim pistoletem przy pasie. Nosił czarną koszulkę i czarne spodnie.

„Dziewcząt nie bierzemy. Ale jak będziesz się źle zachowywał, to dorwiemy twoją żonę nawet w Kijowie!”

Nie chciało mu się specjalnie pracować nad moją sprawą. Kiedy Bondariow, skarżąc się, że nie śpi już trzecią dobę, poprosił go o dokończenie drugiej wersji moich zeznań, odmówił: „Jestem co prawda w tej drużynie, ale nie bardzo rozumiem, o co tu chodzi”. Uchylał się od pracy na wszelkie sposoby. Kiedy inni odbierali telefony, na migi pokazywał, że niby go nie ma. Mało tego, udało mu się nawet zdrzemnąć na kanapie.

Opowiadał też, że Centrum Przeciwdziałania Ekstremizmowi nie ma nic do roboty, więc sadzają za obrazki ze swastykami. Wspominał także, że jego znajomemu groziło więzienie za to, że znaleziono u niego zdjęcie dwóch chłopaków z nazistowskimi tatuażami.

FSB musiała walczyć też z wirusami. Główną siłą wroga był wirus z rozszerzeniem .bat, który zmieniał atrybuty plików. Pytanie „Gdzie są moje pliki?” było jednym z najbardziej popularnych zwrotów wieczoru. Anty-Antycygan wytłumaczył, że nie można naciskać na „kosz”, ale niektórzy pracownicy nadal to robili. Anty-Antycygan przez kilka godzin ręcznie przywracał pliki współpracowników. Komputery w budynku nie były podłączone ani do sieci lokalnej, ani do Internetu. Dokumenty przenoszono na pendrajwie.

Mimo że brał udział w torturach i pracował w FSB, sprawiał wrażenie mądrego i najbardziej ogarniętego pod względem technicznym.

– No i jak, znalazłeś coś w jego komputerze? – spytał ktoś.
– Póki co, niewiele – odpowiedział człowiek ze smartfonem (może Anty-Antycygan).

Na czas rozpoznania wyprowadzono mnie z gabinetu i posadzono na krześle w korytarzu, gdzie miałem okazję zamienić parę słów z innymi pracownikami FSB przechodzącymi obok. Kiedy opowiadałem im swoją historię, większość mi współczuła, ale wszyscy byli zgodni co do jednego: wsadzą mnie i lepiej by było, gdybym „współpracował w śledztwie”, niezależnie od mojego udziału w czymkolwiek. Rzucało się w oczy ich jednostronne spojrzenie na wiele spraw, ich „urobienie”; wyczuwało się, że są marionetkami. Ich wzajemne kontakty były koleżeńskie. Do osób niższych stopniem odnosili się z lekką pogardą, do tych wyżej w hierarchii – z wyraźną pokorą.

Anty-Antycygan opowiedział historię nazisty ze swastyką na piersi, który musiał zedrzeć z siebie tatuaż, bo nie dawano mu żyć w więzieniu. Przez jakiś czas pracownicy dyskutowali o tatuażach złodziei. Anty-Antycygan bezskutecznie próbował znaleźć kolekcję tatuaży więziennych z komentarzami, a gdy w końcu mu się to udało, wyszukał tam kozła, osła i pentagramu. Najbardziej zabawne znaleziska głośno komentował.

– A ty jego tatuaż widziałeś? – zwrócił się do jednego ze śledczych.
– Nie, pokaż.

Spojrzeli na mnie. Anty-Antycygan pokazał zdjęcie mojego tatuażu.

– Co to, kozioł? To już wiadomo, gdzie ci grzeją miejsce w pace…
– A kto ciebie ogrzeje? – spytał Bondariow.
– Nie wiem – odpowiedziałem.
– A co z twoją żoną?
– Mam nadzieję, że jej nie będzie – zakrztusiłem się, odrzucając myśl o tym, że moja żona może być torturowana.
– Co, jeszcze nie rozumiesz?
– Czemu XXX jest na wolności? – wymienił czyjeś kobiece imię.

Ktoś z obecnych agentów próbował go przekonać: „Daj spokój, sam wszystko zrozumie”. Następnie wyliczono całą listę nazwisk kobiet (od pięciu do sześciu), z których większość usłyszałem po raz pierwszy. „Gdzie one są? Nie rozumiesz? Na wolności, ponieważ nie jesteśmy zwierzętami.” Naprawdę zastanawiałem się, co się dzieje. „Dziewcząt nie bierzemy. Tylko faceci siedzą. Feminizm to dobra rzecz, ale my tak nie uważamy. Nie ma rozkazu, że mamy brać dziewczyny. Ale jak będziesz się źle zachowywał, to dorwiemy twoją żonę nawet w Kijowie!”. Byłem przerażony.

 Konstantin Bondariow nie spał trzy doby

Pierwsza wersja „zeznań” nie usatysfakcjonowała kierownictwa. Bondariow usiadł przed komputerem śledczego Aleksieja i zaczął tworzyć nową wersję. Przez cały czas tłumaczył się, że od dawna nie spał, że sam już nie wie, co pisze, i prosił swoich kolegów, żeby go zmienili albo sprawdzili to, co napisał wcześniej, zanim odda to „wyżej”. Tekst powstawał długo, w zmęczenie Bondariowa łatwo można było uwierzyć: przez cały czas się krzywił, rozciągał palce, wstawał zapalić. Koledzy odmawiali mu w jakiejkolwiek pomocy. Jedyne, na co udało mu się ich namówić, to wyjście po kebaba około 19.00.

„Oficerowie FSB zawsze spełniają swoje obietnice! Zawsze! Rozumiesz?”

Od pewnego momentu w rozmowach zaczęła się przewijać informacja, że czekamy na adwokata. Jak się później okazało, czekaliśmy na obrońcę z urzędu dla mnie. Chwilę przed jego przyjściem agenci wyjaśnili mi, że lepiej się „nie rzucać”. Przypominali mi też, że to oni zadecydują, w jakim areszcie się znajdę i że może to być areszt pełen gruźlików. W ciągu dnia pojawiały się też groźby kolejnej wycieczki „samochodem z agentami”, jeśli się nie podporządkuję. Mając świadomość, że oznaczałoby to jeszcze kilka dni bez snu w samochodzie – z przestępcami, którzy mogliby  się zmieniać, mnie natomiast nie dając czasu na odetchnięcie – podporządkowywałem się. Grożono mi również pozbawieniem dostępu do wody: „A wody tam nie będzie! Ile może wytrzymać człowiek bez picia?”.

O torturach w budynku FSB prawie się nie mówiło. Moje próby powiedzenia, że tortury są nieludzkie i że podpisywałem papiery, bo nie miałem innego wyboru, spotykały się z ostrym zaprzeczeniem: „Torturowali cię? Sam się uderzyłeś w samochodzie! Zrozumiano?”. Przerywał mi w ten sposób nie tylko Bondariow. Zrozumiałem, że wszyscy ze sobą w zmowie, bałem się nawet opowiadać o nocnych torturach. Byłam całkowicie załamany. Nie czułem wtedy już nawet senności, raczej miałem wrażenie, że znajduję się w cudzym ciele i wszystko, co się dzieje wokół mnie, jest nierzeczywiste.

Zadali mi jeszcze kilka pytań mających na celu doprecyzowanie zeznań. Te same zadawał mi wcześniej Bondariow. Dotyczyły głównie tematów, które sam wymyśliłem w trakcie tortur, kiedy mi nie wierzyli, że kogoś nie znam albo czegoś nie wiem. Trudno było zeznawać zgodnie z tym, co powiedziałem wcześniej: nie pamiętałem poprzednich odpowiedzi i nie zawsze wiedziałem, czy potwierdzam coś, co sam wymyśliłem, czy coś, co powiedzieli agenci.

Drugą wersję przesłuchania wydrukowali i kazali się podpisać, a co tam ostatecznie było napisane – nie mam pojęcia. Kartek, ku memu zdziwieniu, nie było wcale dużo. Jeszcze kilka razy powtórzono, że wszystko będzie dobrze, jeśli będą współpracował.

Bieliaszyn z Rosji: Foteczka przy urnie dla pracodawcy i do domu!

Kiedy byłem sam na sam ze śledczym Aleksiejem, zapewniał mnie, że obietnicom funkcjonariuszy [że będzie dobrze, jeśli będzie współpracować – red] można wierzyć: „Bo oficerowie FSB zawsze spełniają swoje obietnice! Zawsze! Rozumiesz?”. Sformułowania „oficerowie FSB zawsze” użyto już po raz drugi w ciągu tej doby. Dźwięczało mi ono w głowie, często w połączeniu ze słowami „stosują tortury”. Doszedłem do wniosku, że nawet naziści nie zasłużyli na tortury. W ogóle łamanie prawa i podkreślanie, że tak naprawdę się go broni, jest absurdalne.

Gmach UFSB. Przesłuchanie. Adwokat z urzędu nie rozumie, co się dzieje

Nie pamiętam, jak znalazłem się w gabinecie śledczego. Siedziałem naprzeciwko niego przy biurku. „Beliajew Gienadij A.”, przedstawił się; chwilę wcześniej redagował moje zeznania.

„Teraz sporządzimy akta dotyczące zatrzymania, przeprowadzimy rewizję, a następnie porozmawiasz z adwokatem przed przesłuchaniem”, kontynuował. Przyszedł adwokat, świadkowie, śledczy, dokonano rewizji – oczywiście nie miałem przy sobie niczego. Adwokat zauważył, że rewizja była niepotrzebna, Beliajew zaś skomentował, że dopiero co wrócił z urlopu i nie wie, o co chodzi, a także zaczął opowiadać, jak po zatrzymaniu u podejrzanego znaleziono trawkę i przez to podano w wątpliwość jakość przeprowadzania rewizji.

Na pytanie, czy zgadzam się z powodem zatrzymania i czy przyznaję się do winy, odpowiedziałem przecząco. „Nie? Na pewno?” – dopytywał śledczy. Potwierdziłem, że nie uważam się za winnego, nie złamałem prawa, nie wiem nic ani o przygotowaniach do zbrodni ani o jej popełnieniu. Oficjalnie moje zatrzymanie nastąpiło 24 stycznia o 23.30, 28 godzin po tym, jak zabrali mi telefon.

„Idźcie tam, w kąt przy oknie. Pogadajcie” – wskazał nam miejsce do „poufnych rozmów z adwokatem bez limitu czasu” Bieliajew, po czym wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Miałem tylko jedno pytanie do adwokata: „Co robić?”. „Szczerze mówiąc, nie bardzo rozumiem, o co tutaj chodzi…”, odpowiedział.

Opowiedziałem mu w skrócie, że grozi mi od 5 do 10 lat w zaostrzonym rygorze, jakie papiery podpisałem i że nie złamałem żadnego przepisu. „No, zrozumiałe, że tego chcą, ale za pierwszym razem będzie wyrok w zawieszeniu”. Kiedy to usłyszałem, zrozumiałem, że obrońca nie ma pojęcia, gdzie się znajduje i co się dzieje. Musiałem mu przerwać: „Za 205 [artykuł 205 kk – atak terrorystyczny – red.] nie ma zawiasów!”. Moje zerowe zaufanie do wszystkich osób znajdujących się w tym budynku objęło także obrońcę. Nie opowiedziałem mu o torturach, tracąc jakąkolwiek nadzieję na pomoc. Adwokat powiedział, że śledztwo wszystko wyjaśni i że trzeba współpracować.

„I jak? Skończyliście?”, zapytał Bieliajew, otwierając drzwi. Wróciliśmy na swoje miejsce. Obrońca zapytał, do jakiego aresztu mnie wysyłają. „Najpierw do IWS, a jutro, po procesie, albo do aresztu nr 3, aresztu nr 4, albo aresztu Kriesty-2”, odpowiedział Bieliajew. „To zależy od wielu czynników, zobaczymy dokąd”.

– To jak? Będziemy współpracować? – zapytał mnie.
– Będziemy.
– Przyznajesz się do winy?
– Przyznaję – powiedziałem, pozbawiony i możliwości wyboru, i nadziei.
– W takim razie sporządzę akt na podstawie zeznań.

Znów pytania. To, co mówił, nie miało żadnego sensu. Interesowały go szczegóły moich „przygód”. Nie było żadnych wyuczonych pytań, które pojawiały się w samochodzie. Obrońca poprosił, aby „zostawić miejsce dla postępowania przygotowawczego” i nie zadawać dużo pytań.

„Rzeczywiście, za 205 nie ma wyroku w zawieszeniu! Pierwsza taka sprawa w mojej karierze”, odezwał się obrońca. Siedział na kanapie i gapił się w telefon. Do biurka wrócił, kiedy zeznania były uzupełnione przez śledczego i trzeba było je tylko podpisać. Pobieżnie czytałem ich treść, podpisywałem i przekazywałem kartki adwokatowi. Po zakończeniu przesłuchania Bieliajew powiedział: „Powiadomię konsulat Kazachstanu”. Jak się później okazało, konsulat wcale nie został poinformowany.

Po przesłuchaniu poprosiłem prawnika, aby skontaktował się z moją żoną i powiedział jej, co się stało i gdzie jestem. „W porządku, ale to może przerwać postępowanie przygotowawcze, jeśli w jakiś sposób wpłynie to na dochodzenie”, odpowiedział.

Sąd. „To nie dom publiczny”. Areszt śledczy

Przywieźli mnie do sądu. Część twarzy była znajoma. Nawet tych, którzy mnie przywieźli, widziałem już wcześniej. W samochodzie za każdym razem starali się ze mną rozmawiać w sposób nieformalny, na luźne tematy. Byłem przytłoczony i prawie się nie odzywałem. Mówili agenci. Przez jakiś czas czekaliśmy przed drzwiami, później umieszczono mnie w klatce (na sali sądowej). Zaczęła się rozprawa.

„… Podczas przesłuchania podejrzeń dochodzenie wykazało … brak więzów ograniczających… ma dochody … przekupstwo świadków … areszt…” – paplał śledczy.

Sędzia zapytała, czy zgadzam się z postawionymi zarzutami i śledztwem. Odpowiedziałem, że nie wiem, co powiedzieć. „Sprawę pozostawić w gestii sądu?”, spytała. „Tak”, odpowiedziałem. Adwokat powtórzył: „Pozostawiamy sprawę w gestii sądu”

Obrońca po kilku minutach podszedł do mnie i powiedział: „No dobrze, to ja już idę”. Po czym opuścił salę.

Sędzia ogłosiła, że wróci za 40 minut. W pewnym momencie położyłem się na ławce w klatce. Śledczy Bieliaew podszedł do mnie i powiedział, że to nie jest dom publiczny i nie mogę tu sobie leżeć. Później zaczął mnie pytać o znajomą żony, o to, czy zdołam ją rozpoznać.

Po ogłoszeniu wyroku sędzia wyszła z sali i wróciła w ubraniu cywilnym. „Jeśli opieracie się w zarzutach na raporcie K.A. Bondariowa, to zobowiązani jesteście go dostarczyć!”. Pracownicy FSB odpowiedzieli, że „nie trzeba go było nigdy przynosić i było w porządku”. W postanowieniu napisano, że sąd zapoznał się z materiałami sprawy, wśród których znajdował się raport Bondariowa dotyczący dowodów popełnienia przestępstwa.

W areszcie śledczym nr 3. kazano mi się rozebrać i czekać na lekarza. „Tak z zewnątrz to tylko ma ranę na twarzy…”.  Powiedziałem lekarzowi, że się uderzyłem. Nie mówiłem mu nic o torturach. Wiedziałem, że pracownicy FSB są w sąsiednim pokoju, co więcej, mogą być przecież z lekarzem w zmowie.

**
Tekst ukazał się w języku rosyjskim na stronie MediaZona, a w języku angielskim na stronie opendemocracy.net. Przełożyły Milena Rejner i Wiktoria Bieliaszyn.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.