Świat

Ekonomista jako gwiazda rocka

Jeśli grafficiarze przeczytają Piketty'ego, równanie r > g powinno się pojawić na murach wszystkich miast.

Pewnego wieczoru, w windzie zjeżdżającej do czterystuosobowej auli City University of New York, pan w średnim wieku, z wyglądu ekonomista, przechwalał się parze, również w średnim wieku, również z wyglądu ekonomistom: „Pierwszy raz widziałem Piketty’ego jeszcze w 2001 roku. Mały lokal w Village. Grał akustycznie Kapitalizm patrymonialny, Emmanuel Saez dołączył na bis”.

To oczywiście żart. Ale odbiór przypominający gwiazdy rocka, z jakim spotyka się Thomas Piketty od czasu publikacji w marcu 2014 roku angielskiego tłumaczenia jego Kapitału w XXI wieku, musi robić wrażenie. Gdyby świat centrolewicowych gazet i czasopism był pokojem, nie dałoby się ruszyć ręką, żeby nie nadziać się na recenzję jego książki (niemal na pewno pozytywną). Paul Krugman w „New York Review of Books” i w swoim felietonie w „New York Timesie”. Matthew Yglesias w „Vox” („Czy możecie streścić mi tezy Piketty’ego w czterech punktach?”). „The Nation” poświęcił mu okładkę i niemal 10 tysięcy słów. Martin Wolf – brytyjski Paul Krugman (o ile to Krugman nie jest amerykańskim Martinem Wolfem) w „Financial Times”. Nawet prawicy nie udało się ominąć tematu („National Review”).

Książka Piketty’ego zasłużyła na swój chełpliwy tytuł kombinacją, jaka zdarza się raz na pokolenie: za pomocą całej masy najnowszych danych autor opowiada nam, w najbardziej frapujący jak do tej pory sposób, historię społeczno-politycznej kwestii będącej dziś na topie – nierówności ekonomicznych.

Wydarzenie na CUNY sprawiało wrażenie głównego przystanku w szalonym amerykańskim tournée jakiejś prawdziwej gwiazdy (w tym samym tygodniu Piketty zatrzymywał się jedenaście razy w trzech miastach). „Tu chyba po prostu trzeba być!” – to naprawdę powiedział ekonomista w windzie dwójce innych ekonomistów. Chase Robinson, tymczasowy przewodniczący Graduate Center, powiedział coś podobnego, otwierając spotkanie: „Mówią mi, że to najgorętsza impreza w mieście”. Sala nie była może nabita, ale wszystkie bilety się ponoć wyprzedały. A sądząc po wpisach na Twitterze, mnóstwo ludzi skorzystało z transmisji w internecie, a w redakcji „The Nation” z tej okazji nawet przerwano alkoholową zabawę.

Za podtekst całego wydarzenia można uznać konfrontację pewnego pokolenia – trzech głównych dyskutantów, podobnie jak chyba większość publiczności, to dzieci powojennego boomu demograficznego – z zarzutami młodszego. Piketty ma ledwie 42 lata. „Część z nas szła do szkoły podstawowej w dość szczególnym okresie […], kiedy sprawy wyglądały bardzo pomyślnie – zauważył Joseph Stiglitz. – I to dało nam osobliwie wypaczony obraz świata”. Dla przedstawicieli tego pokolenia ten wieczór stanowił okazję do odkupienia grzechów, nie tylko w formie przyznania się do niegdyś „wypaczonego obrazu świata”, ale też zaproponowania sposobów zawrócenia świata na tę drogę, na której ich zdaniem się kiedyś znajdował.

Zarazem dla młodszych widzów wieczór był może jeszcze ważniejszy: jeśli bowiem nie zawrócimy świata na tę drogę, wówczas – jak wskazuje książka Piketty’ego – szalejące nierówności, które już stały się głównym czynnikiem określającym amerykańskie życie społeczne, tylko się pogłębią.

Piketty, wyglądający na mniej niż swoje lata, ubrany w szary garnitur i białą koszulę z częściowo rozpiętym kołnierzykiem – to zapewne stylistyczny ukłon w stronę jego rodaka Bernarda-Henri Lévy’ego – zaczął od zwięzłego streszczenia książki. Mówił po angielsku, z lekkim akcentem. Pokazał parę slajdów z Power Pointa, w tym jeden odsyłający wprost do jego własnej strony internetowej. Tak bardzo zapamiętał się w swej opowieści, że zapomniał przeklikać ponad tuzina slajdów, co zauważył dopiero pod koniec prezentacji.

Gdy ogląda się Piketty’ego, jak opowiada swą dziś już dość dobrze znaną historię, można zrozumieć, jak bardzo ważne są narracyjne walory jego książki.

Nie wywołałby takiego szumu, gdyby przy użyciu dokładnie tych samych danych i interpretacji nie stworzył zarazem wielkiej opowieści – z początkiem, rozwinięciem i dającym się przewidzieć zakończeniem.

A opowieść ta idzie mniej więcej tak: dawniej, dzięki pracy Simona Kuznetsa, ekonomisty z połowy XX wieku, panował konsensus co do tego, że nierówności maleją. Używając statystyk podatkowych z niemal 50 krajów, sięgających całe dekady wstecz (a w przypadku Francji aż XVIII wieku), Piketty wykazał, że Kuznets, formułując w latach 50. i 60. krzywą nazwaną jego imieniem, miał tego pecha, że znajdował się akurat w momencie, w którym nierówności mogły sprawiać wrażenie malejących – było to zaraz po dwóch wojnach światowych i kryzysie, który zniweczył nagromadzone aktywa najzamożniejszych tego świata. Piketty wykazuje, że tak naprawdę ten okres – około trzydziestu chwalebnych lat od zakończenia II wojny światowej, we Francji nazywanych dosłownie Les Trente Glorieuses – był tylko odchyleniem od normy.

W rzeczywistości nierówności zazwyczaj rosną, ponieważ po opodatkowaniu stopa zysku od kapitału (r) przekracza kilkakrotnie poziom wzrostu gospodarek (g). Inaczej mówiąc: dochód z inwestycji jest zazwyczaj większy i rośnie w szybszym tempie niż płace, co oznacza, że bogaci, którzy najwięcej pieniędzy i tak zarabiają poprzez inwestycje i dziedziczenie, stają się jeszcze bogatsi. Jeśli grafficiarze przeczytają Piketty’ego, wówczas równanie r>g powinno się pojawić na murach wszystkich miast.

Wszystko to składa się w zrozumiałą całość. Ktokolwiek wie coś o rozdętym przemyśle finansowym – albo chociaż o magii procentu składanego – zrozumie, dlaczego r będzie przekraczać g. Każdy również może zrozumieć, dlaczego Stany Zjednoczone, co Piketty zresztą przyznaje, od czasu do czasu wyłamują się z tego schematu, kreując miliarderów znikąd nie tyle przez akumulację kapitału, ile przez oszałamiające pensje dla supermenadżerów – choć i tak potem ci supermenadżerowie z pomocą swych spadkobierców odtworzą to, co Piketty nazywa „kapitalizmem patrymonialnym”. A poza tym – o czym przypomina nam Krugman – wystarczy zerknąć na listę czterystu najbogatszych „Forbesa”, z czterema Waltonami w górnej dziesiątce, by przekonać się, że Ameryka nie jest wolna od dziedziczonego bogactwa. Nietrudno też zrozumieć, dlaczego kapitał mógł stracić pozycję względem płac w latach 1913–1950 – a gdyby ktoś jednak nie mógł, może spojrzeć na wykres z książki Piketty’ego i dostrzeże ogromny krater pokazujący destrukcję kapitału, jaka nastąpiła w tym właśnie okresie.

Słuchając opowieści Piketty’ego, można też zrozumieć, dlaczego jego dzieło znalazło taki oddźwięk wśród szerszej publiczności. Podobnie, można zrozumieć, dlaczego tak bardzo się nim ekscytują ekonomiści, i to niezależnie od istotnego wkładu, jakie to dzieło wnosi do ich profesji (a jest on kolosalny): mamy tu w sposób zarazem wyrafinowany i klarowny opowiedzianą gospodarczą przeszłość, która wyjaśnia nasz obecny kryzys, a nawet wskazuje, co może przynieść przyszłość. A co może? Cóż, jako że szczęśliwie nie czekają nas chyba wojny światowe, dystans pomiędzy r i g będzie dalej rósł, jeszcze szybciej niż dotychczas. Jedyne, czego nie wiemy, to jak moglibyśmy temu zapobiec.

Na to ostatnie zasadnicze pytanie próbowali odpowiedzieć Stiglitz i Krugman, z których każdy krótko się wypowiedział po wykładzie Piketty’ego. Stiglitz – zdobywca Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii – podkreślał, że polityka jest zdolna ograniczyć grabież, której zapowiedzią jest przecież równanie r > g: „Nierówności nie są zwykłym efektem działania sił gospodarczych. Nie jest wcale konieczne, aby r było większe od g. To skutek naszej polityki”. Wymieniając między innymi orzeczenie Sądu Najwyższego w sprawie Citizens United, wskazał, że większe nierówności przekazują większą władzę w ręce bogatych, którzy tej władzy użyją do przeforsowania polityki (niskiego opodatkowania zysków z kapitału i spadków, mniejszych ograniczeń finansowania kampanii wyborczych), która wywoła jeszcze większe nierówności – i tak dalej, niczym w błędnym kole. Krugman, powtarzając zasadniczo tezy z wpisu na swoim blogu, dostrzegł siłę książki w tym, że dostarcza empirycznych dowodów od dawna głoszonym przez lewicę tezom na temat nierówności, ale też opowiada całą historię – „ta analiza jest nie tylko ważna, ona jest po prostu piękna”. W czasie obu wypowiedzi Piketty siedział tuż przy samym podium i promieniał z zadowolenia. Wyglądał niemal jak po udanym stosunku. Któż mógłby go za to winić?

Profesor Steven Durlauf z University of Wisconsin na samym początku swego wystąpienia zapowiedział, że teraz popsuje wszystkim zabawę z perspektywy nerda. Nie zawiódł. Wskazywał różne zastrzeżenia, niewątpliwie ważne w ramach ekonomicznej profesji, dotyczące wykorzystania danych przez Piketty’ego. Nie przeanalizuję raczej jego tez, gdyż uczciwie mówiąc, były trochę nie na moją głowę, a poza tym ogólnie stwierdził, że książka jest solidna, ważna, błyskotliwa i w ogóle.

Po zakończeniu wieczoru zapytałem Piketty’ego, czy nie obawiał się, że użyte przez niego metody i wyciągnięte wnioski są na tyle skomplikowane, że w niewykwalifikowanych rękach mogą zostać niewłaściwie użyte. Potrząsnął przecząco głową: „Kiedy ekonomia wygląda nazbyt skomplikowanie, to zazwyczaj zły znak”. Wystarczająco wielu wybitnych i znanych ekonomistów z centrum i z lewicy – a tak naprawdę wszyscy – dało książce swój znak jakości, którym większość laików powinna być usatysfakcjonowana. Niestety pogłębiona polemika z książką Piketty’ego z prawej strony jeszcze się nie ukazała (panie N. Gregory Mankiw, kraj tęsknie spogląda w pańską stronę).

A zatem, jak pytali rewolucjoniści: co robić? Rozwiązaniem Piketty’ego dla problemu r > g jest globalny, progresywny podatek od indywidualnego majątku.

I ta część książki spotkała się jak dotąd z największą krytyką – nie pod kątem słuszności rozwiązania, lecz jego praktyczności (opodatkowanie zamożnych już w jednym kraju jest wystarczająco trudne). Piketty z uśmiechem zbywa ten argument, wskazując, że stawki opodatkowania najzamożniejszych urosły do historycznie najwyższego poziomu w latach 50., czyli dokładnie wtedy, kiedy nierówności były na poziomie najniższym: „Historia podatków jest pełna niespodzianek”.

To jasne, że trzeba włożyć jakiś kij w szprychy roweru „pieniądza i władzy”, który Krugman określił jako „polityczno-ekonomiczną spiralę nierówności, w której wielkie bogactwo daje wielką władzę, używaną z kolei do wzmocnienia koncentracji bogactwa”. Nie odwołując się do Piketty’ego, Mark Schmitt sugerował na przykład, że reforma finansowania kampanii wyborczych wniosłaby coś konkretnego do nieraz dość mglistej debaty o nierównościach. Wygląda na to, że ma rację.

Krugman zamknął całość niezwykle optymistycznie. Przypomniał, że Teodor Roosevelt wygłosił swą słynną mowę o postępie, wzywającą do progresywnego opodatkowania dochodów i spadków „wielkich fortun” już w 1910 roku, zanim nastąpiły kataklizmy spowalniające przyrost r. Również źródła Nowego Ładu, zdaniem Krugmana, sięgają całych dekad przed rokiem 1933. Innymi słowy, najbardziej światli Amerykanie byli w stanie rozpoznać problem nierówności i zaproponować jego rozwiązanie samodzielnie, bez wsparcia ze strony bezosobowych trendów społecznych czy obyczajów. Prawo ekonomii takie jak r > g może potencjalnie stać się takim właśnie oksymoronem, na jaki samo pojęcie „prawa ekonomii” wskazuje. Krugman chce nam, jak się zdaje, powiedzieć, że nieważne jak przekonujące, a nawet „piękne” byłyby opisane przez Piketty’ego struktury, to w końcu polityka, a nie ekonomia, będzie sztuką tego, co możliwe.

PREMIERA KAPITAŁU W XXI WIEKU JUŻ W MAJU!

Czytaj fragment wstępu: W czyich rękach będzie świat w roku 2050?

Najważniejsza i najbardziej poczytna książka ekonomiczna dekady, światowy bestseller, który zmienił sposób, w jaki patrzymy na społeczeństwo, na gospodarkę i na obecne w nich nierówności. Napisany ze swadą, ale i ugruntowany w nowatorskiej analizie danych empirycznych, błyskotliwy i rzetelny zarazem Kapitał w XXI wieku na długie lata wyznaczył nowe szlaki w ekonomii.

Piketty kwestionuje podstawową logikę dominującą dotychczas w ekonomii. Owszem, ukazywały się książki, które stawiały sobie podobne zadanie, ale to musiało dojrzeć. I tak się stało.
Jacek Żakowski

Można bez ryzyka przesady powiedzieć, że Kapitał w XXI wieku, magnum opus francuskiego ekonomisty Thomasa Piketty’ego, bedzie najważniejszą książką ekonomiczną roku, a może i dekady. Piketty, niewątpliwie wiodący na świecie ekonomista badający dochody i nierówności, dokonał czegoś więcej niż tylko udokumentował wzrastającą koncentrację bogactwa w rękach wąskiej elity. Pokazał też, że wracamy do czasów „kapitalizmu patrymonialnego”, w którym na szczytach gospodarczej hierarchii dominuje nie tyle nawet bogactwo, ile odziedziczone bogactwo, przez co urodzenie znaczy więcej niż wysiłek i talent.

Paul Krugman, noblista, „New York Times”

Thomas Piketty (1971) – francuski ekonomista, absolwent m.in. London School of Economics, dyrektor ds. badań w École des hautes études en sciences sociales (EHESS), współzałożyciel i profesor w Paris School of Economics. W 2012 roku wybrany przez „Foreign Policy” do grona stu najbardziej wpływowych intelektualistów na świecie. Obok bestsellerowej książki Kapitał w XXI wieku (2013) napisał też m.in. Ekonomię nierówności (2004) i Czy można uratować Europę? (2012), które wkrótce ukażą się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

***

Czytaj Piketty’ego i o Pikettym w Dzienniku Opinii:

Thomas Piketty: Sposób na nierówności? Globalny podatek majątkowy

Thomas Piketty: Oto nowa, demokratyczna architektura dla Europy [manifest ekonomistów]

Adam Ostolski: Piketty i mity polskiej transformacji

Thomas Palley: Wielkie dzięki, Piketty! [rozmowa Michała Sutowskiego]

Elżbieta Mączyńska: Jak kapitalizm zjada naszą przyszłość

Piotr Kuczyński: Polacy niechętnie dyskutują o nierównościach

Will Hutton: Kapitalizm po prostu nie działa. Oto kilka powodów

Zobacz także: numer „Krytyki Politycznej” poświęcony Piketty’emu: Nierówności

 

**Dziennik Opinii nr 80/2015 (864)

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.