Świat

„Postprawda” to nie kłamstwo, to nawóz dla ściemy

Plawgo/Pyrka

Termin „postprawda” budzi wiele kontrowersji – szybko zrobił karierę i modnie było się nim posługiwać, szybko też spróbowano zrzucić go z piedestału, obśmiać i modnie stało się deklarować, że się go nie używa.

W ciągu błyskawicznej kariery narosło wokół niego wiele nieporozumień i politycznych sporów. Jak my rozumiemy „postprawdę”? Czy słowo to w ogóle jest użyteczne? I o czym powinniśmy jeszcze porozmawiać? Kilka uwag o postprawdzie zebrał Jakub Dymek.

1. Postprawda to nie rzeczownik!

Podstawowe nieporozumienie dotyczące modnego terminu bierze się chyba z tego, że błędnie przekładamy go na język polski jako rzeczownik. Jak gdyby słowo „postprawda” było synonimem dobrze znanych słów, takich jak: „kłamstwo”, „manipulacja” i „fałsz”. Tymczasem, kiedy szacowne grono eksperckie wybierające słowo roku 2016 Oxford English Dictionary postanowiło wyróżnić w ten sposób pojęcie post-truth, jasno zaznaczyło, że mowa jest o przymiotniku. Polskim odpowiednikiem byłoby raczej, dosłownie i być może niezgrabnie przetłumaczone, słowo „postprawdziwy”. W słowniku angielskiego wydawnictwa oksfordzkiego czytamy, że słowo post-truth „odnosi się lub określa okoliczności, w których obiektywne fakty mają mniejszy wpływ na kształtowanie opinii publicznej niż odwołania do emocji i osobistych przekonań”.

Oczywiście, spór o to, czy kiedykolwiek w polityce „fakty miały większy wpływ na kształtowanie opinii publicznej niż odwołania do emocji i osobistych przekonań” jest bardzo zasadny – można przecież argumentować, że w polityce fakty zawsze miały drugorzędne znaczenie wobec opowieści, daru przekonywania charyzmatycznych liderów i liderek, wyczuwania nastrojów społecznych. Ci jednak, który chcą dziś mówić o czasach „postprawdziwych” mają na myśli raczej coś innego niż tylko stwierdzenie, że „politycy kłamią”.

Użycie tego słowa – tak jak proponuje je słownik – sugeruje diagnozę, na przykład, następującą: „tylko w czasach postprawdziwych polityk może zaprzeczyć samemu sobie dwukrotnie w jednym zdaniu i nikt się tym już nie przejmuje”.

2. „Postprawda” to nie kłamstwo

Kiedy Donald Trump mówi, że bezrobocie w Ameryce wynosi „może 4%, a może 42%”, to technicznie rzecz biorąc nie kłamie (bezrobocie faktycznie wynosi około 5%, więc mieści się w widełkach rozciągniętych między 4 i 42%) – co najwyżej daje dowód swojej ignorancji wobec faktów, niewiary wobec oficjalnych statystyk, pogardy dla uznanej wiedzy. To takie stwierdzenia i typowe dla prezydenta Trumpa rozpoczynanie zdań od frazy „wielu ludzi mówi” wskazują komentatorom, że mają do czynienia z nowym rodzajem publicznego fałszu lub jego wariacją na sterydach, niż zwyczajową polityczną hipokryzją albo zakłamaniem.

„Tylko w czasach postprawdziwych polityk może zaprzeczyć samemu sobie dwukrotnie w jednym zdaniu i nikt się tym już nie przejmuje”.

Trump mówi wiele rzeczy, zaznaczając od razu, że nie podpisuje się pod nimi i właściwie to wcale nie są jego opinie – paradoks. „Postprawda” ma zaś zwrócić naszą uwagę na to, że relacje odbiorców takich komunikatów są poniekąd nowe – nie wypierają niewygodnej dla nich wiedzy, ani w kłamstwa wcale nie wierzą. Po prostu wiedzą, że polityk ma za nic prawdę, i wcale im to nie przeszkadza, przeciwnie. Wyborcy takich polityków na przykład uznają, że inne przymioty są ważniejsze niż prawdomówność, albo wręcz że prawdomówność jest obciążeniem – bo czasami należy być cwanym, tajemniczym i manipulować. Pokazują tym samym, że być może nawet lepiej niż idealiści i zwolennicy sztywnych standardów zrozumieli istotę polityki i nie mają co do niej złudzeń. Tym samym ludziom, którym nie przeszkadza obojętny stosunek do faktów, jednocześnie nierzadko przeszkadza kłamstwo – wolą by polityk tysiąc razy z prawdą się rozminął niż raz ich okłamał.

Kolejny paradoks: „czasy postprawdziwe” premiują za „mówienie, jak jest”, nawet jeśli wcale tak nie jest. Styl wypowiedzi i język jest nośnikiem wiarygodności, nie treść tego, co się mówi.

3. „Postprawda” to nawóz dla ściemy, nie żadna fizyka kwantowa

Cytując amerykańskiego filozofa Harry G. Frankfurta, autora książkowego eseju „o gówno prawdzie”, można dobrze pokazać rozróżnienie. Podstawowa różnica między kłamcą i ściemniaczem (bullshit artist) jest taka, że kłamca ma przynajmniej pewien rodzaj uznania dla prawdy – mówi Frankfurt. Kłamca ma jasne pojęcie o tym, jak jest naprawdę i chce, aby jego odbiorcy uwierzyli w coś odwrotnego, ściemniacze – ci, którzy wciskają co najwyżej gówno prawdę – w ogóle nie są prawdą zainteresowani. Wrogiem kłamcy może być ktoś, kto mówi prawdę, ale wrogiem ściemniacza jest sama prawda i sytuacja, w której ludzie dają wiarę faktom, uznają prymat potwierdzonej wiedzy nad plotką i zmieniają jeszcze swoje zdanie pod wpływem argumentów. Dlatego – tak też podpowiada Frankfurt – ściema jest groźniejsza dla demokratycznych wartości niż fakt, że z różnych powodów istnieje kłamstwo.

Paradoks: „czasy postprawdziwe” premiują za „mówienie, jak jest”, nawet jeśli wcale tak nie jest.

To zaś podpowiada, że cała rozmowa o „postprawdzie” nie jest sporem ani o wyrafinowane manipulacje, ani kłamstwa, w które trzeba było włożyć wiele wysiłku – by zakryć prawdę – ale o zupełnym niezainteresowaniu nią. Zdarzenia z przeszłości, które przeciwnicy pojęcia „postprawdy” przypominają, są dobrym punktem wyjścia do rozmowy o tym, czy wyrafinowane kłamstwa jeszcze cokolwiek znaczą. Weźmy słynną broń masowego rażenia w Iraku jako casus belli. Są źródła potwierdzające, że politycy upierający się przy tym, że broń istnieje, wierzyli w to, że mówią prawdę (albo bardzo chcieli wierzyć i odrzucali kontrargumenty). W przekonanie o ich racjach świata włożyli wiele wysiłku i była to sprawa o wielkim ryzyku oraz historycznych konsekwencjach – cokolwiek by zatem o prawdziwości ich argumentów nie myśleć, trudno powiedzieć, aby „nie obchodziło ich, jak jest”. Przeciwnie, byli w stanie posunąć się bardzo daleko, by dowieść swego.

4. „Postprawda” to nie bicz na lud (ani, zresztą, prawicę)

Przeciwnicy używania słowa „postprawda” zwracają uwagę, że termin ten zrobił karierę dzięki rozczarowaniu mediów i ośrodków opiniotwórczych, które szukały kozła ofiarnego za swoje pomyłki i upokorzenie, jakiego doznały w 2016 roku. Nie ulega wątpliwości, że duże media i uznane redakcje pospieszyły z serią tekstów w takim duchu – pisaliśmy o tym na łamach Krytyki Politycznej – ale nieuczciwością jest powiedzieć, że media tradycyjne nigdy wcześniej nie podnosiły tego tematu. Przeciwnie, media ciągle diagnozują sytuację i uwielbiają pisać o sobie i swoich uwarunkowaniach. Dobra anegdota mówi, że dwie rzeczy w artykułach o dziennikarstwie są zawsze prawdziwe: po pierwsze, uwielbiają je dziennikarze; po drugie, tylko oni.

Fake No More

To aż tak dziwne, że aktualnie nadali swoim obawom nowy termin? Czy to „New York Times” czy „Guardian”, czy „Gazeta Wyborcza”, czy największe zrzeszenia międzynarodowe redaktorów i dziennikarzy (WAN-IFRA) czy ośrodki analityczne (Nieman Lab, European Journalism Observatory, Columbia Journalism Review) – wszyscy zainteresowani branżą od lat raz po raz diagnozują problemy i bolączki trapiące dziennikarstwo. Aktualnie jest to toksyczny wpływ informacji niesprawdzonych, brak skutecznych regulacji je powstrzymujących i malejąca odpowiedzialność za słowo, do której gorliwie przykładają się politycy. W większości znanych mi analiz nie padają jednak – choć sugerują to krytycy – stwierdzenia o „głupich ludziach” i „prawicowych wieśniakach z ludu”. Przeciwnie, media (słusznie) alarmują o tendencjach, które uznają za szkodliwe dla debaty publicznej (i tak się też składa: dla nich samych). Nie muszą zawsze mieć racji i nie mają monopolu na trafną ocenę sytuacji – ale dopatrywanie się jakiejś zmowy redaktorów, którzy chóralnie rzucili się na pożarcie swoich własnych odbiorców i odbiorczyń to absurd.

Poza tym badania – jak choćby również cytowane przez nas badanie Fundacji Badań nad Ekonomią – w ogóle nie stronią od faktu, że lewicowe i liberalne kłamstwa, fałszywe wiadomości i manipulacje mają miejsce. Zwracają jednak uwagę na to, że w ostatniej kampanii więcej kłamstw, wyssanych z palca informacji i ściem towarzyszyło Donaldowi Trumpowi. I to jest fakt.

5. „Postprawda” to zachęta do rozmowy, a nie cenzura

Czy termin ten podoba się komuś, czy nie, można przy minimum dobrej woli potraktować go jako zachętę do rozmowy o jakości naszej debaty publicznej. Faktem jest, że mamy dziś do czynienia z historycznie niskim poziomem zaufania do mediów, polityki i faktów naukowych – naraz! Jeśli ktoś chce nazwać tę nawracającą falę nieufności i rozczarowania „postprawdą”, to ja nie mam z tym problemu.

Podobno niesłychanie łatwo dotrzeć jest do faktycznej wiedzy. A może właśnie nie? Bo encyklopedie, fachowe pisma, jakościowe dziennikarstwo w internecie kosztuje, a ściema jest za darmo? Kiedy maleje rola tradycyjnych autorytetów, otwierają się nowe perspektywy – „postprawda” jest nazwą na ich negatywne konsekwencje i jednocześnie nazwą na niezdolność zauważenia pozytywnych. To brutalna prawda dla dotychczasowych elit opinii, ale wielu ludzi odkrywa „czasy postprawdziwe” jako fenomen pozytywny i demokratyczny. Kto za ten stan rzeczy odpowiada i których dogmatów trzeba bronić za wszelką cenę, to kolejne pytania, jakie warto sobie stawiać.

Nikt chyba nie uważa, że wystarczy krzyknąć „postprawda!” i sprawa załatwiona. Problemy zdają się piętrzyć, a nie rozwiązywać za dotknięciem magicznej różdżki. Słowo „postprawda” bynajmniej nikogo nie wykluczyło, ani nie zamknęło drzwi i nie zakończyło sporu. Przeciwnie, to z braku możliwości (lub chęci) napiętnowania kłamstwa i nazwania go po imieniu, naiwnemu optymizmowi „samoregulującego się rynku” w ogóle znaleźliśmy się tam gdzie jesteśmy.

Jak przewrotnie argumentuje też Danah Boyd, nie płacimy wcale ceny „głupoty ludzi”, ale mamy do czynienia z nawrotem krytycyzmu i nieufności do prasy, który ludziom zaszczepiono jeszcze w szkole – gdy mówiono im, żeby nie wierzyli ludziom, którzy w pisaniu czegoś mają swój interes. Cóż, o „postprawdzie” piszą głównie ludzie, którzy jeszcze niedawno cieszyli się monopolem na prawdę.

Sami wyprodukowaliśmy miliony medialnych analfabetów

Bio

Jakub Dymek

| Publicysta Krytyki Politycznej
Kulturoznawca, dziennikarz i publicysta Dziennika Opinii Krytyki Politycznej. Absolwent MISH na Uniwersytecie Wrocławskim, studiował Gender Studies w IBL PAN i nauki politycznej na Uniwersytecie Północnej Karoliny w USA. Publikował m.in w magazynie "Dissent", "Rzeczpospolitej", "Dzienniku Gazecie Prawnej". Za publikacje o tajnych więzieniach CIA w Polsce był w 2015 roku nominowany do nagrody dziennikarskiej Grand Press.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Nie od dziś zjadą się tacy, co ich uczucia i wierzenia znaczą więcej niż "mędrca szkiełko i oko." Nihi novi. Tylko to się niestety nie skończy dobrze ale na to nie mamy wpływu.

Postprawda to słynna "fałszywa świadomość" doczekaliśmy się wreszcie jej prozy codziennej, dawniej żyła tylko w sporach ideologicznych .

@Podobno niesłychanie łatwo dotrzeć jest do faktycznej wiedzy. A może właśnie nie?
Właśnie niełatwo w czasach, gdy media stały się nośnikiem reklamy natywnej, a neoliberalne państwa z wielką pompą wdrożyły programy komercjalizacji nauki.

Odpłatność za kontent nie stanowi kryterium klasyfikacyjnego. Płacenie za kablówkę nie chroni przed oglądaniem seriali, w których ulokowano produkty.

Postprawda to nie tylko fałszywa wiadomość, to także ładunek emocjonalny, jaki ze sobą niesie. Przypomina mi się audycja „Poranny WF” w Radiu Eska Rock, w której Michał Figurski i Kuba Wojewódzki szydzili z bieżących wydarzeń obyczajowych i politycznych, przy czym pierwszy był mniej uważny i często podpuszczany przez Wojewódzkiego, przekraczał granice dobrego smaku. Kuba dodatkowo potrafił na antenie wyprzeć się niebezpiecznie sformułowanych opinii frazą „ja się odcinam!” Dwójka ta była wielką zmorą dla prawicowych mediów, które bezpardonowo ją atakowały, ponieważ potrafiła celnie nakłuć i ośmieszyć balon propagandy, produkowany przez prawicowe gadzinówki, dlatego z taką radością powitała informację o zdjęciu programu z anteny po parodii „wielkich Polaków” zatrudniających ukraińskie sprzątaczki, jak również „do innych”, wiadomych celów. Po tym incydencie propaganda prawicowa i „patriotyczna” nie miała już praktycznie konkurencji i balon dumy narodowej mógł już spokojnie rosnąć. Cechą propagandy prawicowej jest tzw. jazda po bandzie, czyli ściema opakowana dodatkowo w bardzo sugestywny, często kloaczny język, pełen wulgaryzmów i ekspresywizmów. Oddziaływuje ona na emocje, dlatego znajduje tak silny odzew i jest często bezkrytycznie akceptowana, może dlatego, że naśladuje codzienny, potoczny język. Jej odmianą, skierowaną do bardziej wyrobionego czytelnika, często „z drugiej strony barykady”, jest stary, dobry flejm, przypominający trochę manipulację kanciarza: powiem trochę prawdy, zmieszam z kłamstwem, pozornie zgodzę się z adwersarzem tylko po to, żeby go potem cynicznie zaatakować. W tej wersji wulgaryzmy nie są mile widziane albo są nieliczne, tkwiąc niczym rodzynki w cieście. Modne są za to emotikony (uśmiechnięta buźka kończąca pełną cynizmu wypowiedź) i pozdrowienia kończące komentarz.

No siema, nie przeczytałem, ale kolejny raz muszę zadać pytanie - czy nazywanie najazdu przypadkowych ludzi z całego świata "kopem dla europejskiej gospodarki" albo nazywanie bandytów z Afryki Północnej "biednymi syryjskimi dzieciaczkami uciekającymi przed wojną" to już jest postprawda, czy jeszcze nie?