Świat

Dlaczego republikanom zależy na wysokim bezrobociu?

Przecież nie mogą wciąż wierzyć, że cięcia wydatków pomogą.

Przyrost miejsc pracy wyraźnie się dławi. Dlaczego zatem republikanie wciąż mówią „nie” w odpowiedzi na każdy pomysł na jego przyspieszenie? Nawet na absurdalnie wręcz umiarkowaną zeszłotygodniową propozycję prezydenta Obamy, aby połączyć cięcia podatków od przedsiębiorstw ze zwiększonymi wydatkami na drogi i inne roboty publiczne.

Na pewno nie dlatego, że republikanie nie wiedzą, co się dzieje. Dane są bezdyskusyjne. Lipcowy przyrost miejsc pracy o 162 tysiące był najsłabszy od czterech miesięcy. Przeciętny tydzień pracy był najkrótszy od sześciu miesięcy. Biuro Statystyki Pracy obniżyło również szacunki zatrudnienia w maju i w czerwcu.

Republikanie nie mogą też wierzyć, że dalsze cięcia wydatków pomogą. Widzieli przecież efekty gospodarki oszczędnościowej w Europie. Wiedzą również, że wyniki badań Carmen Reinhart i Kennetha Rogoffa, na których dotychczas się opierali, zostały obalone. Nawet już nie próbują przekonywać o słuszności cięć.

Mogłoby być wprawdzie tak, że po prostu negują wszystko, co tylko Obama zaproponuje – ale zaczyna się to robić coraz trudniejsze. Przywódcy republikanów i aspirujący do kandydowania w wyborach prezydenckich 2016 roku politycy ostrzegają przed wejściem w rolę „partii na nie”. Sondażowe poparcie dla nich wciąż spada.

Prawdziwa odpowiedź jest moim zdaniem taka, że ich sponsorzy chcą, żeby bezrobocie pozostało wysokie, a przyrost miejsc pracy – rachityczny. A dlaczego? Z trzech powodów.

Po pierwsze, wysokie bezrobocie utrzymuje płace na niskim poziomie. Pracownicy obawiający się utraty posady zgodzą się na tyle, ile się im zaproponuje – więc stawki za godzinę spadają. Mediana wynagrodzenia jest dziś o 4 procent niższa niż była na początku ożywienia. Niskie płace pozwalają zwiększać zyski korporacji, uszczęśliwiając tym samym korporacyjnych sponsorów naszych republikańskich „regresistów”.

Po drugie, wysokie bezrobocie napędza hossę na Wall Street. To dlatego, że FED skupuje obligacje długoterminowe tak długo, jak długo bezrobocie pozostaje na wysokim poziomie. To z kolei obniża rentowność obligacji i tym samym ściąga inwestorów na rynek akcji – co sprzyja wzrostowi płac prezesów i prowizjom maklerów, uszczęśliwiając tym samym korporacyjnych sponsorów naszych „regresistów”.

Po trzecie, wysokie bezrobocie utrzymuje większość Amerykanów w ekonomicznym lęku i finansowej niepewności. A to każde im wierzyć w kłamstwa republikanów – że ich największym zmartwieniem powinno być to, że „wielki rząd” opodatkuje ich skromne dochody i majątki, a potem rozdaje „niezasługującym na to” mniejszościom; że powinni wspierać niskie podatki dla korporacji i zamożnych „twórców miejsc pracy”; i że nowi imigranci zagrażają ich miejscom pracy.

Ważne jest, żeby Obama i demokraci zobaczyli tę cyniczną strategię taką, jaka jest, i pomogli to dostrzec reszcie Ameryki. I żeby przeciwstawili jej trzy podstawowe prawdy.

Po pierwsze, prawdziwymi twórcami miejsc pracy są konsumenci i jeśli zwykli ludzie nie będą mieli pracy i dobrych zarobków, to gospodarka nie ma szans na szybkie ożywienie.

Po drugie, bogaci mieliby się dużo lepiej, mając mniejszy udział w szybko rosnącej gospodarce, niż teraz, kiedy mają ogromny udział w gospodarce, która ledwo dyszy.

Po trzecie, oznacza to, że każdy zyskałby na wyższych podatkach dla zamożnych, które finansowałyby publiczne inwestycje w drogi, mosty, transport publiczny, lepsze szkoły, dostępną edukację wyższą i ochronę zdrowia – a wszystko to po kolei wspiera klasę średnią i ubogich, do tego tworząc więcej dobrych miejsc pracy.

 

Przełożył Michał Sutowski

Tekst pochodzi ze strony  http://robertreich.org

Robert Reich – profesor polityki społecznej na Uniwersytecie w Berkeley, były sekretarz pracy w administracji Billa Clintona, magazyn „Time” uznał go za jednego z dziesięciu najskuteczniejszych członków amerykańskiego rządu w ostatnim stuleciu.

 

Bio

Robert Reich

| Amerykański polityk i ekonomista
Profesor polityki społecznej na Uniwersytecie w Berkeley, były sekretarz pracy w administracji Billa Clintona. Magazyn „Time” uznał go za jednego z dziesięciu najskuteczniejszych członków amerykańskiego rządu w ostatnim stuleciu.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.