Świat

Irlandki ludźmi!

referendum-irlandia

Irlandia dołącza do krajów, w których człowieczeństwo kobiet – a zatem także to, że przynależy im pełnia praw człowieka – nie ulega już wątpliwości.

Trwało to długo, bo Irlandia to kraj, tak jak Polska, zdominowany przez wpływy Kościoła katolickiego, który od wieków bezwzględnie lansuje tezę o podległości i nieodpowiedzialności kobiet oraz o ich szczególnej predyspozycji do bezpłatnych prac domowych. Wprowadzona w 1983 roku (notabene również w wyniku referendum) do irlandzkiej konstytucji ósma poprawka o równości praw matki i płodu właściwie całkowicie zdelegalizowała aborcję, a choć ciąża teoretycznie mogła być przerwana w wypadku bezpośredniego zagrożenia życia kobiety, obawiający się konsekwencji lekarze nie zawsze decydowali się na ratujący życie zabieg. Irlandki i Irlandczycy powiedzieli w końcu dość krzywdzeniu połowy społeczeństwa w imię narzucania wszystkim wierzeń religijnych męskiego klubu z kwaterą główną w Watykanie.

W referendum w sprawie wykreślenia z konstytucji poprawki o tym, że życie embrionu czy płodu waży tyle co życie matki, wzięło udział 64 proc. obywateli i obywatelek i 66,4 proc. z nich żądało usunięcia dyskryminacji kobiet z głównego irlandzkiego aktu prawnego. Pozytywna mobilizacja społeczna wokół tego głosowania miała rzadko spotykany wymiar. Żeby wziąć udział w referendum Irlandki i Irlandczycy mieszkający za granicą zjeżdżali do kraju dosłownie z całego świata, w tym z miejsc tak oddalonych od kraju koniczyny jak Japonia czy Australia. Powstał nawet specjalny hashtag #hometovote.

„Trzydzieści sześć godzin drogi do domu, ale będę”. „Pożyczyłam pieniądze na bilet lotniczy, bo muszę z wami być”. „Mój kochany syn napisał mi, że nie odpuści tego – wydaje na powrót pieniądze, które dostał na urodziny!”. Tego rodzaju posty wraz ze zdjęciami uśmiechniętych ludzi pod samolotami, z paszportami i biletami w rękach zalały internet. Na lotnisku w Dublinie na powracających czekali ludzie z wielkimi kolorowymi transparentami z podziękowaniem za ten wysiłek. Mobilizacja wewnątrz kraju także przybierała widowiskowe formy – koszulki i torby z hasłami namawiającymi do wsparcia kobiet były widoczne wszędzie.

Była to walka nie tylko o etyczny ład prawny, ale przede wszystkim o życie, zdrowie i godność kobiet. Irlandczycy nie mieli co do tego wątpliwości, bo historie o umieraniu kobiet, którym lekarze nie udzielili pomocy w imię dobra płodu, zbyt często bulwersowały opinię publiczną. Do tego faktu odniósł się po ogłoszeniu wyniku referendum premier Leo Varadkar: „Nigdy więcej lekarzy mówiących swoim pacjentkom, że nic nie można dla nich zrobić w ich własnym kraju, nigdy więcej samotnych podróży przez Morze Irlandzkie, nigdy więcej piętna, gdy zostanie uchylona zasłona tajemnicy!” Varadkar mówił też o konieczności ufania kobietom i o swoim przekonaniu o tym, że podejmują odpowiedzialne wybory.

Co jest irytującego w byciu w ciąży❓ Nasze przyjaciółki i przyjaciele z Amnesty International-Ireland zapytali o to Irlandki. Już 25 maja Irlandia🇨🇮️ zadecyduje w referendum czy odejść od prawie całkowitego zakazu aborcji. My mówimy TAK❗ Restrykcyjne prawo aborcyjne zagraża wszystkim kobietom w ciąży. https://amnesty.org.pl/irlandia-o-krok-od-historycznego-referendum-o-aborcji/UDOSTĘPNIJ❗ #repealthe8th #itstime #voteyes

Opublikowany przez Amnesty International Polska 21 maja 2018

Te deklaracje premiera są kluczowe, bo referendum to tylko wstęp do zmian prawnych, które musi przeprowadzić rząd. Już przygotowana rządowa propozycja brzmi bardzo dobrze, bo po prostu zrównuje prawa Irlandek z prawami wszystkich innych kobiet w Europie, oprócz Polek i Maltanek oczywiście. Przerywanie ciąży ma być legalne do 12. tygodnia, a w wypadku poważnego zagrożenia życia lub zdrowia kobiety albo też śmiertelnego uszkodzenia płodu – do 24. tygodnia.

Decydując się na takie rozwiązanie premier Irlandii nie tylko broni praw człowieka, ale też zwyczajnie rezygnuje z hipokryzji, bo w Irlandii, tak samo jak w Polsce, kobiety dokonują aborcji, kiedy nie chcą mieć dziecka, tylko robią to za granicą lub nielegalnie, narażając życie i zdrowie. Bo barbarzyńskie prawo antyaborcyjne nigdy nie zmniejsza liczby aborcji, ono zwalnia tylko państwo z odpowiedzialności za los kobiet w trudnej sytuacji. Symbolem hipokryzji państwa jest drastyczna różnica między oficjalną a realną liczbą zabiegów (w Polsce to mniej więcej tysiąc do ponad stu tysięcy rocznie). Tę realną liczbę aborcji zmniejsza – co zawsze warto powtarzać – dobra, obowiązkowa edukacja seksualna i łatwo dostępne środki antykoncepcyjne.

W Irlandii zwyciężył humanitaryzm i demokratyczna wiara w równość obywateli i obywatelek wobec prawa. Klub europejskich krajów, w których okrutna doktryna religijna powoduje codzienną krzywdę kobiet i dzieci – ubezwłasnowalnianych, bitych i wykorzystywanych seksualnie w imię tradycji – skurczył się prawie do zera. Została w nim tylko Polska i Malta.

Barbarzyńskie prawo antyaborcyjne nigdy nie zmniejsza liczby aborcji, ono zwalnia tylko państwo z odpowiedzialności za los kobiet w trudnej sytuacji.

Jednak wygląda na to, że zła sława tego klubu i panujące w nim pustki nie przeszkadzają mizoginicznej ekipie „dobrej zmiany” w rozkręcaniu polowania na kobiety i patriarchalnego karnawału tradycyjnej przemocy. W Sejmie lądują kolejne fundamentalistyczne pomysły na zaostrzenie niehumanitarnego prawa antyaborcyjnego. Szpitale odmawiają kobietom dostępu do legalnych zabiegów. Prokuratura ściga kobiety za wymianę informacji i porad dotyczących aborcji. Państwo odbiera dotacje organizacjom wspierającym ofiary przemocy domowej. Celnicy zatrzymują na granicy paczki z tabletkami, które mogą pomóc przerwać niechcianą ciążę. Po ulicach miast jeżdżą, łamiąc prawo w biały dzień, oblepione plakatami aborcyjnymi auta fundamentalistów przy pozorowanej bezradności policji. Program szkolnego przygotowania do życia w rodzinie stał się wykładnią ultrakatolickiej, przeczącej nauce i etyce, doktryny wiary. Księża w większości bez konsekwencji molestują dzieci, a ministra rodziny szykuje właśnie zmiany prawne, które zmuszą gminy do zwracania dzieci, które trafiły do rodzin zastępczych, rodzinom biologicznym, także tym, w których je bito, wykorzystywano seksualnie i zaniedbywano. Piekło kobiet i dzieci rozwija się w najlepsze.

Sekielski: Księża wykorzystują seksualnie dzieci. Ludzie to wiedzą, a mimo tego milczą. Dlaczego?

Co gorsza, wygląda na to, że większości społeczeństwa to nie przeszkadza. Przyzwyczajeni od wieków do omijania systemu – bo państwo to zaborcy, ruscy lub jacyś inni „oni”, a nie my – Polacy „radzą sobie”. A zwłaszcza ci, którzy mają pieniądze. I to bez względu na deklarowane poglądy. Z badań CBOS wynika, że ciążę przerwała w życiu co czwarta Polka i że więcej przerywających jest wśród konserwatystek. W najgorszej sytuacji są te, które nie mają pieniędzy, rodziny, wsparcia, wykształcenia, ale one nie mają też głosu, więc nie psują rządzącym fundamentalistom ani liberalnej klasie średniej nastroju przy grillu.

Ruchy kobiece to najbardziej zmobilizowana część społeczeństwa. Czarne Protesty wyprowadzają na ulice miast i miasteczek więcej ludzi niż jakiekolwiek inne. Ale te sto czy dwieście tysięcy oburzonych to wciąż dramatycznie mało, o wiele za mało, żeby uratować polskie kobiety i dzieci przed fundamentalistycznym horrorem. Nie wiem co się jeszcze musi zdarzyć, żeby Polki i Polacy przestali uznawać, że hipokryzja publicznie deklarowanych poglądów oraz umiejętne lawirowanie w razie kłopotów, to jedyna możliwa relacja z państwem. Mam nadzieję, że trwająca od dwóch lat solidarnościowa mobilizacja wielu polskich kobiet i mężczyzn jest zaraźliwa. Udział tych zaktywizowanych w zbliżających się wyborach samorządowych z pewnością będzie istotnym miernikiem jakości tego zaangażowania.

W każdym razie argument, że w kraju zdominowanym przez umocowany politycznie Kościół katolicki pewnych rzeczy – jak uznanie człowieczeństwa kobiet – nie da się przewalczyć, właśnie padł. Irlandia pokazała nam jak to się robi. Reszta zależy od nas.

Czarny Piątek jako pożegnanie z Kościołem

Bio

Agata Diduszko-Zyglewska

| Publicystka Krytyki Politycznej
Dziennikarka, animatorka kultury, aktywistka miejska; współautorka dokumentu „Miasto kultury i obywateli. Program rozwoju kultury w Warszawie do roku 2020”; absolwentka Instytutu Anglistyki UW oraz Akademii Praktyk Teatralnych w Gardzienicach; studiowała też w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW oraz Instytucie Sztuki PAN.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.