Świat

Czy Arabowie to urodzeni terroryści? [rozmowa]

Współczesna islamofobia przypomina europejski antysemityzm z XX wieku: wtedy też mówiono o spisku, infiltracji, o tym, że oni są wszędzie i niszczą zdrowe społeczeństwo.

Dawid Krawczyk: Pamiętasz swoją reakcję na wieść o atakach w Paryżu z 13 listopada?

Arun Kundnani: Smutek. I strach. Smutek ze względu na ofiary tych ataków. Strach spowodowany myślą, że w Europie znowu zacznie się islamofobiczna i antyimigrancka nagonka ze strony skrajnej prawicy. I jeszcze ta reakcja na zamachy w mediach społecznościowych. Coś mnie irytowało w tym, jak nagle Facebook zaświecił mi się w niebiesko-biało-czerwonych barwach, a chwilę później Amazon i inne strony. Miałem wrażenie, że to zaburza naturalny proces przeżywania żałoby i smutku. To wszystko stało się nagle spektaklem na temat zachodniej krzywdy. Zacząłem rozmyślać więc o tym spektaklu, a nie tylko o samych atakach.

A jakie reakcje przeważały w Stanach?

Zamachy w Paryżu komentowano tak, jakby wydarzyły się tutaj.

Co masz na myśli?

Zgodnie z opowieścią amerykańskich konserwatystów o terroryzmie to, co się dzieje w Europie, jest ostrzeżeniem przed tym, co może się niedługo zdarzyć w Stanach. Dlatego Amerykanie tak bardzo emocjonowali się paryskimi zamachami. Atak na redakcję „Charlie Hebdo” w styczniu wywołał podobne reakcje. Moi studenci przez kilka tygodni nie chcieli rozmawiać o niczym innym, gazety pisały cały czas o Paryżu. Innym miejscom na świecie jakoś nie poświęcamy tyle uwagi, kiedy dochodzi w nich do zamachów. Tylko Europie, a zwłaszcza Francji.

Dlaczego akurat Francji?

Tutaj często przywołuje się przykład Francji, czasem też Anglii, jako krajów, które „wpuściły zbyt dużo muzułmanów”. Po atakach można było usłyszeć, że tak właśnie skończy Ameryka, jeśli nie podejmie zdecydowanych kroków przeciwko imigrantom. Po zamachu na „Charlie Hebdo” nawet poważne gazety – i mam na myśli tutaj New York Times – publikowały teksty z informacją, że atak miał miejsce we Francji, gdzie mieszka 12% muzułmanów. Tak jakby był jakiś związek z liczbą muzułmanów a atakami terrorystycznymi.

Kwiaty i maskotki w miejscu zamachu terrorystycznego w Paryżu / fot. EP audiovisual services

Kto stara się zbić na tym największy kapitał polityczny?

Dwóch liderów wyścigu o republikańską nominację w wyborach prezydenckich uczyniło islamofobię trzonem swoich kampanii – Ben Carson i Donald Trump. Opowiadają rzeczy, które jeszcze dwa, trzy lata temu nie padłyby z ust republikańskich kandydatów na prezydenta. Kilka miesięcy temu usłyszeliśmy z ust Carsona, że nie wyobraża sobie, żeby w jego rządzie pracował jakiś muzułmanin. Chyba że zostałby poddany specjalnej weryfikacji. Teorie spiskowe, że w amerykańskim rządzie działają zakonspirowani agenci, którzy pracują nad ustanowieniem tu szariatu, to była długo główna antyislamska narracja. Trump mówił mniej więcej to samo, dokładając jeszcze swoje o tym, że meczety trzeba poddać nadzorowi, bo radykalizują młodych muzułmanów. Tylko – co ważne – jeszcze przed listopadowymi zamachami w Paryżu język Carsona i Trumpa przez długi czas utrzymywał się w tym rejestrze biurokratycznych zmian. Nikt z nich nie mówił wprost: „Wszyscy muzułmanie są źli” albo „islam to niebezpieczna religia”. Po 13 listopada zaczęło się to zmieniać. Carson wpadł na pomysł wprowadzenia specjalnych kart identyfikacyjnych dla wszystkich muzułmanów. Trumpowi spodobała się ta wizja i wyszedł z propozycją, żeby przed muzułmanami zamknąć granice.

A Bernie Sanders i Hillary Clinton? Co się dzieje po stronie demokratów?

Muszę powiedzieć, że Bernie zrobił już chyba wszystko, co mógł, żeby potępić wszelkie przejawy islamofobii. A Hillary? Daje odpowiedź typową dla mainstreamu Partii Demokratycznej: „Mamy wszystko pod kontrolą. Nie ma sensu stwarzać problemów, które posłużą ekstremistom za amunicję”. Widzisz, to jest bardzo pragmatyczne podejście. Tutaj problemem nie jest rasizm tych islamofobicznych haseł, tylko fakt, że ostatecznie pomagają one naszym wrogom. Clinton nie rozumie, albo nie chce zrozumieć, że to, co opowiadają Carson i Trump, nie jest w zasadzie niczym nowym w amerykańskiej polityce. Bo co oni w istocie mówią? Że jest taki problem jak islamski ekstremizm i Ameryka nie robi wystarczająco dużo w walce z nim. Dokładnie to słyszmy od lat zarówno od demokratów, jak i republikanów. Tak więc w tej sprawie między Hillary Clinton a Donaldem Trumpem nie ma aż tak dużej różnicy, jak mógłbyś się spodziewać.

Kandydaci na kandydatów na prezydenta to nie są jedyni gracze, którzy chcą wykorzystać zamachy w Paryżu. Szef FBI, James Comey, już kilka dni po atakach 13 listopada ogłosił, że odpowiedzialność za nie ponosi… Edward Snowden.

Tak, chodzi o szyfrowanie wiadomości. W Stanach trwa właśnie debata na temat inwigilacji. FBI i NSA próbują wykorzystać ataki z Paryża jako ostateczny dowód na to, że muszą mieć możliwość wglądu w szyfrowane wiadomości. Tylko że nie wiemy, czy zamachowcy komunikowali się ze sobą tą metodą. Ale nie na tym powinniśmy się skupiać w dyskusji o inwigilacji.

Tylko na czym?

Wiesz, jak się inwigiluje muzułmańskich studentów i wspólnoty? Wcale nie robi się tego jedynie przez urządzenia elektroniczne, tylko instaluje w tych społecznościach informatorów. A to jest chyba najbardziej przerażająca forma nadzoru, bo zmienia to, jak ludzie się zachowują. Z czasem zadają sobie pytanie, komu naprawdę mogą ufać, i w rozmowach unikają na przykład tematów politycznych.

Czy zamachy w Paryżu rozpoczęły jakąś nową erę w wojnie z terroryzmem w Stanach i w Europie? Pierwsza reakcja Hollande’a była bardzo mocna: wojna, odpowiedź militarna, stan wyjątkowy – który zresztą trwa do dziś.

Mnie nie zaskoczyły te słowa. W gruncie rzeczy to jest teraz standardowa odpowiedź.

Ale nie zawsze głowy państw ogłaszają, że są w stanie wojny.

Może nie zawsze mówią to wprost, ale logika wypowiedzi Hollande’a wpisuje się idealnie w to, co słyszeliśmy krótko po 11 września i przy każdym następnym ataku – czyli: reguły gry się zmieniają, dlatego musimy wprowadzić stan wyjątkowy i odpowiedzieć militarnie. Dokładnie tak samo zareagował Blair po zamachach w Londynie z 7 lipca.

Kwiaty i maskotki w miejscu zamachu terrorystycznego w Paryżu / fot. EP audiovisual services

I reakcja ludzi – ta histeria, którą zobaczyłem po przylocie do Stanów – też jest standardowa? Stojąc w kolejce na lotnisku, oglądałem, jak Anderson Cooper relacjonuje dla CNN sytuację w Brukseli. To były obrazki jak z wojny domowej. Kiedy na ekranie pojawił się wielki napis, że kilku zamachowców z Paryża najpewniej dostało się do Stanów, to ludzie naprawdę zaczęli się bać.

Bo fakt, że odpowiedź rządów jest standardowa, nie znaczy wcale, że nie ma paniki, która bezpośrednio przekłada się na wzrost islamofobii.

Media w Stanach i Anglii donoszą, że jest więcej ataków na meczety i kobiety w hidżabach.

Uważam jednak, że wchodzenie w narrację, że po Paryżu zaczęła się jakaś nowa era, to po prostu błąd. Wojna z terroryzmem trwa już ponad czternaście lat. Wiemy dobrze, że założenia, które legły u jej podstaw, są nieprawdziwe. Więcej osób ginie w atakach niż przed czternastoma laty, więc nawet pod kątem skuteczności jest to porażka. Ale nikt nie powie: „Chwila; zastanówmy się, co poszło nie tak, co powinniśmy zmienić”. Ciągle tylko słyszę, że po prostu za mało przykręcamy śrubę. Przypomina mi to próby obrony Związku Radzieckiego w latach 70. i 80. Wtedy też można było usłyszeć, że wszystkie problemy się skończą, jeśli tylko komunizm zaaplikuje się wystarczająco silnie i zdecydowanie. To jest myślenie magiczne po prostu, pozbawione refleksji. Naprawdę chciałbym, żebyśmy mieli do czynienia z jakąś nową erą po zamachach w Paryżu. Ale nie mamy.

Powiedziałeś, że założenia wojny z terroryzmem okazały się nieprawdziwe. Jakie to są właściwie założenia?

Dość istotnym elementem układanki są tak zwane modele radykalizacji, opracowane przez think tanki i uczelnie powiązane z aparatem bezpieczeństwa narodowego i agencjami wywiadowczymi. Te modele mają wyjaśniać, jak dochodzi do tego, że ktoś zostaje terrorystą. Zazwyczaj opierają się na dwóch podstawowych założeniach. Po pierwsze, żyjemy w czasach terroryzmu motywowanego religijnie, który diametralnie różni się od poprzednich form przemocy politycznej. Zatem czegokolwiek dowiedzieliśmy o terroryzmie w XX wieku, jest to teraz praktycznie bezużyteczne. Drugie założenie sprowadza się do tego, że terrorystą zostaje się ze względu na określoną ideologią religijną mającą swe źródła w islamie.

A co z terrorystami podkładającymi bomby pod kliniki aborcyjne albo neonazistowskimi bojówkami?

Wśród badań, które analizowałem, znalazłem może dwa, których autorzy porównywali skrajną prawicę z islamistami. Przytłaczająca większość artykułów skupia się wyłącznie na islamskim terroryzmie. Metodologia tych badań jest skopana do tego stopnia, że nie uwzględnia nawet porównania islamistów niebędących terrorystami z tymi islamistami, którzy angażują się w terroryzm. Ale co z tego? Aparat inwigilacji dostaje jasne wytyczne, czego ma szukać, więc szuka. A religijnej ideologii szukać jest dużo łatwiej niż prawdziwych terrorystów.

I jak, zgodnie z tą narracją, przebiega proces stawania się terrorystą?

Najciekawsze teorie radykalizacji skupiają się właśnie na relacji między ideologią i psychiką. Twierdzą, że można wskazać proces psychiczny, który prowadzi do radykalizacji. I tę radykalizację podobno łatwo zaobserwować po tym, że zaczynasz chodzić częściej do meczetu, zapuściłeś brodę i kupiłeś „islamskie ubrania”.

Według ciebie to nie jest takie proste?

Nie jest. W tym, co mówią zamachowcy, którzy przeprowadzają ataki w Europie, takie jak chociażby ten ostatni w Paryżu, nie znajdziemy śladów jakiejś spójnej ideologii. Zamachowcy w ogromnej większości nie wyznają żadnej ideologii, tylko wierzą w bardzo prostą opowieść o tym, że Zachód jest w stanie wojny z islamem, a świat podzielony jest na dwa obozy, więc do któregoś trzeba dołączyć. Prowadziłem badania na terenie Stanów i Wielkiej Brytanii. Z rozmów, które nagrałem, jasno wynika, że bardzo często jedyna antyimperialistyczna narracja, jaką znają młodzi ludzie, to właśnie ta dżihadystyczna.

Lewica wycofała się na uniwersytety i przedmieścia, odpuściła kolorową klasę robotniczą. W efekcie powstała polityczna pustka, którą teraz zapełniają dżihadyści.

Według teorii radykalizacji ekstremizm rozprzestrzenia się jak wirus od jednej osoby do drugiej. Nie znajdziesz w tym sposobie myślenia żadnej refleksji nad rasizmem, biedą. Żeby zrozumieć, dlaczego ktoś decyduje się stosować przemoc polityczną, trzeba najpierw zrozumieć, że przemoc w polityce ma zawsze charakter relacyjny. Nasz rząd przecież też stosuje przemoc polityczną, co ostatecznie prowadzi do radykalizacji.

Parlament Europejski po zamachach na redakcję Charlie Hebdo / fot. EP audiovisual services

Powstanie tzw. Państwa Islamskiego niczego nie zmieniło? Trudno chyba udawać, że uformowanie się PI nie ma nic wspólnego z działaniami amerykańskiej armii w Iraku.

Wcale nie tak trudno. Konserwatyści ciągle twierdzą, że Państwo Islamskie to po prostu kolejna manifestacja tego, czym naprawdę jest islam.

I nie łączą amerykańskiej inwazji na Irak z powstaniem PI?

Raczej nie. Z takim podejściem mamy do czynienia po stronie liberałów zajmujących się polityką zagraniczną. Ale oni też nie mówią po prostu: „stworzyliśmy potwora”. Przyjmują, że inwazja na Irak, a raczej sposób jej przeprowadzenia, jest jednym z czynników, które przyczyniły się do powstania PI. Nawet Tony Blair dzisiaj się z tym zgadza. Nie sądzę, żeby ktokolwiek z amerykańskiego establishmentu naprawdę zdawał sobie sprawę ze skali zniszczeń poczynionych w Iraku w 2003 roku – z tego, że zamordowano tam setki tysięcy ludzi, a państwo zrównano z ziemią. Dlatego najczęściej odpowiedź na pytanie o przyczyny powstania Państwa Islamskiego pozostaje ciągle ta sama: formowanie się ekstremistycznych bojówek leży po prostu w naturze Bliskiego Wschodu. Liberałowie dodają tylko, że polityka zagraniczna zachodu ma na to wpływ, ale bynajmniej nie decydujący. Taka po prostu jest logika tego regionu.

A kiedy to się zaczęło? Od kiedy Bliski Wschód postrzegany jest jako wylęgarnia islamskich terrorystów? 11 września jest tutaj kluczową datą?

Nie, to na pewno za późno. Jeśli mielibyśmy skupić się na Stanach, to musielibyśmy szukać początków gdzieś w latach 70., w czasach kryzysu paliwowego. Wtedy proizraelscy lobbyści włożyli trochę pracy w budowanie obrazu Arabów jako nieuleczalnych fanatyków. Benjamin Netanjahu, kiedy został ambasadorem Izraela przy ONZ, zaczął budować infrastrukturę, której celem było przekonanie opinii publicznej, że największym zagrożeniem dla świata jest terroryzm, a islam ma z terroryzmem wiele wspólnego. Fundacja Netanjahu organizowała konferencję za konferencją, żeby promować tego rodzaju idee. W latach 70. Arabowie w Stanach organizowali wsparcie dla Palestyny, amerykański aparat bezpieczeństwa we współpracy z Izraelem traktował ich jak terrorystów. Anti-Defamation League, która powstała, żeby walczyć z antysemityzmem, również brała w tym udział. Informacje zbierane na temat arabskich aktywistów przekazywała do FBI.

Żołnierze na ulicach Brukseli po zamachach w Paryżu / fot. EP audiovisual services

A potem przyszedł 11 września i nakręcił islamofobiczne nastroje jak nigdy wcześniej.

Też nie do końca. Już w latach 90. działała masa organizacji wmawiających ludziom, że muzułmanie to terroryści. Dyskurs po 11 września nie zmienił się jakoś diametralnie – na pewno nie tak bardzo, jak sposób działania służb siłowych. Wiele dyskusji dotyczących bezpieczeństwa zawędrowało w obszar polityki migracyjnej i kontroli granic. W efekcie nie tylko muzułmanie zostali naznaczeni jako podejrzani, ale też inne grupy kojarzone z nieudokumentowaną migracją – na przykład Latynosi.

Chwila, co Latynosi mają wspólnego z islamskim terroryzmem?

W konserwatywnej narracji o zagrożeniu terroryzmem swoje stałe miejsce ma fantazja o tym, że Hezbollah przemyca bojowników do Ameryki przez granicę z Meksykiem. A jak wiemy, tę granicę przekracza nielegalnie sporo ludzi, więc trzeba ją wzmocnić i pilnie jej strzec. Widzisz, jak łatwo można połączyć imigrację z terroryzmem. W ogóle islamofobia nadaje się idealnie, żeby przepchnąć coś, co inaczej by nie przeszło.

Co na przykład?

Rasizm na przykład. Spójrz, że nikt w mainstreamie nie atakuje Obamy za to, że jest czarny, to by właśnie nie przeszło. Ale teksty o tym, że w ukryciu wyznaje islam, wślizgnął się do Białego Domu i stoi na czele muzułmańskiego spisku, który rządzi Ameryką, nie budzą już takiego oburzenia. Wciąż chodzi o rasizm, ale tak zakamuflowany, żeby trudniej było go dostrzec.

Współczesna islamofobia przypomina mi europejski antysemityzm z XX wieku – wtedy też mówiono o spisku, infiltracji, o tym, że oni są wszędzie i niszczą zdrowe społeczeństwo.

A dlaczego to właśnie muzułmanie zajmują miejsce kozłów ofiarnych?

Myślę, że źródłem tego jest narracja zbudowana przez Amerykę we współpracy z Izraelem. Islamofobię masz teraz wszędzie – w Stanach, Polsce, Wielkiej Brytanii, Nigerii, Indiach, Sri Lance, Birmie, Tajlandii, gdzie tylko chcesz. Każdy z tych krajów buduje swoje islamofobiczne narracje w odniesieniu do własnych mitów i historii, ale zawsze w ramie skonstruowanej przez Amerykanów. Bliski Wschód przez ostatnie trzydzieści, czterdzieści lat okazał się regionem najsilniej stawiającym opór amerykańskiemu imperializmowi. W sercu tej walki znalazła się Palestyna. Potrzebowaliśmy jakiegoś ideologicznego wyjaśnienia tego oporu. Współczesne imperia najchętniej sięgają po wyjaśnienie rasowe. Dlatego okazało się, że Arabowie są wrodzonymi fanatykami skłonnymi do przemocy, a ich prymitywne podejście do życia nie pozwala im dostrzec, jak wielkie dobro czynią Stany Zjednoczone. Z czasem ta „natura” Arabów zlała się w jedno z „naturą” muzułmanów i mamy to, co mamy.

***

Arun Kundnani jest wykładowcą na Wydziale Mediów, Kultury i Komunikacji Uniwersytetu Nowojorskiego. Pracował na Uniwersytecie w Lejdzie oraz był stypendystą Open Society. Redaguje czasopismo „ Race and Class” . Jest autorem książek „The End of Tolerance: Racism in 21st Century Britain” oraz „ The Muslims are Coming! Islamophobia, Extremism, and the Domestic War on Terror” .Mieszka w Nowym Jorku.

 

**Dziennik Opinii nr 7/2016 (1157)

Bio

Dawid Krawczyk

| Reporter Krytyki Politycznej
Autor reportaży, wywiadów, analiz i recenzji. Absolwent Filozofii i Filologii angielskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. W Krytyce Politycznej od 2011 roku. Redaktor działu Narkopolityka poświęconego krajowej i międzynarodowej polityce narkotykowej. Publikował między innymi w Magazynie Świątecznym "Gazety Wyborczej" oraz polskiej edycji "Le Monde Diplomatique". Tłumaczenia jego tekstów ukazywały się w językach: angielskim, czeskim, rumuńskim, węgierskim i włoskim.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.