Świat

Chorwacka polityka coraz bardziej przypomina polską i węgierską

Minister kultury tworzy nowy narodowy paradygmat, który zintegruje całą nację. Brzmi znajomo?

Ubiegłoroczne zwycięstwo w wyborach prezydenckich Kolindy Grabar-Kitarović stało się preludium do zwrotu w prawo w późniejszych wyborach parlamentarnych w Chorwacji. Nie była to druzgocząca porażka lewicy, jak stało się to w przypadku polskiego SLD, ale wzmocniła założoną w ’89 przez Franja Tudżmana HDZ – Chorwacką Wspólnotę Demokratyczną. HDZ zaliczała różne fazy swojego ideologicznego nasycenia. Z początku nacjonalistyczno-radykalna, później złagodzona, o europejskiej twarzy, w ostatnim czasie powróciła do wyrazistej polityki narodowej popieranej, między innymi, przez radykalny HDSSB, którego założycielem jest skazany za zbrodnie wojenne Branimir Glavaš, a nominacje kilku ministrów wzbudziły niepokój i stały się powodem wielotysięcznych manifestacji.

Niedawno we francuskim „Le monde” ukazał się tekst pod tytułem En Croatie, le retour des ultranationalistes. Według dziennika, Chorwacja, po Polsce i Węgrzech, ma stać się kolejnym krajem rządzonym przez ultranacjonalistów. Nowy rząd jest jeszcze bardzo świeży, co nie znaczy, że jest zbyt wcześnie, by zacząć się niepokoić.

Wybory parlamentarne w Chorwacji odbyły się na początku listopada 2015 roku, a ich wyniki okazały się bardzo wyrównane. Dwa główne bloki ugrupowań politycznych – Koalicja Patriotyczna i Koalicja Chorwacja Rośnie – osiągnęły bardzo podobne rezultaty. Konserwatyści na czele z Chorwacką Wspólnotą Demokratyczną (HDZ) zdobyli 59 ze 151 mandatów, natomiast centro-lewica pod przewodnictwem Socjaldemokratycznej Partii Chorwacji (SDP) – 56.

Taka sytuacja uniemożliwia utworzenie rządu przez którąkolwiek z rywalizujących koalicji. Dlatego wszystkie oczy zwróciły się w stronę trzeciej siły, którą wyłoniły te wybory – MOST Niezależnych List.

Kiedy zdecyduje się MOST

MOST założony został trzy lata temu w Metkoviciu, chorwackim zagłębiu mandarynek, przez niezależnych burmistrzów małych gmin. Dziś stał się artykulacją politycznej „trzeciej opcji”. Innymi słowy, wcieleniem niezadowolenia z trwającej już dwie dekady dychotomii SDP i HDZ zgodnie z wyborczym sloganem:

„jeżeli było ci dobrze przez ostatnie 20 lat – wiesz na kogo głosować. Jeżeli nie – głosuj na MOST”.

Sama partia, dość niezaangażowana ideologicznie, prezentowała się jako ugrupowanie zorientowane technokratycznie i jeszcze zawczasu zarzekała się, że nie wejdzie do koalicji z żadnym z głównych ugrupowań bez poparcia jej dość ogólnie brzmiących reform: zwiększenia wydajności władz lokalnych i centralnych, ograniczenia biurokracji i klientelizmu czy stworzenia dobrego klimatu dla biznesu. By nie być gołosłownym, lider partii, Božo Petrov, notarialnie poświadczył dokument, w którym dał słowo, że nie wejdzie do koalicji ani z HDZ ani z SDP.

Rozmowy dotyczące utworzenia rządu pomiędzy MOST-em i dwoma koalicjami trwały ponad półtora miesiąca, a MOST przez czas ich trwania nalegał na utworzenie tak zwanego rządu specjalistów, w którego skład mieliby wchodzić przedstawiciele wszystkich frakcji. HDZ i SPD odrzuciły tę propozycję. Pewnego chłodnego poranka ogłoszona została koalicja MOST-u z socjaldemokratami, ale tego samego dnia po południu MOST zmienił zdanie i ostatecznie zdecydował się na współpracę z HDZ. Ten szybki, nieoczekiwany i niejasny zwrot stał się zapowiedzią przyszłych niefortunnych decyzji politycznych.

Sporej części posłów MOST-u ideologicznie zapewne bliżej do prawicy, ale przecież nie takie MOST miał ambicje. I nie po to Božo Petrov chodził do notariusza, by podpisać swoje przyrzeczenie. Partia zdobyła 19 mandatów, ale jeszcze w czasie trwania negocjacji odeszło od niej czterech posłów. Mówi się, że odejść może jeszcze kilkoro, dlatego pod dużym znakiem zapytania stoi dziś przyszłość tej partii w obliczu prawdziwego politycznego kryzysu.

Półtora miesiąca uzgadniania koalicji postulowanego przez MOST „rządu specjalistów” skończyło się na geograficznej metodzie przy doborze nowych ministrów. Połowa ministrów z MOST-u pochodzi z południa Dalmacji, czyli przede wszystkim z okolic Metkovicia, gdzie powstała partia.

Rejestr zdrajców ministra z drewnianej budki

Dużo więcej kontrowersji wzbudziły inne nominacje. Jedną z nich jest nominacja Mija Crnoje na Ministra Obrońców, która trwała rekordowo krótkie dwa dni.

Zaraz po zaprzysiężeniu rządu, gdy HDZ wysłało mediom CV członków nowej ekipy rządzącej, okazało się, że pod adresem ministra Mijo Crnoji, w małym miasteczku niedaleko Zagrzebia, pod numerem 85G stoi jedynie drewniana szopa na zarośniętym kawałku łąki. Dziennikarze potwierdzili, że faktyczne miejsce zamieszkania byłego już ministra znajduje się w stolicy, a za nieruchomość w mniejszym mieście odprowadza po prostu mniejszy podatek. Poza skandalem związanym z miejscem zameldowania, Crnoja został oskarżony o nielegalnie zaciągnięty kredyt i niezgodne z prawem nabycie działki budowlanej.

Dla polskiego czytelnika Ministerstwo Obrońców może brzmieć obco. Nie jest to błąd w druku i nie chodzi o Ministerstwo Obrony. Obrońcy (branitelji ) to weterani wojny z lat 90. w rozpadającej się Jugosławii. Dziś przysługuje im prawo do wcześniejszej i dużo wyższej emerytury. Dzieci branitelji mają pierwszeństwo przy naborze do szkół średnich na studia oraz do akademików, stypendia, bezpłatne podręczniki, pierwszeństwo przy zakupie powierzchni biurowej, prawo do sprowadzenia auta zza granicy bez płacenia cła, ułatwienia przy podjęciu kredytu, itp.

Obrońcy to nie od dziś wpływowa siła polityczna w Chorwacji. Nie jest też tajemnicą, że funkcjonują w nieformalnym przymierzu z HDZ. Reprezentują samozwańczą elitę moralną i stanowią wierzchołek potocznych wobrażeń o wzorze chorwackiego patriotyzmu, a przynajmniej w takim tonie odbył się trwający ponad rok protest obrońców, którzy rozstawili przed ministerstwem namiot. Przez długi czas nie było właściwie wiadomo, jakie są ich żądania, ale z protestami związany był z pewnością dzisiejszy eksminister Mijo Crnoja, który później, w czasie swojej dwudniowej kadencji, zdążył przedstawić swój jedyny pomysł: opublikowania „rejejstru zdrajców”. Pomysł poparł przewodniczący HDZ, odrzucił MOST, a w internecie powstał jego alternatywny,  wirtualny odpowiednik. Wpisało się do niego ponad siedem tysięcy osób, które przyznały się na przykład do tego, że są homoseksualistami, nie jedzą mięsa albo wyjechali z ojczyzny. Ktoś wyznał, że dwadzieścia lat temu narysował sierp i młot na ścianie w Splicie, ktoś tylko lubi Serbów, inny nie umie się przeżegnać, a jeszcze ktoś wychował dzieci w duchu antyfaszyzmu.

Postmodernistyczna dekonstrukcja tożsamości

Jeszcze więcej kontrowersji i falę oburzenia, która doprowadziła do protestów lewicowo-liberalnej opozycji był wybór Zlatka Hasanbegovića na ministra kultury. Nowy minister szybko zdobył tytuł „rewizjonisty”, a jego polityczna działalność w oczach opozycji nie pozostawiła złudzeń: Hasanbegović to były członek Chorwackiego Ruchu Wyzwoleńczego, którego założycielem był Ante Pavelić – faszystowski przywódca Niepodległego Państwa Chorwackiego (NDH) – marionetkowej prowincji III Rzeszy. Później, w latach 90. był w zarządzie radykalnie prawicowej Chorwackiej Czystej Partii Prawa (Hrvatska čista stranka prava), której aprobata dla hitlerowskiej przeszłości również może budzić kontrowersje.

Ideologiczne zastrzeżenia są w tym przypadku bardzo istotne, niemniej równie ważny wydaje się fakt, że Hasanbegović – z wykształcenia historyk – w rzeczywistości nigdy nie miał do czynienia z zarządzaniem instytucjami kulturalnymi ani nawet związku ze światem sztuki.

Zaraz po objęciu stanowiska rozpoczął swoistą wojnę przeciw niedochodowym mediom, które w czasie kadencji SDP otrzymywały państwowe dotacje. Większość tych tytułów to nieprzychylne rządzącej dziś frakcji środowiska liberalne i lewicowe. Natomiast inteligencki HR3 – trzeci kanał chorwackiego radia – oskarżył o „postmodernistyczną neojugosłowiańską dekonstrukcję oraz rozkład narodowej i kulturowej tożsamości Chorwacji”.

Dzisiejszy minister wywoływał kontrowersje również przed objęciem stanowiska. W maju 2015 roku wzbudził sprzeciw Chorwackiego Stowarzyszenia Dziennikarzy swoją wypowiedzią, w której stwierdził, że chorwacka antyfaszystowska partyzantka, która wyzwoliła Jugosławię, nie była istotnym czynnikiem w procesie tworzenia niepodległej Chorwacji, a w przypadku partyzantów trudno jest nawet mówić o tym, że byli to Chorwaci, ale – jak twierdzi – zwolennicy jugosłowiańskiego reżimu komunistycznego.

Przykładów takich wypowiedzi jest więcej, ale wynika z nich, między innymi to, że ramy politycznego sporu o tożsamość narodową coraz częściej będą zawężać się do próby rehabilitacji hitlerowskiego NDH z równoległą, antyjugosłowiańską retoryką.

Dodajmy – dla Zlatka Hasanbegovića obchody masakry Serbów, Żydów i Romów w Jasenovcu to przede wszystkim rehabilitacja reżimu komunistycznego.

Dziś minister antyfaszyzm uważa za banał, a jego uwaga ogniskuje się na „kluczowym zagadnieniu stworzenia nowego narodowego paradygmatu, który miałby zintegrować całą nację”. Ale jak pogodzić dwie główne osie chorwackiej historii – hitleryzm i partyzancki opór socjalistyczny?

Relatywizacja i rewizjonizm

Jeszcze w czasie trwania kadencji socjaldemokratycznej SDP, pozycja partii w sondażach zaczęła słabnąć. W reakcji na malejące poparcie, lider socjaldemokracji Zoran Milanović wykonał kilka patriotycznych gestów dla pozyskania prawicowego elektoratu: lotnisko w Zagrzebiu ogłosił imieniem Franja Tudżmana, a w dwudziestą rocznicę akcji Burza, w wyniku której w ‘95 z Chorwacji wypędzono setki tysięcy Serbów, zorganizował paradę wojskową.

Mimo to fatalna sytuacja ekonomiczna kraju i tak zwany kryzys emigrancki, umocnił pozycję radykalnych głosów i rosnące poparcie dla chorwackiej prawicy w ostatnich miesiącach. Potwierdziły to wybory prezydenckie ze stycznia 2015 roku, które wygrała kandydatka opozycyjnej HDZ – Kolinda Grabar Kitarović.

Niedawno Kolinda Grabar-Kitarović odbyła podróż do Polski. „Kolinda” kibicowała swojej drużynie na mistrzostwach Europy w piłce ręcznej oraz pojawiła się z oficjalną wizytą na obchodach 71. rocznicy wyzwolenia Auschwitz. Chorwaccy komentatorzy szybko zwrócili uwagę na wypowiedź prezydent, w której, jak przekonują, historycznie wypreparowała okres drugiej wojny światowej z ciągłości przyczynowo-skutkowej faszystowskiej ideologii. Grabar-Kitarović miała „przeskoczyć” masakry i obozy koncentracyjne urządzone przez katolicki faszyzm NDH w Jasenovcu czy Starej Gradiszce, by wyrazić żal nad zbrodniami, które wydarzy się w „Vukovarze, Srebrenicy, Omarsce i Ruandzie”. Innymi słowy: zbrodnia w Ruandzie i mordy dokonane na Chorwatach przez Serbów w czasie ostatniej wojny domowej. Uzupełniając, Ruanda w tym ciągu „pełni dwie funkcje: żeby nie było, że tylko Serbowie są winni całemu złu po Auschwitz” oraz by znalazł się jakiś adekwatny ekwiwalent zbrodni dla tych pominiętych – prawdopodobnie z okresu faszystowskiej Chorwacji. A może po prostu pani prezydent jest przekonana, podobnie jak nowy minister kultury, że druga wojna światowa to „skomplikowana historyczna rzeczywistość” i z Chorwackiej perspektywy trudno ją ocenić jednoznacznie.

Chorwacka sytuacja polityczna układa się więc relatywnie podobnie do polskiej. Trzeba jednak mieć na uwadze dość istotny fakt, że przewaga prawicy to jedynie kilka tysięcy głosów, a MOST Niezależnych List – koalicyjny partner HDZ – wydaje się być mało zainteresowany ideologiczną ofensywą. Z drugiej strony, dużo łatwiej będzie im porozumieć się na przykład w kwestii częściowej prywatyzacji służby zdrowia, która została już zapowiedziana.

***

Marek Matyjankabałkanista. Studiował w Poznaniu, Skopju i Zagrzebiu.

**Dziennik Opinii nr 42/2016 (1192)

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.