Świat

Buras: Gra prawicy na rozluźnienie Unii jest sprzeczna z interesem Polski

Czy wyjście z UE faktycznie może przywrócić komuś poczucie kontroli?

Cezary Michalski: Brexit, Trump, Francja, Turcja, Polska… Jakie są w dłuższej perspektywie możliwe scenariusze reakcji Unii Europejskiej na całą serię kryzysów uderzających w jedność liberalno-demokratycznego Zachodu? Kiedyś mówiliśmy w Polsce, że najgorsze, co nas może spotkać, to „Unia dwóch prędkości”.– głębsza integracja w strefie euro i spowolnienie integracji albo wręcz jej cofnięcie w reszcie Unii, co Polskę by od „rdzenia UE” faktycznie oddalało. Dzisiaj „Unia dwóch prędkości” wydaje się scenariuszem najbardziej optymistycznym, bo liderzy strefy euro muszą reagować na Brexit i inne kryzysy, a na Wielką Brytanię czy Polskę nie bardzo już mają po co czekać.

Piotr Buras: Myślę, że najbardziej prawdopodobnym scenariuszem na najbliższe miesiące czy nawet lata nie jest dokończenie ścisłej integracji strefy euro i powstanie naprawdę silnego europejskiego jądra, ale raczej scenariusz, w którym UE z mniejszym lub większym powodzeniem spróbuje rozwiązać kluczowe problemy, z którymi się dziś boryka – chodzi o zapanowanie nad procesami gospodarczymi w strefie euro i znaczące złagodzenie kryzysu imigracyjnego. Natomiast, jeśli dziś słuchamy, czego rząd polski by chciał w polityce europejskiej, to nie jest łatwo wychwycić jakieś konkrety, ale ogólnie można dojść do wniosku, że rząd chciałby bardziej elastycznej i rozluźnionej Unii, która pozwala każdemu krajowi na taki rodzaj integracji, jakiego ten sobie życzy…

Słynna „karta dań”, którą wielu odpowiedzialnych liderów Unii uważało za przepis na jej rozpad.

Mnie zdumiewa, że nasz rząd ma do tego scenariusza stosunek pozytywny, podczas gdy w rzeczywistości jest to scenariusz najbardziej ryzykowny dla pozycji i interesów Polski.

Ale właściwie dlaczego? Z punktu widzenia obecnego obozu władzy konsekwencje wydają się jednoznacznie pozytywne. Założenie jest takie, że pieniądze wciąż będą płynąć, może w przyszłości mniejsze, ale za to w tym scenariuszu można rozluźnić „gorset unijny”, na który zawsze narzekał Kaczyński, i w wymiarze politycznym czy ustrojowym robić w Polsce wszystko lub prawie wszystko. Instytucje unijne słabsze, związane walką o własne przeżycie, nie będą pełniły żadnej roli dyscyplinującej. Pierwsza odpowiedź Kaczyńskiego na Brexit to przepchnięcie przez parlament ustawy całkowicie już niszczącej niezawisłość Trybunału Konstytucyjnego. Żyć nie umierać, gdzie tu ryzyko?

Ryzyko bierze się stąd, że taka Unia będzie zdecydowanie mniej solidarna. Jeśli świadomie decydujemy się, szczególnie w Polsce, na porzucenie jednego z aksjomatów integracji europejskiej, „ever closer Union”, gdzie właśnie silne instytucje wspólnotowe UE miały uzgadniać interesy narodowe na naszym kontynencie i wykraczać poza ich wąski horyzont, to rodzi się pytanie, jaka będzie motywacja poszczególnych krajów, żeby okazywać solidarność z innymi? Jeśli Polska chce się integrować w sferze polityki energetycznej, Niemcy w sferze polityki walutowej, jeśli każdy ma swoje priorytety, ale nie wiadomo, co mamy ze sobą wspólnego, dlaczego jedni mają ustępować innym, szczególnie jeśli w danym obszarze są silniejsi?

Instytucje wspólnotowe były najlepszym sojusznikiem Polski w polityce europejskiej, przynajmniej do czasu rozpoczęcia narodowej rewolucji Kaczyńskiego. Ale jednocześnie nawet w tym lepszym dla nas okresie jednak powstawał Nord Stream, a kolejne polskie rządy narzekały na to, że inne kraje UE nie zawsze podzielają naszą wizję polityki wobec Moskwy, także po wybuchu kryzysu ukraińskiego.

Jednak bez tego unijnego, wspólnotowego gorsetu w każdym z tych obszarów sytuacja wyglądałaby dla Polski tylko gorzej. Polityka wschodnia Komisji Europejskiej czy Parlamentu Europejskiego jest bliższa polityce wschodniej Polski, niż byłaby polityka samego Londynu, Berlina czy Paryża. Tak samo jest praktycznie w każdym z ważnych dla Polski obszarów polityki europejskiej. Druga rzecz to jest brak funkcjonalności takiej rozluźnionej Unii. Wyobraźmy sobie, że my chcemy się integrować w polityce energetycznej i popierają nas w tym Portugalia czy Belgia. No i co my możemy zrobić?

Po wyjściu Wielkiej Brytanii, przy zmienionych priorytetach nie tylko Niemiec czy Francji, ale nawet Słowacji czy Węgier, faktycznie niewiele.

No właśnie. Nasze priorytety w Unii nie mają szans na realizację w Unii rozluźnionej, szukającej tylko doraźnych koalicji narodowych, z rozbitymi lub osłabionymi instytucjami KE czy PE. Wracamy wówczas do modelu, w którym siłą rzeczy Komisja Europejska będzie odgrywać znacznie mniejszą rolę niż doraźne porozumienia dwóch czy trzech najsilniejszych państw. Polska na kształt takich porozumień „koncertu mocarstw” będzie miała wpływ marginalny.

Ale za to Komisja czy Parlament nie będą się już wtrącały Kaczyńskiemu do rządzenia i zmian ustrojowych. Ten doraźny zysk w polityce wewnętrznej jest z jego punktu widzenia ważniejszy niż jakaś długofalowa geopolityczna pozycja Polski.

Paradoks polega na tym, że ten kierunek być może odpowiada wizji Kaczyńskiego, ale jest zasadniczo sprzeczny z polskimi interesami. To zresztą tylko jeden z możliwych europejskich scenariuszy – nie gwałtowna, ale powolna dezintegracja Unii w różnych kierunkach, gdzie jedne państwa w różnych konstelacjach chcą współpracować, a w innych nie są w stanie. Na dziś nie mamy nawet zgody co do tego, w jakich kierunkach integrować unię walutową, czyli ten potencjalny rdzeń Europy.

Chwieje się Francja, jedno z państw tworzących tradycyjną parę liderów strefy euro.

Dopóki Francja jest taka słaba politycznie i gospodarczo jak dzisiaj, nie będzie zgody między Francją i Niemcami w kwestii konkretnych działań na rzecz głębszej integracji w strefie euro. Mamy co prawda tę niedawną wspólną deklarację dwóch ministrów spraw zagranicznych, ale to jest bardziej dokument francuskich i niemieckich socjaldemokratów…

We Francji rządzących, ale coraz słabszych, szykujących się już raczej do oddania władzy. W Niemczech będących słabszym koalicyjnym partnerem chadecji.

W tej sytuacji powrót Francji i Niemiec do federalistycznego myślenia bliskiego tradycyjnemu centrum polityki francuskiej jest dziś mało prawdopodobny. Tej czy innej władzy we Francji, osłabionej przez kryzys polityczny i gospodarczy, trudno się będzie zgodzić na niektóre warunki i priorytety niemieckie.

Francja pod rządami Marine Le Pen czy nowego Sarkozy’ego próbującego przechwycić eurosceptyczną i skrajnie prawicową polityczną energię napędzającą dziś Front Narodowy będzie jeszcze bardziej destabilizować UE. A Niemcy i Benelux? Niemcy jako jedyni przetrwali kryzys zwycięsko. Spuścizna Elmara Broka, zdecydowanego zwolennika rozszerzenia Unii na Wschód, wciąż jest bardzo widoczna w europejskiej polityce Berlina. Niemcy chcą utrzymać bliskie stosunki nawet z Węgrami Orbana czy Polską Kaczyńskiego, bo to jest ich bliskie sąsiedztwo, którego destabilizacja może zagrozić ich bezpieczeństwu, ale także to obszar ich inwestycji i zaangażowania gospodarczego. Strefy euro też nie zostawią, bo oni się dzięki niej gospodarczo odbudowali po zjednoczeniu państwa.

Niemcy Merkel nie mają teraz jakiegoś wyraźnego pomysłu, co robić dalej. Pierwsze sygnały idące od niej i z ośrodka kanclerskiego pokazały, że będą postępować bardzo ostrożnie. Zarówno jeśli chodzi o proces wychodzenia Wielkiej Brytanii z UE, jak też jeśli chodzi o „Unię dwóch prędkości”.

Merkel wygłaszała najbardziej pojednawcze deklaracje wobec Wielkiej Brytanii.

Ona i związani z tą linią politycy niemieccy będą się starali robić wszystko, żeby Brexit przebiegał w uporządkowany sposób, nie za szybko, dając Anglikom czas do namysłu, a tymczasem budując jakąś alternatywną formułę bliskości Wielkiej Brytanii z UE. Także co do bliższej integracji w UE czy choćby strefie euro nie będzie jakichś szybkich i zdecydowanych decyzji. Sygnały idące od Schulza nie są reprezentatywne dla rządu niemieckiego. Tu nie ma wspólnego frontu pomiędzy niemiecką chadecją a socjaldemokracją.

Kolejno wykreśla pan z listy wszystkie podmioty, które mogłyby przejąć inicjatywę i zaproponować scenariusz obrony bardziej zintegrowanej UE.

Ostatecznie to Niemcy będą stabilizować sytuację w Europie. Choć właśnie jedynie na poziomie status quo. Wiedzą, że jeśli nie uda się rozwiązać problemów strefy euro i kryzysu imigracyjnego, wszystko to powróci jak bumerang, także do wewnętrznej polityki niemieckiej. A poza tym niemieckim centrum politycznym, które moim zdaniem zachowuje się dość racjonalnie, cała dyskusja w Unii Europejskiej jest dziś skoncentrowana wokół tego, jak zarządzać UE, żeby nie dopuścić do następnego Brexitu. Wychodzi się przy tym z błędnego moim zdaniem założenia, że wnioski z Brexitu są takie, aby radykalnie zmienić model UE. To mówią zarówno eurosceptycy z prawa i z lewa, jak też federaliści.

Ale tradycyjna filozofia polityczna, choćby Hobbes, odpowie na tę pańską obronę status quo w ten sposób: „Europejski suweren jest może fajny, ale zetną mu głowę, bo nie daje ludowi poczucia, że skutecznie gwarantuje pokój społeczny”.

Do pełnej diagnozy trzeba jednak dodać, że źródłem problemu nie jest dzisiaj Unia Europejska, ale zjawiska, które wykraczają daleko poza nią.

Czyli globalizacja. Jednak UE było budowane także po to, żeby osłonić Europejczyków przed najbardziej negatywnymi oddziaływaniami globalizacji, choćby je filtrować. Nie potrafi osłonić, więc jest dla niej wycofywane poparcie. Nawet jeśli to debilizm, bo bez Unii globalizacja Europę jeszcze łatwiej rozszarpie, ta pozycja ma swoją krótkoterminową „logikę”, z której korzysta dzisiaj zarówno eurosceptyczna prawica, jak też eurosceptyczna lewica.

Jednak główny polityczny temat, jaki się zamanifestował przy okazji referendum brexitowego, daleko wykracza poza problemy Unii Europejskiej. Dlaczego Brytyjczycy zagłosowali za wyjściem, to z grubsza wiemy. Rozstrzygnęły o tym problemy związane z globalizacją i to, kto skuteczniej w kampanii brexitowej te problemy interpretował. Chodzi o zmiany na rynku pracy, dezindustrializację, przemiany globalnego kapitalizmu, odroczone konsekwencje kryzysu. No i przede wszystkim o związany z tym wszystkim kryzys instytucji przedstawicielskich w państwach narodowych współczesnego Zachodu. Nie kryzys demokracji przedstawicielskiej na poziomie UE, ale właśnie na poziomie państw narodowych, bo ten kryzys idzie do Unii z państw narodowych, tam się rozpoczyna. Demokracja w państwach narodowych ma się źle nie dlatego, że im Unia zabiera kompetencje. Im zabiera kompetencje globalizacja. Ale to właśnie kryzys instytucji narodowych przenosi się na Unię, której legitymizacja jest jednak zależna od legitymizacji liberalno-demokratycznych rządów w krajach członkowskich. Dla lokalistów i terytorialistów, dla lewicowych i prawicowych eurosceptyków, Unia jest symbolem globalizacji. Z kolei dla tych, którzy chcą kontrolować globalizację, Unia jest jedynym w miarę efektywnym elementem kontroli. I to ci drudzy mają rację, choć nie zawsze mają dość siły, żeby tę rację przedstawić. W ten sposób stosunek do Unii stał się osią najważniejszego sporu politycznego w Europie.

Tyle że zmistyfikowanego przez większość jego uczestników – celowo albo nieświadomie.

Uczestnicy tego sporu nie potrafią rozwiązać, a nawet dobrze zdefiniować podstawowego napięcia pomiędzy polityką narodową i globalizacją. Oddaliśmy sporą część kontroli korporacjom ponadnarodowym, networkom terrorystycznym, fundamentalistycznym, quasi-religijnym, które mają też strukturę globalną, rynkom finansowym…

Czyli siłom, jak to mówią neomediewaliści, „nowego Średniowiecza”, które mogą stać się monopolistami wpływów i władzy tylko na trupie polityki postoświeceniowej. Niezależnie od tego, czy ona próbuje się bronić w wymiarze narodowym czy ponadnarodowym – np. w Unii czy NATO.

UE próbuje się z tymi siłami „nowego średniowiecza” dziś zmierzyć, nawet jeśli robi to w sposób niedoskonały, nieprzywracający tego poczucia „kontroli”, o którym mówili zwolennicy Brexitu w czasie referendalnej kampanii. To jest zresztą bardzo dobre hasło, oddaje sedno problemu…

Ale jak go używa Rupert Murdoch, który chce zniszczyć Unię, żeby polityczna kontrola nad jego globalnymi interesami była jeszcze słabsza, jak go używa Borys Johnson, który zawsze politycznie obsługiwał biznesowe podmioty globalizacji…

…wówczas to jest kłamstwo, wielkie oszustwo. Ale właśnie to hasło odpowiednio nazywa problem wyobcowania obywateli wobec globalizacji. Dziś wokół nas dzieje się coraz więcej rzeczy, na które ewidentnie nie mamy wpływu.

Czy jednak obrona unijnego status quo może to poczucie kontroli przywrócić, skoro właśnie słabości status quo sprowokowały wołanie o konieczność „odzyskania kontroli”? To się wydaje przepis na gwarantowaną porażkę.

Przepis na gwarantowaną porażkę proponują wszelcy exitowcy, bo oni stwarzają iluzję, że przywrócić można kontrolę w sposób, który tę kontrolę jeszcze bardziej ogranicza. Suwerenność polega na tym, że się ma na coś wpływ. Tymczasem pozostająca poza Unią Norwegia też musi przyjmować ustawodawstwo unijne, żeby być dopuszczona do unijnego rynku, co jest dla niej oczywistą wartością.

Mamy jednak klasyczną hobbesowską sytuację wojny wszystkich przeciw wszystkim o wszystko – o życie, o własność, o godność. Mamy też suwerena europejskiego, który w oczach wielu Europejczyków nie daje gwarancji, że tę wojnę powstrzyma i będzie efektywnym gwarantem pokoju społecznego. Mamy wreszcie paradę narodowych, prawackich i lewackich oszustów, którzy mówią, że tylko obecność tego europejskiego suwerena przeszkadza im w poradzeniu sobie z globalizacją, że to oni będą skuteczniejszymi suwerenami. Problem w tym, że oszuści wygrywają, bo europejski suweren nie jest wystarczająco silny i obrona status quo może nie wystarczyć.

To jest precyzyjny opis momentu, w którym się znajdujemy. Nie ma z tego prostego wyjścia, widzieliśmy w przeszłości, że np. stworzyliśmy – zwłaszcza w sferze wolnego przepływu osób i wspólnej waluty – system, który z jednej strony doprowadził do znaczącej integracji, z której wielu korzystało. W mniejszym lub większym stopniu wszyscy byli beneficjentami tego systemu. Nawet ci, którzy bardziej się zadłużali, doświadczyli ogromnego skoku rozwojowego i wzrostu poziomu życia, którego kryzysowe tąpnięcie też nie zlikwidowało w całości, nawet nie w większej części. Korzystaliśmy jednak z systemu, który miał jedną podstawową wadę – nie doprowadził do politycznej integracji w tych obszarach, które były absolutnie konieczne, żeby ten system był trwały i wytrzymał kryzysowe testy.

Brak politycznej decyzji o wspólnej granicy zewnętrznej UE w momencie kryzysu imigracyjnego podważył swobodę przepływu ludzi wewnątrz Europy. Brak wystarczająco zintegrowanej polityki bankowej czy fiskalnej sprawił, że w konsekwencji kryzysu finansowego w USA i ściągnięcia przez Amerykę pieniądza z całego świata, żeby się ratować, najsłabsze ogniwa strefy euro zostały zdestabilizowane.

Nie chodziło tutaj, jak powtarzają eurosceptycy, o próbę sztywnego ujednolicania podatków czy zasad prowadzenia działalności gospodarczej. Ale konieczny był jakiś system wspólnego zadłużania się, buforowania kryzysów, osłaniania, a jednocześnie dyscyplinowania najsłabszych i najmniej efektywnych. Jednak na ten krok się nie zdecydowano, bo państwa broniły swojej suwerenności budżetowej. W sferze polityki imigracyjnej otworzyliśmy granice, nie mając jeszcze wystarczających mechanizmów łagodzenia szoku asymetrii napływu imigrantów do różnych krajów i bez efektywnej polityki relokacji. To natychmiast przełożyło się na napięcia w polityce wewnętrznej poszczególnych państw członkowskich UE. Dziś wiemy już, że tak się dalej nie da. Zarazem wycofanie się dzisiaj ze wspólnej waluty i z Schengen byłoby dużo bardziej ryzykowne niż obrona status quo albo ostrożne poprawianie instytucji w odpowiedzi na kryzys. Wiązałyby się z tym konsekwencje, które w ogóle zdławiłyby rozwój na kontynencie europejskim i niosły ze sobą także gigantyczne koszty socjalne.

UE była w świadomości Europejczyków dobra, bo gwarantowała sukcesy i stały wzrost. To był główny racjonalny powód, żeby wspierać integrację. Teraz to nie jest oczywiste, a jednocześnie globalizacja wywołuje lęk tożsamościowy i w sytuacjach kryzysowych łatwiej jest odsunąć racjonalne argumenty na bok. Sądzę jednak, że jesteśmy stosunkowo odlegli od Brexitu w innych krajach. Potencjał rozwoju różnych sił eurosceptycznych jest ograniczony.

Podemos nie wygrało wyborów w Hiszpanii. Austriacka skrajna prawica przed powtórką wyborów prezydenckich przynajmniej kłamie, że nie będzie dążyć do wyprowadzenia Austrii z UE. We Francji oba skrzydła polityki „republikańskiej” wciąż mają przewagę nad Frontem Narodowym, który w „drugich turach” kolejnych wyborów jednak nie wygrywa.

Sądzę, że Francuzi są bardziej przywiązani do UE niż Anglicy. Francuzi mogą być antyimigranccy, antyestablishmentowi, ale trudno sobie dziś wyobrazić większość Francuzów głosujących za wyjściem z Unii. We Francji bardziej przeżywa się jednak współautorstwo europejskiego projektu.

Działania europejskiej chadecji i socjaldemokracji polegają dziś na „filtrowaniu globalizacji”. Łącznie z pogodzeniem się, że oznacza to spowolnienie wzrostu jakości życia społeczeństw zachodnich, co uderza szczególnie w aspiracje młodego pokolenia. Ja bym nawet tej strategii bronił, gdyby nie była dziurawa. Kiedy się bowiem proponuje deregulację rynku pracy czy odchudzanie państwa opiekuńczego, trudno nie zauważyć bezsilności liberalnej demokracji w Europie – na poziomie wspólnotowym i narodowym – w dyscyplinowaniu wielkiego zachodniego kapitału, który jest beneficjentem globalizacji. Nie stara się tego nawet ukrywać. Jego dysponenci, nawet w trudnych czasach pokryzysowych, chwalą się swoimi jachtami i swoją optymalizacją podatkową, co dla pokoju społecznego jest kompletnie zabójcze. Jednak oni sami – a są wśród nich także realni inspiratorzy Brexitu populistycznie zarządzający ludem – sądzą, że w razie czego do końca wyprowadzą się z Europy i w ogóle z Zachodu, żeby w ogóle nie utrzymywać tutejszego państwa opiekuńczego. Produkować będą w Azji i Afryce, a rozliczać się podatkowo na Bermudach. UE im tylko przeszkadza, nawet ze swoimi słabymi narzędziami regulacyjnymi, którymi z kolei populistyczna lewica pogardza, uważając UE za „marionetkę globalnego kapitału”.

Te zjawiska są jednym ze źródeł poczucia utraty kontroli. UE ma wiele do zrobienia – zarówno jeśli chodzi o raje podatkowe, jak też o działania socjalne. Chodzi o to, żeby Unia nie kojarzyła się tylko z deregulacją, otwieraniem rynków, czym w istocie nie jest.

Nawet przeprowadzona przez instytucje unijne „deregulacja” na rynku telekomunikacyjnym, którą słusznie chwali się Róża Thun, to w rzeczywistości rozbijanie monopolu czy oligopolu globalnych firm telekomunikacyjnych, które z tego powodu wcale Unii nie kochają.

To wszystko jednak nie wystarczy, aby zrobić to, co ja uważam za realistyczne, czyli obronić status quo, Unia powinna dać sygnał, że jest narzędziem efektywnej kontroli. Ograniczenie biurokracji stało się faktem, ale jedną z rzeczy kluczowych dla wzrostu gospodarczego w Unii – także z punktu widzenia interesów obywateli, a nie tego skoncentrowanego kapitału globalnego – jest wprowadzenie wspólnego rynku usług. To oznacza więcej regulacji, ale wyrównujących szanse.

Nie zmienimy stosunku obywateli do UE, jeśli elity polityczne nie zmienią swojego języka mówienia o Unii.

Nie zmienimy stosunku obywateli do UE, jeśli elity polityczne nie zmienią swojego języka mówienia o Unii. To, że udało się nakręcić taką kampanię antyunijną w Wielkiej Brytanii, ma w minimalnym stopniu związek z rzeczywistymi problemami funkcjonowania UE, ale jest efektem tego, że przez całe dekady brytyjskie elity polityczne wieszały psy na Unii, obciążały ją wszystkimi możliwymi winami i błędami, także własnymi, ukrywając jednocześnie korzyści wynikające z istnienia Unii albo przedstawiając je jako własne osiągnięcia.

Uwspólnotowienie porażek, nacjonalizacja sukcesów. To stary problem polityki w państwach członkowskich UE. Mistrzami byli tu nie tylko brytyjscy Torysi, ale też Sarkozy. Nawet prounijne PO miało swój język „zielonej wyspy” ratowanej przed „katastrofą w strefie euro”. Polski Torys Rostowski ukrywał w swoich wystąpieniach fakt, że polska gospodarka może uratować swój rozwój wyłącznie dlatego, że Niemcy czy Francuzi pompują gigantyczne pieniądze w strefę euro będącą głównym rynkiem dla polskiego eksportu. Później wystarczyło to wzmocnić i zrobić kampanię Dudy straszącego „sklepikiem euro” i Kaczyńskiego straszącego muzułmanami, których Unia do Polski sprowadzi. Dla wielu „polityków narodowych” Unia jest takim zaśmieconym wspólnym podwórkiem. Wszystkie odpadki wyrzucamy za okno, a w naszym mieszkanku pięknie.

Konsekwencją tej polityki było ostatecznie nawet to, w jaki sposób obóz „Remain” przekonywał Brytyjczyków do pozostania w Unii. Oni się nie mogli odwoływać do jakichś sukcesów Unii, bo wcześniej Brytyjczykom o takich sukcesach w ogóle nie mówiono. Zatem obóz „Remain” mówił tylko, że „pomimo wszystkich fatalnych cech Unii Europejskiej, wyjście Wielkiej Brytanii z Unii byłoby jeszcze bardziej fatalne”. Straszyli wyjściem, a nie zachęcali do pozostania, bo wcześniej te same polityczne elity przez całe dekady niszczyły wizerunek Unii.

Wiemy już, że zniszczenie UE nie „przywróci kontroli”. Ale jak może wyglądać „otwarta globalizacja”, „nowe średniowiecze”, czyli fikcja „suwerennych polityk narodowych” wobec niekontrolowanych sił globalizacji?

W takiej „otwartej globalizacji” będziemy żyć zdecydowanie poniżej standardów jakie zapewnia nam dzisiaj i może zapewnić w przyszłości UE.

Obowiązujące dziś dwustronne umowy USA–Polska są także zdecydowanie poniżej standardów, jakie mogłoby Polsce zapewnić najgorzej nawet wynegocjowane TTIP, a jednak antyunijna lewica w Polsce zamyka na to uszy, bo najważniejsze jest to, że negocjując TTIP „Europa kapituluje przed amerykańskim szatanem”.

Lewicowy eurosceptycyzm ma alternatywną wizję Europy, która jest podskórnie, a nawet otwarcie antyamerykańska, co moim zdaniem jest błędem. Ameryka popełnia błędy, ale ma różne nurty polityczne, także takie, które są naturalnym partnerem dla Europejczyków. Zjednoczony Zachód to szansa na ratowanie pewnych standardów w globalizacji. Świat się kurczy tak czy inaczej. Przekonanie, że z innymi podmiotami globalizacji możemy mieć więcej wspólnego niż ze Stanami Zjednoczonymi, jest moim zdaniem błędne. Ja nie widzę innych krajów czy ośrodków, które byłyby dla Europy partnerami bezpieczniejszymi z punktu widzenia wspólnoty wartości czy standardów.

Mateusz Morawiecki powtarza ostatnio, jak rozumiem za przyzwoleniem Kaczyńskiego, że jak będziemy „hubem chińskiego biznesu” na Europę, uczyni to nas bardziej suwerennymi i mniej zależnymi. Kaczyński publicznie wychwalał też Erdogana za to, że będąc liderem państwa członkowskiego NATO, obronił „wielkość” i „wewnętrzną suwerenność” Turcji wobec demokracji zachodnich.

Niespecjalnie wierzę w „budowanie niezależności” w oparciu o współpracę z Chinami, zwłaszcza w kontekście tego, co wiemy o formach współpracy i oddziaływania Chin na Afrykę czy Amerykę Południową. A rozwój sytuacji w Turcji nie powinien zachęcać do imitowania Erdogana.

„Narodowi liderzy” mogą nawet zjadać opozycjonistów, byleby dostarczali Chinom surowce, siłę roboczą, a w miarę potrzeby także swój głos w ONZ. Unia, nawet hipokrytyczna, z Chinami w wielu miejscach przegrywa, bo wkurza „zwolenników pełnej suwerenności” w Afryce czy Ameryce Południowej. Także Ameryka, przynajmniej od czasów Cartera, uprawia choćby hipokryzję w kwestiach praw człowieka, a czasami nawet podejmuje realne działania dyscyplinujące.

Globalizacja, jeśli nie jest kontrowana przez wspólne działania polityczne, ponadnarodowe, bo inne nie są w globalizacji skuteczne, zmniejsza nacisk na wspólne standardy praw człowieka, liberalnych swobód, mechanizmów demokratycznych. A peryferyjne dyktatury wcale nie przywracają rzeczywistej kontroli, choć mogą się tak prezentować własnym obywatelom. My znaleźliśmy się w pułapce – pomiędzy chaosem „otwartej globalizacji” a systemem dysfunkcjonalnym, którego realna reforma przekracza jego możliwości polityczne. To skazuje nas na obronę status quo. Ja mam nadzieję, że ono da się obronić, stwarzając jednocześnie przestrzeń dla dalszych działań. Wiem, że to nie jest optymistyczna diagnoza, ale większy optymizm nie byłby dziś realistyczny.

No dobrze, w takim razie, jak obronić to unijne status quo?

Potrzeba kilku pragmatycznych działań, które doprowadziłyby do ustabilizowania nastrojów. Kluczem jest poprawa sytuacji ekonomicznej i bardziej efektywna kontrola imigracji. Jeszcze jedna taka fala imigracji, jak w ubiegłym roku, zniszczy Unię Europejską.

Piotr Buras – germanista, dziennikarz, ekspert w dziedzinie polityki europejskiej i niemieckiej. Dyrektor warszawskiego biura jednego z najważniejszych europejskich think tanków ECFR (Europejska Rada Spraw Zagranicznych).

 

**Dziennik Opinii nr 204/2016 (1404)

PIKETTY-JAK-URATOWAC-EUROPE

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.