Świat

Bezsilność przekonanych ignorantów

jerozolima-izrael

Patriotycznego wzmożenia i buńczucznych deklaracji o końcu „pedagogiki wstydu” albo „przywracaniu Polsce godności” nikt w Izraelu nie rozumie.

Po 1989 roku relacje Polski z Izraelem były zogniskowane przede wszystkim wokół dialogu historycznego i próby budowy wspólnego spojrzenia na przeszłość, która łączy Polaków i Żydów mocniej niż jakiekolwiek traktaty czy formalne porozumienia podpisywane w blasku fleszy. Do niedawna – trzeba to wyraźnie powiedzieć – były to próby całkiem udane. Na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat wysiłkiem tysięcy ludzi, dyplomatów, badaczy, artystów, działaczy społecznych i ludzi biznesu udało się zbudować nie tylko świetnie działające instytucje, ale przede wszystkim wspólny kontekst, w którym można było pracować, tworzyć, działać i po prostu być, bez zagrożenia ze strony obezwładniających uprzedzeń i kompletnie bezsensownych stereotypów. To ogromna wartość, którą Prawo i Sprawiedliwość zaatakowało najpierw nowelizacją ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, a następnie – dobiło perorą Mateusza Morawieckiego w Monachium.

J.T. Gross: Postawcie pomniki wywiezionym z miasteczek Żydom zamiast Kaczyńskiemu

Gdy ignorancja i kompletny brak zrozumienia specyfiki stosunków międzynarodowych miesza się z cynicznym rozgrywaniem wewnętrznych interesów oraz kompletną amatorszczyzną polityczną – naprawdę jest się czego obawiać. Godnościowa ofensywna prawicy, której wyłącznym, niespecjalnie zresztą ukrywanym, celem jest konsolidacja własnego elektoratu, przynosi już pierwsze boleśnie realne skutki, których znaczenie dla władz w Warszawie wciąż pozostaje zagadką.

Gdy ignorancja i kompletny brak zrozumienia specyfiki stosunków międzynarodowych miesza się z cynicznym rozgrywaniem wewnętrznych interesów oraz kompletną amatorszczyzną polityczną – naprawdę jest się czego obawiać.

Mimo że w Izraelu stosunek do Polski, albo raczej do jej wyobrażenia związanego z pamięcią o przodkach i wspomnieniami z obowiązkowej wycieczki w szkole, jest sprawą indywidualną, często bardzo osobistą, to kwestia oficjalnych relacji dla wielu Izraelczyków była dotychczas „daleką polityką zagraniczną”. Mało kto interesuje się polityką wewnętrzną Polski, chyba że ta dotyka spraw dla Izraelczyków najbardziej fundamentalnych – związanych głównie z pamięcią o Holokauście albo antysemickimi ekscesami. Z przyczyn geopolitycznych nikt tu, w Izraelu, nie przejmuje się opinią Polski o konflikcie z Palestyńczykami, trudną relacją rządu z partiami religijnymi czy oceną aktywności sił izraelskich w Syrii. Nie zmienia to jednak faktu, że współpraca naukowa, gospodarcza i kulturalna z punktu widzenia obu stron jest ważna i co równie istotne – do niedawna układała się co najmniej bardzo dobrze. Jednak Prawo i Sprawiedliwość – trudno powiedzieć, na ile świadomie i z premedytacją – postanowiło spalić również i ten most.

Trzeba również zdawać sobie sprawę, że w Izraelu czym innym jest stosunek do Polski jako kraju i kontekstu historycznego, a czym innym – stosunek do Polaków. Jak bardzo skomplikowana i nieoczywista jest to sprawa, przekonałem się blisko trzy lata temu na własnej skórze w wigilię święta Pesach w Jerozolimie. To były moje początki w Izraelu. Zgubiłem się po drodze do domu, zaczynało się ściemniać, kompletnie wyludnione ulice, a ja powoli wpadałem w panikę. Zaczepił mnie wtedy sympatycznie wyglądający starszy, bardzo elegancki mężczyzna wychodzący z synagogi. Zaproponował pomoc i – mimo że chodzenie wyraźnie sprawiało mu trudność – twardo postanowił odprowadzić mnie do domu.

I zaczęliśmy rozmawiać. Zwykły small talk. Jeden z tych, które zawsze sprawiają trudność i zdają się ciągnąć w nieskończoność, mimo dobrych intencji obu stron. Najpierw o Stanach Zjednoczonych, bo zaintrygował mnie charakterystyczny brookliński akcent starszego mężczyzny, poza tym spotkaliśmy się niedaleko konsulatu USA przypominającego kolonialną fortecę, a potem o Polsce. Mój rozmówca urodził się w Warszawie tuż przed wojną. To, co uderzyło mnie najbardziej, to chirurgiczna precyzja z jaką mężczyzna oddzielał uśmiech i życzliwe słowa kierowane do mnie od smutku, niechęci i chłodnego dystansu wobec Polski, podczas gdy ja nerwowo próbowałem opowiadać o renesansie zainteresowania historią polskich Żydów, o muzeum Polin, festiwalu Singera, dzielnicy Czterech Świątyń we Wrocławiu i fantastycznych koncertach na krakowskim Kazimierzu. Nic z tego. Gdy na koniec, trochę kurtuazyjnie, zaprosiłem go do Polski, odpowiedział krótko: „Nie wybieram się”. Żadnego zaciekawienia, wahania. Nic.

Ta sytuacja, której istota powraca regularnie przy innych okazjach, uwyraźnia schemat charakteryzujący polsko-izraelskie relacje na najbardziej podstawowym, nieoficjalnym i codziennym poziomie. Sympatia pomiędzy konkretnymi ludźmi i wyraźny dystans wobec Polski rozumianej jako byt historyczno-polityczny. Uzasadnienia bywają różne. Od osobistych wspomnień sprzed wojny albo drugiej połowy lat sześćdziesiątych, po efemeryczne, a ostatnio niestety już bardzo konkretne oskarżenia o antysemityzm. I znów – działania rządu w Warszawie zamiast tym relacjom pomagać, tylko dodatkowo je skomplikowały.

Gdy w w drugiej połowie lutego wróciłem do Izraela, byłem przekonany, że najgorsze minęło, albo że przynajmniej trwa długa pauza w bezmyślnej awanturze wywołanej nowelizacją ustawy o IPN, a premier Netanjahu gasi lokalne pożary po incydencie z Iranem i oskarżeniach policji w dwóch głośnych sprawach o korupcję i nadużycie władzy. W międzyczasie w Monachium wydarzył się jednak występ premiera Morawieckiego, który – i nie ma w tym niestety żadnej przesady – zrujnował polski wizerunek w Izraelu, a opinię międzynarodową skutecznie utwierdził w przekonaniu, że Polska, mimo wysiłku pokoleń historyków, ma wyraźny problem z własną przeszłością. Zwłaszcza w odniesieniu do swoich współobywateli pochodzenia żydowskiego. I nie chodzi wyłącznie o Zagładę. Marzec 1968 roku jest trwałym elementem tak żydowskiej, jak i izraelskiej pamięci historycznej. Tym bardziej, że ludzie, którzy znaleźli się w Izraelu w wyniku antysemickiej nagonki władz PRL, cały czas odgrywają w państwie żydowskim – w polityce, nauce, kulturze i biznesie – bardzo znaczącą rolę. Ich głosy w Izraelu znaczą wielokrotnie więcej niż jakiekolwiek deklaracje polskich ministrów, dyplomatów czy parlamentarzystów.

Goldkorn: Nie jestem ofiarą Szoa

Wzbudzając dotychczas głęboko ukryte pokłady antysemityzmu, prawica ujawnia głęboką ignorancję i kompletny brak zrozumienia dla lokalnego i globalnego znaczenia relacji z państwem żydowskim. Mateusz Morawiecki zachowuje się tak, jakby na mapie stosunków międzynarodowych Izrael był wyłącznie wyspą pamięci o Holokauście. To szkodliwy anachronizm. W dodatku pozostający w oczywistej sprzeczności z deklaracjami premiera, którego – w ramach licznych gospodarskich wizyt – szczególnie interesuje lokalna innowacyjność, nauka i przedsiębiorczość oraz powodzenie polskich start-upów.

Izrael jest trudnym i jednocześnie zupełnie niesamowitym miejscem. Do życia i do pracy. Obsesja bezpieczeństwa, brutalność służb i skomplikowane relacje z sąsiednimi krajami mieszają się z bezpretensjonalną życzliwością Izraelczyków, rewelacyjną opieką zdrowotną i optymistycznym poczuciem, że „wszystko jest możliwe”. Izraelski rynek innowacji będący obiektem zazdrości na całym świecie jest bardzo specyficzny i uzyskanie tam partnerskiej pozycji wymaga nie tylko kompetencji i dobrego pomysłu, ale przede wszystkim zbudowania własnego kontekstu – zaufania, wsparcia i poczucia przynależności do wspólnoty wartości, w której pochodzenie, kolor skóry czy klasa społeczna nie mają znaczenia. Trudno uwierzyć, że nie wie o tym premier Morawiecki, przez lata kierujący w Polsce ogromnym bankiem. Ciekaw jestem jednak, czy zdaje sobie sprawę, jak bardzo jednym tylko występem utrudnił życie, tak rzekomo bliskim swojemu sercu, naukowcom i biznesowym innowatorom, którzy próbują znaleźć wsparcie, finansowanie bądź partnerów w Izraelu.

A może to nie brak dyplomatycznego wyczucia Morawieckiego?

Patriotycznego wzmożenia i buńczucznych deklaracji o końcu „pedagogiki wstydu” albo „przywracaniu Polsce godności” naprawdę nikt tu nie rozumie, a Izrael jak mało które państwo na świecie potrafi skutecznie budować – niezależnie jak ocenianą – politykę historyczną. I jak jeszcze niedawno komunikaty z Polski były w Izraelu traktowane serio, tak dzisiaj, nawet wśród tradycyjnie życzliwych liberalnych komentatorów, zaczyna dominować zniecierpliwienie – nikt nie dostrzega nawet cienia sensu w tej coraz bardziej groteskowej godnościowej ofensywie. I ten brak zrozumienia nie jest już zjawiskiem wyłącznie publicystycznym. Staje się elementem codziennych rozmów Izraelczyków, którzy dotychczas naprawdę nie interesowali się Polską.

Jest przy plaży w Hajfie bar Mosze – swojskie miejsce z koszerną pizzą z oliwkami, sokiem marchewkowo-pomarańczowym i ciepłym piwem Goldstar, zupełnie jak z opowiadań Etgara Kereta. Lubię Mosze ze względu na brak muzyki (absolutny ewenement w Izraelu) i stałych gości. Sympatycznych starszych ludzi, którzy, wyłączając krótki okres, gdy w Hajfie jest zimno i padają deszcze, codziennie grają w karty, piją kawę ze szklanek i komentują dosłownie wszystko. Od występów Ronaldo („partacz”), przez korki w drodze do Aszkelonu, aż po sytuację prawną premiera Netanjahu (tutaj nikt nie wierzy w jego winę i nie mówi o nim inaczej niż „Bibi”). Ostatnio była dyskusja o Polsce, w którą, pijąc akurat w Mosze popołudniową kawę, zostałem siłą rzeczy wciągnięty. Żadnych złych emocji, projekcji uprzedzeń, żadnych rodzinnych wspomnień o Holokauście ani rozczarowania po wizycie w Polsce, ani tym bardziej barowych analiz politycznych. Zamiast tego cały czas życzliwie wyrażane niedowierzanie i zdziwienie. Pozostali goście (jak się okazało Mosze to w okolicy ulubiony bar weteranów IDF – Sił Obrony Izraela) wspominali przede wszystkim kolegów z Polski i zdecydowanie niewesołe okoliczności, w których się poznali podczas wieloletniej obecności polskiego kontyngentu wojskowego na Wzgórzach Golan. Było sporo anegdot i na koniec jedno pytanie, na które cały czas nie potrafię znaleźć sensownej odpowiedzi: „Co takiego się w Polsce stało?”.

Bio

Łukasz Andrzejewski

| Publicysta
Łukasz Andrzejewski – adiunkt w Instytucie Psychologii Dolnośląskiej Szkoły Wyższej we Wrocławiu, publicysta „Medycyny Praktycznej”, autor książki „Polityka nowotworowa” i współautor „Jak rozmawiać z pacjentem? Anatomia komunikacji w praktyce lekarskiej”, zainteresowany społecznymi podstawami ochrony zdrowia oraz psychologicznymi uwarunkowaniami leczenia onkologicznego, zwłaszcza raka płuca. Stypendysta Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Instytutu Nauk o Człowieku w Wiedniu (IWM), Fundacji Kościuszkowskiej w Nowym Jorku oraz finalista Nagrody Naukowej tygodnika „Polityka”. Członek Zespołu Krytyki Politycznej i prezes zarządu Polskiej Ligi Walki z Rakiem oraz członek europejskich grup doradczych Patient Support Working Group i Acces2Medicines. Aktualnie pracuje nad książką analizującą proces transformacji ustrojowej w Polsce z punktu widzenia chorych na nowotwory. Mieszka w Polsce i Izraelu.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.