Świat

Bałkany nie muszą być wcale uznane za „europejskie”. Polska niebawem też może nie być

Sarajewo. Fot. Terekhova, Flickr.com

Bałkany łatwo wypisać z Europy ze względu na ich pogranicznych charakter, a po krwawych wydarzeniach sprzed 30 lat tym chętniej przesuwamy ten region na Wschód. Tymczasem nie tak łatwo pozbyć się z europejskiego grona np. Irlandii, która niewiele wcześniej pogrążyła się w bratobójczej wojnie.

Manifestantom wznoszącym na Majdanie hasło Ukraina ce Evropa nie chodziło o wspólnotę wartości i więzi historyczne Kijowa z Zachodem. Celem była Europa – antyteza Rosji. Perspektywa przemian wyprowadziła Ukraińców na ulicę. Tak samo działało słoweńskie hasło z lat 90. Teraz Europa. Integracja z Europą była dla Słowenii alternatywą wobec serbsko-chorwackiej dominacji w Jugosławii. Słoweńcy nie porzucili Jugosławii przekupieni judaszowymi srebrnikami z Berlina czy Brukseli, jak prezentują to piewcy Jugosławii – Słowenia opuściła Jugosławię z poczucia niesprawiedliwości politycznej i ekonomicznej. Jak pisał później Drago Jančar, „tęsknota za jak najszybszym wejściem do Europy, choćbyśmy mieli być czymkolwiek – nawet ostatnimi niewolnikami na rynku siły roboczej – jest wytworem tych samych mózgów, które czekały na zbawienie zwane komunizmem”.

Być może rozczarowanie Europą bierze się z braku refleksji, zwłaszcza kiedy traktuje się ją tylko jako alternatywę wobec wschodniej despotii.

Marika Djolai pierwszy raz odczuła oderwanie swojego kraju od Europy w maju 1992 r., kiedy wstrętny reżim Busha uniemożliwił jej wymarzoną podróż do Paryża w wyniku blokady Jugosławii. Djolai była młoda i niewinna, a Europa zaklęta w Paryż znalazła się poza jej zasięgiem.

Bałkany nie mogą być dłużej uznawane za nieeuropejskie

Symbolem dezintegracji Europy było dla Djolai odizolowanie Jugosławii od Zachodu, a nie zniszczenie Europy wewnątrz Jugosławii. Być może dla Djolai Europa zawsze była gdzie indziej. Nieudana podróż do Paryża w obliczu wydarzeń 1992 roku zmusza do postawienia populistycznego pytania, jak bardzo porzuceni przez Europę czuli się Bośniacy, zamykani w obozach koncentracyjnych przez swoich serbskich sąsiadów i szukający schronienia w strefach bezpieczeństwa ONZ, które zupełnie zawiodły. Tragedie ich upadku widzieliśmy w Srebrenicy. Zachodnie wartości nie były w stanie zatrzymać uzbrojonych fanatyków. Ironią jest, że Ratko Mladić wkroczył do Srebrenicy pod hasłem „odturczenia” jej, przywrócenia Europie.

Djolai snuje pretensjonalną opowieść o europejskości Bałkanów, bez refleksji nad tym, dlaczego ta jej europejskość w mniemaniu Zachodu się skończyła. Szukając związków Jugosławii z Zachodem, powołuje się na relacje Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii z Europejską Wspólnotą Gospodarczą. Jednocześnie nie zauważa, że wówczas Jugosławia była jedynym wschodnim państwem niezależnym od Moskwy, które znajdowało się poza EWG. Logika Djolai stawia nas też przed pytaniem, czy Jugosławia jako członek Ruchu Państw Niezaangażowanych automatycznie przeniosła się na orbitę krajów Trzeciego Świata? Oczywiście, że nie. Bałkany zagnieżdżone są w Europie o wiele głębiej niż bilans wymiany gospodarczej.

Jugosławia nie rozpadła się nagle. To, że fale nacjonalizmu skruszą mur braterstwa i jedności, było już czuć w połowie lat 80. Wojna się skończyła, ale zjawisko, które ją wywołało, trwa.

O ile wojna wyznaczyła granicę państw, o tyle postępowanie narodów i elit w okresie powojennym zaważyło na tym, po której stronie XXI wiecznej Europy się znalazły. Jednym z kryteriów było rozliczenie się ze zbrodni wojennych i nienawistnego nacjonalizmu. Należało wybudzić się z amoku i skonfrontować z własnymi winami i traumami. Jednak cynizm polityków osiągnął apogeum, okazało się, że nikt nie jest winny, ale wszyscy są ofiarami, zaś wysuwanie oskarżeń i wezwania do rozliczenia się zaczęto określać mianem pedagogiki wstydu.

U podstaw wielu karier bałkańskich liderów leży przelana krew w imię wielkopaństwowych marzeń. Ich główną legitymacją jest strach, a społeczeństwo chętnie poświęca demokrację na rzecz Wielkich Idei. Za każdym razem, kiedy wybucha kryzys, a tylko w tym roku było ich kilka, liderzy bałkańscy ustawiani są do pionu przez UE, która bije pięścią w stół, wzywa ich na dywanik, aby następnie wygłosili mało wiarygodne deklaracje o potrzebie dialogu. Absurdalnie są więc słowa Djolai: „Unia Europejska nie powinna wchodzić w rolę siły transformacyjnej lub kluczowego podmiotu odpowiedzialnego za zmiany polityczne w regionie”. Nie twierdzę, że UE musi pełnić rolę żandarma, ale to perspektywa integracji z Unią jest najsilniejszym motywatorem do przemian i poskromienia autorytarnych zapędów lokalnych liderów, którzy nazbyt chętnie wykorzystują dawne waśnie i uprzedzenia.

Paul Mason wśród dzikich plemion

Utarty slogan mówi, że XX wiek zaczął się i skończył w Sarajewie. Hasło to jest słusznym wyrzutem sumienia za nieodrobioną lekcję historii, kiedy w latach 90. Wschód pogrążył się w chaosie, a Zachód biernie się temu przyglądał.

Ten Wschód nie był jednolity – takie kraje, jak Polska, Czechy czy Rumunia wolały skoncentrować się na własnej ścieżce na Zachód niż zachowaniu pokoju na Wschodzie. Nawet Słowenia postanowiła odciąć się od bałkańskiego kotła.

W różnicy tej nie ma niczego wartościującego. Maria Todorova w książce Bałkany wyobrażone pokazała, jak Wschód stał się antytezą Zachodu. Dzisiaj studia postkolonialne rozwijają się dynamicznie i coraz więcej wiemy o tym, co Zachód zawdzięcza Wschodowi, czy wręcz co Wschodowi zostało odebrane.

Komiczne jest rozdmuchiwanie tezy Todorovej, że tylko stereotyp i ignorancja ulokowały nas po złej stronie Europy. Wschód i Zachód należą może i do kręgu tych samych idei, choć realizowanych w różnym czasie. Kiedy na Zachodzie szalały wojny religijne, to Wschód był tolerancyjny i szanował odmienność. Sarajewo, tygiel kultur i religii, nie było ewenementem, takich miast na Wschodzie było więcej. Idee państwa narodowego zrodziły się na Zachodzie, który w wyniku kolejnych wojen miał już wytyczone granice między narodami, tymczasem Wschód stał się domem dla Ormian, Tatarów, Żydów (również tych wygnanych z Hiszpanii przez arcykatolickich władców), muzułmanów i wielu innych.

Ci muzułmanie są bardziej proeuropejscy niż niejedna wspólnota katolicka

Dzisiejsza UE powstała natomiast z przekonania krajów Zachodu, że po II wojnie współpraca gospodarcza może przywrócić pokój na kontynencie. Narody, które znalazły się po gorszej stronie berlińskiego muru, nie miały większego wyboru – po raz kolejny to Zachód zdecydował. Po 1945 roku Europa Zachodnia stała się po prostu Europą. W odpowiedzi na to wschodni intelektualiści rozmienili kontynent na drobne, tworząc dowartościowujące koncepcje Europy Środkowej.

Oczywiście jest to wyraz aspiracji, aby Wschód ponownie przyjął wzorce Zachodu, żebyśmy, niezależnie od tego, czy jesteśmy w Paryżu, czy Prisztinie, mieli te same prawa. Jest to słuszne i pożądane. Ale wschodnie naśladowanie Zachodu nadal przypomina małpowanie – o czym w często pisze turecki noblista Orhan Pamuk. Pojawia się pytanie, czy chcemy tylko przejmować wartości, czy też zaproponować coś od siebie.

Takiego przekonania brakuje Bałkanom, czego dowodzą relacje między państwami byłej Jugosławii. Celem tych narodów jest lepsze życie w prosperującej ekonomii, ale z dala od siebie.

Musimy wycenić naszą europejskość, odrzucić manicheizm dobra i zła zdeterminowany przez to, po której stronie granicy przyszło nam żyć. Odpowiedź na pytanie, co Wschód ma w sobie najlepsze, pozwoli zrozumieć, co może nam zaoferować Zachód. Musi jednak iść za tym refleksja i rozliczenie się z tego co w nas najgorsze. Refleksja ta powinna doprowadzić do odrzucenia tego, co zniszczyło Wschód tolerancyjny, a stworzyło Wschód barbarzyński. Zachód dzisiaj oferuje nam swoją pomoc. Wykorzystajmy ją, zamiast uprawiać politykę wstawania z kolan.

Zagrzeb już (prawie) lewacki

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Uznanie za „europejskiego” bynajmniej nie nobilituje. Znalezienie się w gronie zachodnioeuropejskich kolonizatorów, państw w dużej mierze żyjących z zasobów i ciężkiej pracy ludzi w krajach trzeciego świata, społeczeństw konsumpcyjnych, hedonistycznych, permisywnych, pełnych hipokryzji i podwójnych standardów, ze skretyniałymi elitami nie jest żadnym powodem do dumy. Europejskość zdecydowanie nie jest czymś do czego można by dziś aspirować i czym można by się szczycić.

Nie ma sensu oceniać rzeczywistości z punktu widzenia skrajnej lewicy, czy takie same brednie pisałbyś o Polsce na początku lat 90-tych ?
To wchodzenie na Bałkany, wejście do UE Chorwacji, Słowenii, Czarnogóry do NATO, zmiana orientacji politycznej w Serbii to wszystko są jakieś powody do umiarkowanego optymizmu. Ten trzeci świat, także stara się dziś kopiować Zachód, a nie realizuje już żadnej trzeciej drogi, skrajnych ideologicznych szaleństw w stylu Mao, Pol Pota.

Racja, choć dla mnie kolonialna przeszłość nie jest akurat tym co wpływa na negatywny odbiór UE. UE staje się powoli zacofana technologicznie, nienadążająca za dynamicznie zmieniającym się światem, zapuszczona mentalnie i niebezpieczna. Mutuje powoli w stronę 3 świata. Nie stanowi już klubu atrakcyjnych, stabilnych państw, do którego Polska wstępowała.

To właśnie nadmierna tolerancja prowadzi do barbarzyństwa. Otwarcie granic prowadzi do kulturowego upadku. Lack of boundaries invites lack of respect. Ilekroć cywilizowane i tolerancyjne kultury nie potrafiły, lub nie chciały chronić swoich granic i swoich wartości tylekroć podbijały je hordy barbarzyńców rozpoczynając ciemny okres w historii ludzkości.