Świat

Arundhati Roy: Indie – bogowie na sprzedaż

Ludzie żyjący w skrajnej biedzie jakoś nie mogą uwierzyć, że budowane w dżungli drogi szerokości pasów startowych mają służyć właśnie im.

Niskie, zwieńczone płaskimi wierzchołkami wzgórza południowej Orisy stanowiły dom plemienia Dongria Kondh, na długo przed tym, zanim powstało państwo zwane Indiami lub stan zwany Orisą. Wzgórza czuwały nad Kondhami, a Kondhowie czuwali nad nimi i oddawali im cześć jako żywym bóstwom. Dziś wzgórza sprzedaje się, ponieważ zawierają złoża boksytu. Dla Kondhów to tak, jak gdyby sprzedawano boga. Dopytują, za ile przehandlowano by boga, gdyby był nim Ram, Allah lub Jezus Chrystus.

Być może Kondhowie powinni być wdzięczni, że wzgórze Nijamgiri, stanowiące siedzibę ich boga Nijam Radży, Boga Powszechnego Prawa, sprzedaje się firmie, która nazywa się Vedanta[1]. Jest to jeden z największych koncernów górniczych na świecie. Należy do Anila Agarwala, indyjskiego  miliardera mieszkającego w Londynie, w pałacu, który niegdyś był własnością szacha Iranu. Vedanta to tylko jedna spośród wielu międzynarodowych korporacji osaczających Orisę.

Jeśli wzgórza o płaskich wierzchołkach zostaną zniszczone, zniszczeniu ulegną też lasy porastające ich zbocza. Podobnie jak rzeki i strumienie, które wypływają z nich i nawadniają położone niżej równiny. Podobnie jak Dongria Kondh. Podobnie jak setki tysięcy rdzennych mieszkańców porośniętego lasem serca Indii; ludzi, których rodzinna ziemia również została napadnięta.

„I co z tego? – pytają niektórzy mieszkańcy naszych zadymionych i zatłoczonych miast. – Ktoś musi zapłacić cenę postępu”. Inni mówią wręcz: „Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Czas tych ludzi dobiegł końca. Wystarczy popatrzeć na dowolny rozwinięty kraj, na Europę, Stany Zjednoczone, Australię – wszystkie mają za sobą «przeszłość»”. Istotnie – mają. Dlaczego w takim razie „my” mielibyśmy jej nie mieć?

W zgodzie z tą logiką rząd ogłosił operację Zielone Łowy (Operation Green Hunt). Jest to wojna skierowana rzekomo przeciw maoistowskim rebeliantom, których główne dowództwo znajduje się  w dżunglach środkowych Indii. Oczywiście buntują się nie tylko maoiści. W kraju toczą się liczne walki, w których uczestniczą przeróżni ludzie – bezrolni, bezdomni, dalitowie [2], robotnicy, chłopi, tkacze. Stawiają czoło monstrualnym aktom niesprawiedliwości, takim jak choćby rządowe decyzje, mocą których korporacje mogą hurtowo odbierać ludziom ziemię i zasoby naturalne. Niemniej to właśnie maoistów rząd wyróżnił jako największe zagrożenie.

Parę lat temu, kiedy sytuacja wyglądała dalece mniej źle niż dziś, premier określił maoistów mianem „największego wyzwania dla wewnętrznego bezpieczeństwa, z jakim nasz kraj kiedykolwiek miał do czynienia”. Słowa te przejdą zapewne do historii jako jego najpopularniejsza i najczęściej cytowana wypowiedź. Wydaje się, iż komentarz wygłoszony przezeń podczas spotkania z szefami rządów stanowych w styczniu 2009 roku – że rozmiary armii maoistowskiej są „skromne” – z jakiegoś powodu nie był równie chwytliwy jak tamta prosta deklaracja.  Prawdziwy przedmiot  trosk swojego rządu premier ujawnił 9 czerwca 2009 roku, kiedy oznajmił parlamentowi: „Jeżeli na strategicznych terenach naszego kraju, gdzie znajdują się olbrzymie złoża minerałów i innych cennych dóbr, nadal będzie się plenić lewicowy ekstremizm, niechybnie odbije się to na klimacie inwestycyjnym”.

Kim są maoiści? To członkowie nielegalnej Komunistycznej Partii Indii (Maoistowskiej) – CPI (Maoist) [3], należącej do grona kilku spadkobierczyń po Komunistycznej Partii Indii  (Marksistowsko-Leninowskiej), która stanęła na czele powstania naksalitów[4] w 1967 roku. Maoiści wierzą, że inherentną, strukturalną nierówność cechującą społeczeństwo indyjskie można skorygować wyłącznie poprzez obalenie państwa indyjskiego. Wcześniejsze wcielenia maoistów, takie jak Komunistyczne Centrum Maoistowskie (MCC – Maoist Communist Centre) ze stanów Dźharkhand i Bihar oraz działająca w stanie Andhra Pradeś Ludowa Grupa Wojenna (PWG – People’s War Group), cieszyły się imponującym poparciem wśród zwykłych ludzi. (Kiedy w 2004 roku na krótko uchylono zakaz, partyjny wiec w Warangalu zebrał przeszło milion uczestników). Ostatecznie jednak ich wstawiennictwo w Andhra Pradeś skończyło się źle.

Dziedzictwo przemocy, które zostawili po sobie, sprawiło, że niektórzy z ich najzagorzalszych zwolenników zmienili się w surowych krytyków. Na skutek eskalacji mordów i odwetów dokonywanych zarówno przez policję stanową, jak i rebeliantów, PWG uległa zdziesiątkowaniu. Ci, którzy zdołali przeżyć, zbiegli z Andhra Pradeś do sąsiedniego Ćhattisgarhu, gdzie w głębi lasu
dołączyli do towarzyszy działających tam już od dziesiątek lat.

Niewiele osób z zewnątrz wie z własnego doświadczenia, jak naprawdę wygląda ruch maoistowski w dżungli. Opublikowany niedawno w czasopiśmie „Open” wywiad z jednym z jego czołowych przywódców, towarzyszem Ganapathym, nie przyczynił się zbytnio do zmiany zapatrywań u osób postrzegających maoistów jako partię o bezpardonowej, totalitarnej wizji, która nie znosi cienia sprzeciwu. Towarzysz Ganapathy nie powiedział nic, co przekonałoby czytelników, że gdyby maoiści kiedykolwiek doszli do władzy, to mieliby narzędzia potrzebne, by należycie radzić sobie z niemal obłąkańczą różnorodnością trapionego kastowymi podziałami społeczeństwa Indii.

Zadeklarowana od niechcenia aprobata dla Tamilskich Tygrysów (LTTE) ze Sri Lanki wystarczyłaby już, żeby nawet najbardziej wyrozumiałe plecy pokryły się zimnym potem, nie tylko z uwagi na brutalne metody wojenne stosowane przez LTTE, ale i z powodu tragedii, jaka spad ła na tamilską ludność Sri Lanki; LTTE, która głosiła, że działa w imieniu tej grupy, na pewno musi przyjąć częściową odpowiedzialność za ten kataklizm.

Obecnie w środkowych Indiach maoistowska armia partyzancka niemal w całości składa się z przerażająco ubogiej ludności plemiennej żyjącej w warunkach przewlekłego głodu, który ociera się o stan klęski, jaki przywykliśmy kojarzyć jedynie z Afryką Subsaharyjską.

Są to ludzie, którzy w sześćdziesiąt lat od tak zwanego uzyskania niepodległości przez Indie nadal nie mają dostępu do edukacji, opieki zdrowotnej czy pomocy prawnej. Ludzie, którzy od dziesięcioleci są bezlitośnie wykorzystywani.

Drobni biznesmeni i lichwiarze oszukują ich nagminnie, a gwałcenie kobiet przez policję i służby leśne należy do ustalonego porządku. To, że odzyskali cień godności, jest w znacznej mierze zasługą grupy maoistowskich aktywistów, którzy od dziesiątek lat żyją i pracują u ich boku.

Autochtoni chwytają za broń, ponieważ rząd, od którego zaznali jedynie przemocy i zaniedbania, chce dziś wydrzeć im ostatnie, co im pozostało – ich ziemię. Nic dziwnego, że nie wierzą, gdy rząd głosi, że interesuje go tylko „rozwój” ich regionu. Nic dziwnego, że nie wierzą, jakoby drogi o szerokości pasów startowych, które National Mineral Development Corporation przerzuca przez ich lasy w dystrykcie Dantewara, budowane były dla nich, żeby mogli nimi odprowadzać dzieci do szkoły. Wierzą, że jeżeli nie staną do walki o swoją ziemię, zostaną unicestwieni. Dlatego chwytają za broń.

Nawet jeśli ideolodzy ruchu maoistowskiego za ostateczny cel walki uważają obalenie państwa indyjskiego, to w tej chwili także oni wiedzą, że ich niedożywiona i obdarta armia, w której gros żołnierzy nie widziało nigdy pociągu, autobusu czy choćby niedużego miasta, walczy jedynie o przetrwanie.

W 2008 roku grupa specjalistów wyznaczonych przez Komisję Planowania złożyła raport zatytułowany Wyzwania dla rozwoju na terenach objętych działalnością ekstremistów. Napisano w nim: „Ruch naksalitów (maoistów) należy uznać za ruch polityczny cieszący się znacznym poparciem ze strony bezrolnych i ubogich chłopów oraz adiwasich[5]. Pojawienie się i rozwój naksalitów rozpatrywać trzeba w kontekście warunków społecznych i doświadczeń ludzi, którzy ten ruch tworzą. Cechą tych warunków jest znaczna rozbieżność między założeniami polityki państwowej a realnym działaniem.

Choć naksalici za swój długoterminowy cel uważają siłowe przejęcie władzy w państwie, to ich codzienną aktywność należy zasadniczo postrzegać jako walkę na rzecz sprawiedliwości społecznej, równości, zapewnienia ochrony, bezpieczeństwa i rozwoju lokalnego”. Doprawdy, bardzo stąd daleko do „największego wyzwania dla wewnętrznego bezpieczeństwa”.

Maoistowska rebelia to najmodniejszy temat tygodnia, więc ni stąd, ni zowąd można odnieść wrażenie, że każdy, począwszy od odpicowanych bonzów z wypchanymi portfelami po krańcowo cynicznego redaktora najbardziej sprzedajnej gazety w tym kraju, gotów jest przyznać, że u źródeł problemu tkwią nagromadzone w ciągu dziesięcioleci pokłady społecznej niesprawiedliwości.

Jednakże zamiast poszukać rozwiązania problemu – co oznaczałoby zahamowanie gorączki złota dwudziestego pierwszego wieku – ludzie ci usiłują wśród hałaśliwych wybuchów świętoszkowatego oburzenia na maoistowski „terroryzm” zepchnąć debatę na zupełnie inne tory. Ale gadają tylko do samych siebie.

Ludzie, którzy chwytają za broń, nie spędzają czasu na oglądaniu telewizji (lub występowaniu w niej), czytaniu gazet czy przeprowadzaniu SMS-owych sond z cyklu Etyczne Pytanie Dnia – Czy przemoc jest dobra czy zła? Wyślij odpowiedź na numer… Są tam, w terenie. Walczą. Wierzą, że mają prawo, by bronić swoich domów i swojej ziemi. Wierzą, że zasługują na sprawiedliwość.

Przypisy:

[1] Wedanta to gałąź filozofii hinduskiej nauczająca Ostatecznej Natury Wiedzy.

[2] Współczesne określenie niedotykalnych, ludzi nienależących do żadnego z czterech podstawowych stanów (warna) i tradycyjnie stojących na najniższym szczeblu hinduskiej drabiny społecznej. Przyjęta w 1950 roku konstytucja Indii zniosła oficjalnie zjawisko niedotykalności.

[3] W Indiach działają trzy komunistyczne partie polityczne o bardzo zbliżonych nazwach:
Komunistyczna Partia Indii, Komunistyczna Partia Indii (Marksistowska) oraz opisywana tu Komunistyczna Partia Indii (Maoistowska). Często określa się je skrótem CPI (od Communist Party of India), po którym w nawiasie następuje uściślenie, o którą partię komunistyczną chodzi: CPI (Marxist), względnie CPM, oraz CPI (Maoist).

[4] Ich nazwa pochodzi od miejscowości Naksalbari w Bengalu Zachodnim, w której Komunistyczna Partia Indii wywołała w 1967 roku powstanie chłopskie.

[5] Określenie ludności plemiennej, pierwotnych mieszkańców subkontynentu indyjskiego.

 

Fragment książki Arundhati Roy Indie rozdarte. Jak rozpada się największa demokracja na świecie. w tłumaczeniu Krzysztofa Umińskiego i Marty Umińskiej, która ukazała się nakładem wydawnictwa Wielka Litera. Tytuł pochodzi od redakcji, przypisy opracowano na podstawie oryginalnych przypisów konsultantki książki Elżbiety Walter.

Już wkrótce Krytyka Polityczna” #37-38: Nowoczesność na peryferiach, a w nim esej Arundhati Roy Capitalism. A Ghost Story.

Czytaj także:

Urvashi Butalia: Indie się zmieniły, szowinizm został. Rozmowa Agnieszki Wądołowskiej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.