Świat

Antykampania 2012

Ani Obama, ani Romney nie zamierzają przedstawić żadnych poważniejszych pomysłów na wyciągnięcie amerykańskiej gospodarki z dołka. Obaj stawiają na kampanię negatywną pt. byle-nie-ten-drugi.

Jesteśmy w najgorszej sytuacji gospodarczej od czasów Wielkiego Kryzysu – ktoś mógłby pomyśleć, że choć jeden z kandydatów wystąpi z paroma poważniejszymi pomysłami, jak się z tego wykaraskać. Pomyłka. Żaden z kandydatów nie zamierza podejmować ryzyka, zgłaszając jakiekolwiek poważniejsze propozycje. Zamiast tego obaj stawiają na kampanię negatywną, która ma przekonać wyborców, że ten drugi jest gorszy.

Prezydent Obama najwyraźniej zdecydował się nie zgłaszać żadnych śmiałych pomysłów na drugą kadencję, nawet gdyby miał do czynienia z Kongresem, który by z nim współpracował. Twardo trzyma się zużytej już mocno opowieści o tym, że to George W. Bush wpędził gospodarkę w tarapaty; że Republikanie w Kongresie zablokowali wszystko, co chciał zrobić, żeby umożliwić jej odbicie się od dna; że jednak sytuacja powoli się poprawia; że cięć podatkowych Busha nie należy przedłużać dla bogatych i że nie powinniśmy ryzykować wyboru Romneya.

Opinia publiczna chciałaby jednak jakichś szerszych idei od prezydenta; chciałaby też wiedzieć, co właściwie zrobi w drugiej kadencji, żeby wyciągnąć nas z dołka. Opublikowane w zeszłym tygodniu sondaże “New York Times’a” i CBS-News wskazują, że większość wyborców wierzy, że prezydent “może wiele zdziałać” w sprawie gospodarki. To niemal dwucyfrowy wzrost w stosunku do jesieni roku 2011.

Reich: Dlaczego gospodarka nie może wrzucić drugiego biegu?

Prezydent mógłby zaproponować nowy wariant agencji Work Progress, wzorowany na programie tworzenia miejsc pracy z czasów Wielkiego Kryzysu, który pozwolił zatrudnić tysiące bezrobotnych Amerykanów do odbudowy infrastruktury kraju, albo też coś w rodzaju ówczesnego Obywatelskiego Korpusu Ochrony Środowiska. Mógłby zgłosić pomysł trwałego zwolnienia pierwszych 25 tysięcy dolarów dochodu z podatku od wynagrodzeń, a utracone wpływy do budżetu nadrobić poprzez zniesienie górnego progu dochodów, który podlega opodatkowaniu. Mógłby zaproponować przywrócenie ustawy Glassa-Steagalla i podzielić wielkie banki tak, żeby Wall Street nie spowodowała kolejnej katastrofy finansowej.

Nie usłyszymy jednak niczego na te tematy ani czegoś podobnego, ponieważ Biały Dom nie chce podejmować żadnego ryzyka. Sondaże dają Obamie leciutką przewagę w kluczowych ośmiu stanach, a zatem – myśli jego obóz – po co mówić coś, co mogłoby wystawić Obamę na cel Romneya i Republikanów? Poza tym sondaże wskazują, że Romney nie jest specjalnie lubiany przez wyborców. I dlatego Obama zdecydował się prowadzić kampanię jako anty-Romney.

Romney z kolei gra jeszcze bardziej ostrożnie. Jego plan gospodarczy to tak naprawdę brak planu: więcej cięć podatków dla najbogatszych, nieokreślone cięcia wydatków i żadnych konkretów o tym, jak zamierza zredukować deficyt budżetowy. Od czasów Herberta Hoovera w roku 1928 żaden kandydat na prezydenta nie mówił równie mgliście o swoich pomysłach na rozwiązanie fundamentalnych problemów kraju.

Doradcy Romneya zakładają, że Obama raczej nie może zostać wybrany przy tak złym stanie gospodarki. Tylko 44 procent zarejestrowanych wyborców w opublikowanym na początku lipca sondażu “Washington Post” i ABC aprobowało działania prezydenta w kwestiach gospodarczych, a 54 nie aprobowało. Jeszcze bardziej budujący dla Romneya może być fakt, że 41 procent ankietowanych “zdecydowanie” nie pochwala wyników gospodarczych Obamy, podczas gdy tylko 21 procent “zdecydowanie” je pochwala – silne emocje są nierówno podzielone.

Mitt Romney, czyli prezydent kasyna – czytaj komentarz Roberta Reicha z “The Nation”

Doradcy Romneya stwierdzili zatem, że wszystko, co ich kandydat ma do zrobienia do wyborów, to unikać błędów, które dałyby Obamie i Demokratom okazję do ataku. Romney zdecydował się zatem prowadzić kampanię jako anty-Obama.

Obie strategie pt. byle-nie-ten-drugi świetnie wpasowują się w kampanie negatywne, które dopiero co się zaczęły, ale naprawdę gigantyczną skalę osiągną dopiero po Święcie Pracy [3 września – przyp. tłum.]. Wiele z nich będzie finansowanych przez tzw. Super PACs i polityczne zrzeszenia, które już przyjmują setki milionów dolarów w niejawnych dotacjach. Obóz Romneya ma nadzieję pokonać pod tym względem Obamę stosunkiem niemal dwa do jednego.

Cokolwiek stanie się w dniu wyborów, następny prezydent będzie musiał się zmierzyć z dwiema trudnościami. Opinia publiczna nie będzie miała okazji poprzeć żadnych nowych idei czy śmiałych planów, co oznacza, że prezydent nie będzie miał wyraźnego mandatu do przeprowadzenia jakichkolwiek zmian w gospodarce. Jedyną rzeczą, o jakiej zadecyduje opinia publiczna, będzie to, którego z kandydatów boi się bardziej i któremu mniej ufa. Co z kolei oznacza, że zwycięzcę obciąży przekonanie niemal połowy elektoratu, że to kanalia, albo i jeszcze gorzej.

Najgorsza sytuacja gospodarcza od czasu Wielkiego Kryzysu – a tymczasem mamy antywybory, które następnemu rezydentowi Gabinetu Owalnego tylko utrudnią zrobienie czegokolwiek.

Tekst pochodzi ze strony http://robertreich.org

Tłum. Michał Sutowski

*Robert B. Reich – jest jednym z wiodących amerykańskich ekspertów do spraw ekonomii i zatrudnienia. Profesor na wydziale polityki społecznej Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley. Przez trzy kadencje pracował w administracji państwowej, m.in. jako sekretarz pracy w gabinecie prezydenta Billa Clintona. Magazyn „Time” wybrał go do dziesiątki najbardziej efektywnych sekretarzy minionego stulecia. Opublikował 13 książek. Jest jednym z najaktywniejszych komentatorów życia publicznego w USA. 

Bio

Robert Reich

| Amerykański polityk i ekonomista
Profesor polityki społecznej na Uniwersytecie w Berkeley, były sekretarz pracy w administracji Billa Clintona. Magazyn „Time” uznał go za jednego z dziesięciu najskuteczniejszych członków amerykańskiego rządu w ostatnim stuleciu.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.