Serwis klimatyczny, Świat

Naomi Klein: Zderzyliśmy się ze ścianą. Z tej planety nie da się więcej wycisnąć

Naomi Klein

11 listopada 2016 r. Naomi Klein odebrała nagrodę Sydnejskiej Fundacji Pokojowej. Publikujemy wystąpienie, jakie wygłosiła wtedy w Sydney.

Na początku chcę się pokłonić starszyźnie ludu Gadigal i ludu Eora, tej minionej i tej obecnej, bo to na ich ziemi dziś się zebraliśmy.

Będę dziś mówić o tym, że w naszej kulturze potrzeba nowych opowieści, którymi tłumaczymy sobie świat: takich, które w odróżnieniu od dotychczasowych nie będą nastawiać nas przeciwko sobie i przeciwko Ziemi. A naszymi najważniejszymi przewodnikami w tej wielkiej transformacji powinni być rdzenni mieszkańcy, którzy pielęgnują swoją pamięć i zwyczaje od dziesiątków tysięcy lat.

Dlaczego wszyscy powinni przeczytać nową Klein

Dziękuję Davidowi Hirschowi za ten ogromny zaszczyt. Dziękuję członkom i członkiniom jury Sydnejskiej Nagrody Pokojowej. Dziękuję Senatorowi Patrickowi Dodsonowi za ciepłe słowa i za całą pańską pracę. A przede wszystkim chcę podziękować tym, którzy są tu z nami na scenie, szczególnie artystom i artystkom.

Dziękuję mojemu mężowi Avi Lewisowi, który jest moim partnerem w każdym przedsięwzięciu. I Tomie, naszemu czteroletniemu synkowi, który też tu z nami jest i stara się być bardzo grzeczny.

Na tej sali są też ludzie, którzy z całych sił walczą o czystą ziemię i czystą wodę, którzy robią, co mogą, by wydobycie węgla, ropy naftowej i gazu łupkowego nie zdewastowało tej ziemi doszczętnie. Którzy chronią całą planetę przed katastrofalnymi skutkami globalnego ocieplenia.

Od dwóch tygodni robię notatki do tego wystąpienia. Wiedziałam, że powinnam przygotować dwie wersje: jedną na wypadek zwycięstwa Hillary Clinton, a drugą, gdyby zwyciężył Trump.

Ale nie mogłam się zmusić do napisania tej drugiej wersji. Palce zastrajkowały mi nad klawiaturą. Teraz widzę, że zaniedbałam swoje obowiązki. Dlatego wybaczcie, jeśli będę mówić nieskładnie. Mówię do was na gorąco, na gorącej planecie.

Jeśli ze zwycięstwa Donalda Trumpa płynie jakaś jedna, fundamentalna lekcja, to chyba taka: nigdy, przenigdy nie wolno lekceważyć siły nienawiści. Nie wolno nie doceniać, jak pociągająca jest perspektywa sprawowania władzy nad „innymi”: migrantami, muzułmanami, czarnymi, kobietami. Szczególnie w ciężkich czasach kryzysu.

Bo kiedy biali mężczyźni tracą grunt pod nogami i czują, że dzieje się im krzywda – a jest ich wielu i wychował ich system społeczny, w którym ich życie liczy się bardziej od życia innych ludzi – wtedy wpadają w furię. W tym oburzeniu nie ma nic złego. Nie brakuje ku niemu słusznych powodów.

Jednak żyjemy w kulturze, która systematycznie wynosi życie jednych ludzi ponad życie innych. A w takiej kulturze erupcję społecznego gniewu pokrzywdzonych zbyt łatwo może przechwycić byle demagog, jeśli tylko obieca, że przywróci im dominującą pozycję w społeczeństwie – choćby ta dominacja była tylko złudzeniem. Zbudujemy mur. Niepożądane jednostki zamkniemy w więzieniach. Deportujemy z kraju. Bez wyjątku, bez odwołania. Zrobimy z nimi, co będziemy chcieli. Pokażemy, kto tu rządzi.

Czego jeszcze może nas nauczyć ta nowa rzeczywistość, która trwa od dwóch dni i w której Trump jest prezydentem USA?

Po pierwsze: tego, że ciężkie czasy nastały na dobre i nieprędko przeminą. Czterdzieści lat neoliberalnej polityki prywatyzacji, deregulacji, wolnego handlu i zaciskania pasa zrobiło swoje.

Po drugie: neoliberalny konsensus poniósł klęskę, a przywódcy, którzy go reprezentują, nie są w stanie stawić czoła demagogom i neofaszystom. Nie mają nic konkretnego do zaoferowania, za to uważa się ich – całkiem słusznie! – za tych, którzy doprowadzili do obecnego stanu.

Jedynym realnym lekarstwem będzie odważny i konsekwentny program redystrybucji. Tylko taki projekt może odpowiedzieć na społeczny gniew i skierować go przeciwko rzeczywistym sprawcom ludzkich cierpień: przeciwko elitom, które kupują polityków i gromadzą bajeczne fortuny z wyprzedaży publicznego majątku; przeciwko tym, którzy zatruwają nam ziemię, wodę i powietrze; przeciwko tym, którzy zderegulowali sektor finansowy.

Jest jeszcze jedna lekcja, jaką trzeba wyciągnąć z wyniku wyborów w Ameryce. Jeśli chcemy pokonać Trumpa i jemu podobnych – a każdy kraj ma swoją wersję Trumpa – musimy dostrzec rasizm i mizoginię także w naszej kulturze, w naszych ruchach społecznych i w nas samych. A potem musimy się z nimi zmierzyć.

To nie jest coś, czym można się zająć na boku, w wolnym czasie. Rasizm i mizoginia miały decydujące znaczenie dla zwycięstwa Trumpa. Jego wyborcy chętnie teraz mówią, że zagłosowali na niego pomimo wszystkich jego antykobiecych i rasistowskich ekscesów. Popierają go w sprawie traktatów o wolnym handlu. Chcą przywrócenia miejsc pracy w przemyśle. Podoba im się, że nie jest waszyngtońskim insiderem.

Wybaczcie, ale nie ma tak dobrze. Nie można oddać głosu na człowieka, który otwarcie jątrzy przeciwko innym rasom, kobietom, osobom LGBTQ czy osobom z niepełnosprawnością, jeśli w głębi duszy nie żywi się przekonania, że te względy nie mają większego znaczenia. Że życie tych innych ludzi liczy się mniej niż własne. Nie można oddać głosu na Trumpa, jeśli nie jest się gotowym poświęcić tych „innych” dla własnej spodziewanej korzyści.

Jednak to nie wyborcy Trumpa są w tym wszystkim najważniejsi ani to, jak sobie tłumaczą świat. Do tego groźnego punktu w naszej historii przywiodły nas także mity, które postępowa strona politycznego spektrum opowiada sobie o „innych”. Na przykłada taki, że kiedy demonstrujemy przeciwko wojnie, walczymy z nierównościami ekonomicznymi albo ratujemy planetę przed skutkami zmian klimatycznych, najwięcej skorzystają na tym czarni i rdzenne ludy świata, bo to im obecny system przysparza najwięcej cierpień.

Tak też się nie da. Zbyt długa i zbyt bolesna jest historia lewicowych ruchów, które w słusznej walce o ekonomiczną sprawiedliwość zostawiały na lodzie kobiety i wszystkich nie-białych robotników.

Jeśli chcemy mieć ruch, który nikogo nie wyklucza, potrzebujemy planu, który od samego początku obejmie wszystkich tych, którzy cierpią największe wykluczenie i których obecny system traktuje z największą brutalnością. To oni muszą takiemu ruchowi przewodzić. Kilka miesięcy temu wybitny kanadyjski pisarz i intelektualista Rinaldo Walcott rzucił wyzwanie białym liberałom i lewicowcom. Napisał tak:

Czarni umierają na ulicach naszych miast, idą na dno, próbując przedostać się przez morze, giną w wojnach o zasoby, które nie oni wywołali (…) Jest oczywiste, że życie czarnych ludzi ceni się i rozporządza nim w sposób nieporównywalny z tym, jak traktuje się życie ludzi z innych grup etnicznych.

Ta marginalizacja nie ma sobie równych. Dlatego postuluję, by realizację każdego politycznego przedsięwzięcia na kontynencie północnoamerykańskim uzależnić od jednego prostego testu: przedsięwzięcie to musi poprawiać opłakaną kondycję czarnych na kontynencie (…) Polityka, która nie spełnia tego warunku, jest polityką od samego początku wadliwą.

Warto się poważnie zastanowić nad tą propozycją. Zdaję sobie sprawę, że również i moja dotychczasowa praca często nie spełniała tego warunku. Jednak sytuacja, w jakiej się dziś znajdujemy, wymaga, aby ci, którzy mówią o pokoju, sprawiedliwości i równości, podjęli to wyzwanie.

W walce na rzecz klimatu jest jasne, że nie zbierzemy sił niezbędnych do zwycięstwa, jeśli nie oprzemy polityki klimatycznej na sprawiedliwości – przede wszystkim sprawiedliwości rasowej, ale również płciowej i ekonomicznej.

Jest tylko jedna droga do przodu, a tą drogą jest – jak to się dzisiaj mówi – „intersekcjonalność”. Nic nam nie przyjdzie z licytowania się, czyj kryzys jest bardziej palący: czy wojna jest ważniejsza od klimatu, czy klimat jest ważniejszy od walki klas, czy walka klas jest ważniejsza od walki z dyskryminacją płciową i genderową, czy dyskryminacja jest gorsza od rasizmu. Bo taka licytacja kończy się tym, że prezydentem Stanów Zjednoczonych zostaje Trump.

Albo będziemy walczyć o przyszłość, w której jest miejsce dla wszystkich ludzi – począwszy od tych, w których najmocniej uderza dziś niesprawiedliwość i wykluczenie – albo będziemy nadal przegrywać. A dziś nie ma już na to czasu. Klimat, kapitalizm, kolonializm, niewolnictwo – wszystkie te kwestie są ze sobą ściśle związane. Ale świadomość tych powiązań przynosi swego rodzaju ulgę. Bo to rzeczywiście są wątki jednej, wspólnej historii.

Poczułam to dojmująco tydzień temu, gdy odwiedziłam Wielką Rafę Koralową. Dziennikarze z „Guardiana” nakręcili tam krótki reportaż, mogliście go już widzieć.

Nurkowaliśmy u wybrzeży Port Douglas. Patrzyliśmy na zbielałą, martwą rafę koralową, a mnie przychodził na myśl kapitan James Cook. Myślałam o tym, ile różnych sił zbiegło się w czasie właśnie wtedy, gdy na te wody wpłynął HMS Endeavor.

Naomi Klein: Równość klasowa, płciowa i rasowa to koszmar populistycznej prawicy

Jak wie każdy, kto uczył się historii Australii, Cook przybył do Queensland w 1770 roku. Zaledwie sześć lat później na rynek trafiła maszyna parowa Jamesa Watta i dramatycznie spotęgowała tempo rewolucji przemysłowej. Od tej chwili kapitalizm napędzała już nie tylko niewolnicza praca w koloniach, ale i para, a więc węgiel. W tym samym 1776 roku Adam Smith opublikował Bogactwo narodów – podręcznik współczesnego kapitalizmu. A Stany Zjednoczone właśnie ogłosiły się niepodległym państwem.

Kolonializm, niewolnictwo, węgiel i kapitalizm – cztery nierozerwalnie splecione nurty, z których wyłonił się współczesny świat.

Australia narodziła się właśnie wtedy, u zarania kapitalizmu, którego paliwem był węgiel. Grabież ziemi (wtedy), zmiana klimatu (dzisiaj) i społeczno-ekonomiczne teorie, które niezmiennie racjonalizują te procesy – wszystko to układa się w jedną całość. Żyjemy dziś w klimacie, który w bardzo realnym sensie zgotował nam kapitan Cook.

Kolonializm, niewolnictwo, węgiel i kapitalizm – cztery nierozerwalnie splecione nurty, z których wyłonił się współczesny świat.

Jeden fakt wydał mi się szczególnie znaczący: HMS Endeavour, na którym James Cook dotarł do wybrzeży Australii, nie powstał jako okręt marynarki wojennej ani jako statek naukowy. Nie zbudowano go po to, by odkrywał tajemnice biologii i astronomii, a w międzyczasie zagarniał olbrzymie połacie kuli ziemskiej, bez pytania ich mieszkańców o zgodę, ku chwale Korony brytyjskiej.

Nic z tych rzeczy. HMS Endeavor zbudowano w 1764 roku do transportu brytyjskiego węgla. Gdy odkupiła go marynarka, wymagał gruntownej i kosztownej przebudowy, zanim James Cook i Joseph Banks mogli wypłynąć nim na ocean. Jest zatem jakaś konsekwencja w tym, że statek, który przyłączył do Wielkiej Brytanii Queensland i Nową Południową Walię, powstał jako węglowiec.

Czy może dziwić, że rząd Australii jest po uszy zakochany w węglu? Czy może dziwić, że nawet ekologiczna katastrofa, jaką jest bielenie i wymieranie Wielkiej Rafy Koralowej, nie skłoniła władz stanu Queensland do zrewidowania polityki opartej wyłącznie na węglu?

Jak sześć lat temu powiedziała w tym miejscu Vandana Shiva, u podłoża tego kryzysu leży „ekonomia, która nie respektuje żadnych ograniczeń: ani tych, które wynikają z wytrzymałości środowiska naturalnego, ani tych, które nakłada etyka”. Zachłanność tej gospodarki nie stawia sobie żadnych ograniczeń. Czerpiemy pełnymi garściami, jak gdyby zasoby Ziemi nigdy nie miały się wyczerpać i jak gdyby ta zachłanność miała na zawsze pozostać bezkarna. Kultura grabieży.

Dziś doświadczamy jej logicznych konsekwencji. Najpotężniejszy kraj świata wybrał sobie na prezydenta Donalda Trumpa. Człowieka, który też uważa, że może bezkarnie brać, co chce.

Który chełpi się tym, że wykorzystuje seksualnie kobiety bez pytania ich o zgodę. Który oświadczył, że po inwazji na Irak „cała iracka ropa powinna należeć do nas”. Który za nic ma prawo międzynarodowe.

Ale ta zachłanność nie jest jedynie domeną Trumpa. Mamy do czynienia z epidemią. Grabież ziemi. Grabież zasobów naturalnych. Grabież nawet nieba – bo zatruwamy atmosferę w takim stopniu, że wkrótce nie będzie czym oddychać.

A teraz w tym pędzie do rabowania wszelkich możliwych zasobów zderzyliśmy się ze ścianą. Z tej planety nie da się więcej wycisnąć. O tym świadczy zmiana klimatu. Świadczą o tym wojny, które nie mają końca. Świadczy o tym fakt, że Trump został prezydentem. Jedyne, co możemy jeszcze zrobić, to pożegnać się z kulturą zachłanności i zastąpić ją kulturą przyzwolenia i troski o planetę i o siebie wzajemnie.

Cieszę się, że mogę być z wami w tych trudnych czasach.

Wiadomość o przyznaniu mi Sydnejskiej Nagrody Pokojowej za pracę na rzecz klimatu odebrałam jako wielki zaszczyt. Wśród jej laureatek i laureatów są moi osobiści bohaterowie: Arundhati Roy, Noam Chomsky, Vandana Shiva, Desmond Tutu i wielu innych. To wspaniałe uczucie, zostać zaproszoną do tego grona.

Więc ten telefon sprawił mi wielką radość. Ale po chwili ogarnęły mnie wątpliwości. Po pierwsze: dlaczego akurat ja? W książkach i reportażach opieram się na pracy tysięcy aktywistek i aktywistów z całego świata, którzy na całym świecie walczą o sprawiedliwość klimatyczną – często o wiele dłużej niż ja.

Miałam też wątpliwość natury praktycznej: Czy przyjęcie nagrody usprawiedliwia ślad węglowy, jaki wytworzę, lecąc aż do Australii? Nadal nie jestem tego pewna.

Przyjaciele z Australii zwrócili mi jednak uwagę, że wasz kraj jest największym na świecie eksporterem węgla, a sprzedaje go bezpośrednio tym krajom, w których emisja dwutlenku węgla rośnie najszybciej. Jeśli nic się nie zmieni, wkrótce Australia stanie się również największym eksporterem skroplonego gazu ziemnego.

Podczas gdy wiele krajów zamraża lub ogranicza wydobycie węgla, wasz premier jest nieugięty. Twierdzi, że kraj pozostanie na węglowym kursie przez „wiele, wiele dziesięcioleci” – a więc na długo po tym, kiedy zgodnie z porozumieniem zawartym w Paryżu powinniśmy wygasić ostatnie elektrownie węglowe.

Kanada, pod rządami naszego poprzedniego premiera, stanowiła niezdrową konkurencję dla Australii. Dziś nasz nowy premier Justin Trudeau przynajmniej mówi to, co chcemy usłyszeć, chociaż za słowami nie idą jeszcze czyny.

Kilka dni temu powiedziałam, że Australia pokazuje reszcie świata usmarowany sadzą środkowy palec, ale na szczęście jest w tym osamotniona. Dziś niestety muszę to skorygować: gdy Donald Trump wprowadzi się w styczniu do Białego Domu, Malcolm Turnbull nie będzie już sam.

Znajomi przekonywali mnie więc, że uwaga mediów, jaka towarzyszy przyznaniu tej nagrody, wesprze ich działalność tu, w Australii. A czekają ich niezwykle trudne zadania. Blokowanie realizacji nowych projektów eksploatacji paliw kopalnych, takich jak budowa gigantycznej kopalni węgla na terytorium ludów Wangan i Jagalingou. Powstrzymanie budowy gazociągu Northern Gas Pipeline, który spowoduje, że wielkie połacie Terytorium Północnego pokryją instalacje do szczelinowania hydraulicznego.

Nie sposób przecenić wagi tego oporu. Gigantyczne projekty, o których mowa, oznaczają wydobycie węgla, którego – jak wiemy – nie wolno nam już spalić. Eksploatacja tych złóż spowoduje emisję takich ilości dwutlenku węgla i metanu, że przekroczą one nie tylko ostrożne limity, jakich dla dobra klimatu zgodziła się dochować Australia, ale tak zwany budżet węglowy całego świata.

Arytmetyka jest prosta. W Paryżu rządy naszych państw – także rząd Australii – umówiły się, że nie dopuszczą do ocieplenia klimatu o więcej niż 2 stopnie Celsjusza, a jednocześnie „dołożą starań”, by ocieplenie nie przekroczyło półtora stopnia Celsjusza.

Ten cel – a jest to cel ambitny – narzuca całej ludzkości ograniczony budżet węglowy, czyli łączną ilość węgla, jaką możemy jeszcze spalić i wyemitować do atmosfery, by zmieścić się w założonych granicach ocieplenia klimatu, a kilku małym wyspiarskim krajom dać cień szansy przetrwania.

Dzięki przełomowym badaniom waszyngtońskiego instytutu Oil Change International dziś już wiemy, że jeśli spalimy całą ropę, gaz i węgiel z tych złóż, które już teraz eksploatujemy, wówczas globalne ocieplenie prawdopodobnie przekroczy założone 2 stopnie Celsjusza, a z pewnością przekroczy półtora stopnia.

Pod żadnym pozorem nie wolno nam zrobić tego, co usiłują zrobić koncerny wydobywcze z usilną pomocą waszego rządu: stawiać nowych kopalń, nowych platform wiertniczych i nowych instalacji do szczelinowania hydraulicznego. Złoża, z których jeszcze nie wydobywamy, muszą pozostać w ziemi.

A co trzeba robić? To też wiemy. Rozważnie uniezależnić się od tych źródeł paliw kopalnych, z których nadal korzystamy, a jednocześnie możliwie jak najszybciej przechodzić na odnawialne źródła energii – tak aby w połowie wieku 100 procent energii pochodziło z czystych źródeł. Mamy powody do optymizmu. Po pierwsze taki, że jest to technicznie możliwe już dziś. Po drugie, przechodzenie do gospodarki wolnej od węgla może stworzyć na całym świecie miliony dobrze płatnych miejsc pracy – przy produkcji energii z odnawialnych źródeł, przy modernizacji budynków i instalacji, przy oczyszczaniu ziemi i wody albo w transporcie publicznym.

Jeszcze większym powodem do optymizmu jest to, że transformacja energetyczna może pociągnąć za sobą transformację społeczną. Daje niepowtarzalną okazję przekształcenia społeczeństwa na takie, które będzie pod każdym względem bardziej sprawiedliwe i w którym życie żadnego człowieka nie będzie liczyć się mniej niż życie innych ludzi.

Jak tego dokonać? Wszędzie, gdzie to możliwe, infrastruktura do produkcji energii odnawialnej musi znajdować się pod kontrolą lokalnych społeczności i spółdzielni. Dzięki temu decyzje o zagospodarowaniu terenu będą podejmowane demokratycznie, a zyski z produkcji energii sfinansują niezbędne usługi publiczne na miejscu.

Wiemy, że od dwustu lat uzależnienie od brudnej energii najsilniej uderza w najsłabsze i najuboższe społeczności, szczególnie w nie-białych, ludność rdzenną i imigrantów. To ci, którym odebrano i skażono ziemię, by wydobyć z niej surowce. To ci, którzy mieszkają tuż obok najbardziej toksycznych rafinerii i elektrowni.

Dlatego ludność rdzenna i inne zbiorowości, które ponoszą największe koszty obecnego systemu, muszą w pierwszej kolejności otrzymać środki publiczne. Bo to one muszą stać się właścicielami projektów „zielonej energii” i to one muszą nimi zarządzać, a wszelkie zyski z tych projektów, nowe miejsca pracy i nowe kwalifikacje pracowników muszą trafić właśnie do nich.

To pierwszy i najważniejszy postulat ruchu na rzecz sprawiedliwości klimatycznej, któremu przewodzą społeczności nie-białych. Są miejsca na świecie, gdzie takie projekty są już spontanicznie realizowane. Zbyt często jednak oczekuje się, że te najuboższe społeczności samodzielnie zbiorą środki na inwestycje w zieloną energię.

To stawianie sprawy na głowie. Sprawiedliwość klimatyczna oznacza, że to im należy się publiczne wsparcie. To i tak kropla w oceanie reparacji, które się im należą.

Przed kilkoma miesiącami amerykański ruch Movement For Black Lives przedstawił obszerny pakiet konkretnych reform, które pomogłyby w zwalczaniu wielu rodzajów przemocy, jaka spotyka dziś czarnych w Ameryce. Ich program pokazuje też, jak można prowadzić politykę w duchu sprawiedliwości klimatycznej.

Sprawiedliwość klimatyczna wymaga także pełnoprawnego i demokratycznego uczestnictwa robotników, którzy dotychczas znajdowali zatrudnienie w wysokoemisyjnych sektorach gospodarki, a którzy pracę w kopalniach węgla i rafineriach ropy często okupili własnym zdrowiem. Nikogo nie wolno pozostawić własnemu losowi. To podstawowy warunek.

Dwa dni temu w Canberrze plan takiej transformacji zaczęły szkicować australijskie związki zawodowe.

Podam dwa przykłady z własnego podwórka. Robotnicy naftowi z prowincji Alberta założyli organizację o nazwie „Iron and Earth”. Domagają się od władz Kanady wprowadzenia programu dla zwalnianych pracowników, który umożliwiłby im zdobycie nowych kwalifikacji i zapewniłby im pracę przy instalowaniu paneli słonecznych – na początek w budynkach użyteczności publicznej, na przykład w szkołach. To znakomity pomysł i trudno znaleźć kogoś, kto by go nie popierał.

Drugi przykład dotyczy poczty. Kanadyjska poczta zamyka placówki, rezygnuje z doręczania przesyłek w pewnych obszarach kraju, mamy do czynienia nawet z próbami sprzedania całej państwowej poczty korporacji FedEx. Typowa polityka zaciskania pasa – jak wszędzie.

Nowojorski eksperyment – brooklyńska mikrosieć

Nasi pocztowcy uznali, że nie będą walczyć o najlepszy możliwy deal w ramach tej zgubnej logiki. Opracowali własny plan. Chcą, aby każdy urząd pocztowy stał się lokalnym ośrodkiem zielonej transformacji. Okoliczni mieszkańcy mogliby doładować tam akumulatory swoich elektrycznych pojazdów albo ominąć wielkie banki i dostać kredyt na założenie spółdzielni energetycznej. Listonosze doręczaliby nie tylko przesyłki pocztowe, ale także warzywa i owoce z lokalnych upraw, a przy okazji odwiedzaliby samotne osoby w podeszłym wieku.

Tak mogą wyglądać oddolne, demokratycznie sporządzone plany sprawiedliwej transformacji energetycznej. Potrzebujemy takich pomysłów na całym świecie.

Niektórzy protestują: ile to będzie kosztować! Na całe szczęście żyjemy w czasach bezprecedensowego bogactwa zgromadzonego w prywatnych rękach. Na początek można i trzeba sięgnąć do zysków branży paliw kopalnych – i tak skazanej już na wymarcie – i wydać te pieniądze na sprawiedliwość klimatyczną. Na dotacje dla transportu publicznego i tanich, odnawialnych źródeł energii. Na wsparcie dla ubogich krajów, by pomóc im zerwać z paliwami kopalnymi i przejść prosto na źródła odnawialne. Na pomoc dla migrantów – bo jednych wypędziły z domów wojny o ropę, traktaty o wolnym handlu, susze i inne klęski spowodowane zmianą klimatu, a innym firmy wydobywcze z najbogatszych krajów świata zatruły toksycznymi substancjami ziemię uprawną.

Zyski zgromadzone przez trucicieli możemy też zainwestować w te sektory, które już dziś są niskoemisyjne. Nie tylko w tak zwane zielone technologie. Praca nauczycieli też jest niskoemisyjna. Opieka nad chorymi jest niskoemisyjna. Praca artystów i dziennikarzy mediów służących interesowi publicznemu jest niskoemisyjna.

Inwestujmy więc w te sektory, które wymiernie podnoszą jakość życia. Stwórzmy społeczeństwa, które troszczą się o ludzi zamiast wyciskać z nich ostatnie soki w imię sztucznie wywołanego kryzysu i rzekomego lekarstwa na ten kryzys, jakim jest polityka zaciskania pasa.

Naomi Klein: Zmiany klimatyczne zmiotą neoliberalny kapitalizm

Podstawowa sprawa: gdy będziemy naprawiać klimat, musimy jednocześnie naprawić sprawiedliwość. Więcej: oczyszczając środowisko, musimy zacząć naprawiać krzywdy wyrządzone u zarania naszych państw. Grabież ziemi. Ludobójstwo. Niewolnictwo. Najpotworniejsze ze wszystkich zbrodni. Bo od dziesięcioleci odwlekamy nie tylko działania w sprawie klimatu. Odwlekamy i spowalniamy realizację elementarnych potrzeb sprawiedliwości i zadośćuczynienia. A teraz doszliśmy do ściany i skończył nam się czas.

Te rzeczy, o których mówię, trzeba zrobić, bo są słuszne i sprawiedliwe. Ale również dlatego, że są niegłupie. Nie osiągniemy znaczącej redukcji emisji wysiłkami samych tylko obrońców i obrończyń środowiska. To nie jest przytyk pod ich adresem – po prostu zadanie przerasta siły każdego pojedynczego ruchu. Mówimy o wielkiej transformacji, o rewolucyjnej zmianie. O tym, żeby inaczej żyć, inaczej pracować i inaczej konsumować.

Do takiej zmiany potrzeba wielkiego sojuszu wszystkich postępowych sił: związków zawodowych, ludności rdzennej, ruchów broniących praw imigrantów, ruchów lokatorskich, miejskich, nauczycielek, pielęgniarek, lekarzy i lekarek, artystów i artystek. Jeśli chcemy zmienić dosłownie wszystko, wszyscy muszą mieć w tym swój udział.

A żeby stworzyć tak wielką koalicję, trzeba ją oprzeć na zasadzie sprawiedliwości. Sprawiedliwości ekonomicznej. Rasowej. Płciowej i genderowej. Sprawiedliwości dla migrantów. Sprawiedliwości historycznej. Sprawiedliwość nie ma być dekoracją, ale fundamentem tego ruchu.

Naukowiec z UW udowadnia: Globalne ocieplenie to mit!

Będzie to możliwe pod jednym warunkiem: że przywództwo takiej koalicji obejmą ci, którym dotychczasowy brak sprawiedliwości wyrządził największą krzywdę. Znakomicie to wczoraj ujęła Murrawah Johnson, młoda liderka rdzennego ruchu, który blokuje budowę gigantycznej kopalni Carmichael: „Ludzie muszą się nauczyć ustępować”.

Nie dlatego, że tak każe „poprawność polityczna”, ale dlatego, że sprawiedliwość tu i teraz to jedyne, co daje ludowym ruchom motywację do tego, by duchem i ciałem rzucić się do walki.

Nie chodzi o to, żeby brać udział w demonstracjach i podpisywać petycje – chociaż na to też jest czas i miejsce. Chodzi o konsekwentny, codzienny, długi marsz ku społecznej transformacji. A siłę i wytrwałość w tym marszu daje właśnie ta przemożna potrzeba: pragnienie sprawiedliwości.

Do takiej walki potrzeba wojowników, ale przecież nikt nie stanie do walki z cząsteczkami dwutlenku węgla w powietrzu. Walczymy o czystą wodę, o dobre szkoły, o godne miejsca pracy, których tak rozpaczliwie brakuje, o służbę zdrowia dla wszystkich, o połączenie rodzin, które rozdzieliły wojny albo nieludzka polityka imigracyjna.

Dobrze wiecie, że bez sprawiedliwości nie będzie pokoju. To założycielska dewiza Sydnejskiej Fundacji Pokojowej. Musimy jednak zrozumieć coś jeszcze: bez sprawiedliwości nie będzie przełomu w kwestii zmian klimatycznych.

Odbieram nagrodę pokojową, a mówię do Was wojowniczym językiem. Wybaczcie! Ale tak, to jest prawdziwa walka i rozpaczliwie potrzeba w niej wojowniczego ducha. Bo ludzkość ma w tej walce dużo do wygrania, ale koncerny paliwowe mają diabelnie dużo do stracenia. Zasoby węgla, ropy i gazu, które są jeszcze pod ziemią i których nie wolno nam spalić, to biliony dolarów zysku. Zasoby, które już eksploatujemy. Nowe zasoby, na poszukiwanie których idą miliardy dolarów rocznie.

Klein: Walczmy, zanim wszyscy trafimy przeżuci na hałdę

Są jeszcze politycy, którzy związali z nimi swoją karierę. Oni też mogą dużo stracić. Nie tylko sponsorów kampanii wyborczych, ale również intratne posady w zarządach koncernów wydobywczych, kiedy odejdą z urzędu.

Jednak najważniejsze w tym wszystkim są pieniądze, które płyną szerokim strumieniem, kiedy nie trzeba myśleć ani niczego planować – wystarczy kopać w ziemi. W tej chwili Australia zarabia krocie na eksporcie węgla do Chin. To nie jest jedyny sposób na dopięcie budżetu państwa, ale z pewnością najłatwiejszy. nie trzeba głowić się nad planami rozwojowymi ani ryzykować podnoszenia podatków korporacjom i właścicielom największych fortun, którzy mogą nas zniszczyć kampanią w mediach i nawet nie poczują, ile na nią wydali.

Wystarczy lekką ręką rozdać koncesje, wykreślić kilka paragrafów z ustaw o ochronie środowiska, ograniczyć prawo do zgromadzeń publicznych, uzasadnione spory prawne nazwać „zieloną wojną”, a ekologów zmieszać z błotem w prasie Ruperta Murdocha. Załatwione!

To jest ten wygodny układ, który ruch ludności rdzennej i ruch na rzecz sprawiedliwości klimatycznej są w stanie rozbić. Dlatego nikogo nie powinno zaskakiwać, co specjalny sprawozdawca ONZ Michel Forst napisał miesiąc temu o sytuacji obrońców praw człowieka w Australii:

Zaskoczyła mnie góra dowodów na wielorakie środki nacisku, jakiemu poddaje się australijskie społeczeństwo obywatelskie. Z najwyższym zdumieniem przysłuchiwałem się, jak wysocy urzędnicy państwowi publicznie szkalują obrońców praw człowieka – najwyraźniej próbując ich zdyskredytować, zastraszyć i odwieść od kontynuowania ich legalnych działań.

Taką nieczystą grę prowadzi się przeciwko ludziom, którzy podejmują się najważniejszego w tym kraju zadania – ochrony najsłabszych ekonomicznie społeczności i wrażliwych ekosystemów przed inwazją wielkiego przemysłu. Niewiele potrzeba, aby taka polityczna i medialna nagonka przeobraziła się w fizyczne represje i pociągnęła za sobą realne ofiary – to też już wiemy.

Tak się dzieje na całym świecie, gdy obrońcy ziemi usiłują powstrzymać budowę kopalń i tam. Osiem miesięcy temu w Hondurasie zamordowano Bertę Caceras, rdzenną aktywistkę klimatyczną, jedną z największych ludowych bohaterek naszych czasów.

To samo widzimy w Indiach i na Filipinach, gdzie lokalne społeczności próbują blokować budowę elektrowni węglowych, które zagrażają ich źródłom wody pitnej. To już nie metaforyczna, ale prawdziwa, krwawa wojna. Do demonstrantów strzela się z ostrej amunicji.

Według raportu organizacji strażniczej Global Witness ta wojna zaostrza się na całym świecie:

W 2015 roku co tydzień mordowano co najmniej trzy osoby, które broniły ziemi, lasów i rzek przed niszczycielską ekspansją przemysłu (…) Te wstrząsające dane dowodzą, że ochrona środowiska naturalnego staje się nowym frontem walki o prawa człowieka. Na całym świecie wielki przemysł zagarnia coraz większe połacie ziemi, do których dotąd nie miał wstępu (…) Działacze, którzy próbują stawiać opór, coraz częściej giną od kul prywatnych ochroniarzy i państwowych służb mundurowych. Kwitnie rynek zabójstw na zlecenie.

W ocenie autorów reportu około 40 procent ofiar stanowią rdzenni mieszkańcy.

A to nie dzieje się tylko w tak zwanych krajach rozwijających się. Właśnie w tej chwili w Stanach Zjednoczonych, w Dakocie Północnej, oddziały policji wyglądające jakby przerzucono je prosto z Faludży brutalnie pacyfikują pokojowy protest rdzennej ludności. To także jeden z frontów tej wojny o planetę.

Siouxowie ze Standing Rock nie chcą dopuścić do budowy wielkiego rurociągu naftowego. Jeśli ta inwestycja powstanie, będzie realnym zagrożeniem dla jedynego źródła wody pitnej na tym obszarze, a zarazem pociągnie nas jeszcze mocniej ku destabilizacji klimatu. I za to do tych nieuzbrojonych obrońców ziemi policja strzela gumowymi kulami, razi ich gazem pieprzowym, ogłusza hałasem, szczuje psami, rozbiera do naga, przeszukuje i zamyka w ciasnych izolatkach nazywanych „psimi budami”.

Obawiam się, że sekowanie obrońców ziemi tu, w Australii – próby kompromitowania ich, delegitymizowania ich działań, otwarcie rasistowskie profilowanie rdzennych Australijczyków w mediach – wszystko to, przy jednoczesnym wzmacnianiu aparatu represji, przygotowuje grunt pod podobne ataki.

Więc chociaż nadal mam wyrzuty sumienia z powodu ilości paliwa, jaką trzeba było spalić, bym mogła tu dotrzeć, ogromnie się cieszę, że jednak tu jestem, nawet jeśli występuję przed wami jako ta przemądrzała i trochę zagubiona cudzoziemka, która was poucza, co macie robić. Ale tak się właśnie dzieje w Australii, a ten cudownie różnorodny kraj zasługuje na więcej.

Popkiewicz: Nie zjedzmy tej planety do ogryzka

A przy okazji – słyszeliście pewnie, że australijski węgiel to dar pomocy humanitarnej dla biednych w Indiach? Nie dajcie się na to nabrać. Indie są krajem, gdzie zanieczyszczenie środowiska spowodowane spalaniem węgla należy do największych na świecie, a zmiany klimatu już dziś najbardziej dają się we znaki. Kilka miesięcy temu w Delhi temperatury były tak wysokie, że topiły się drogi. Od 2013 roku ponad cztery tysiące osób zmarło z powodu upałów. W tym tygodniu skażenie powietrza jest tak wysokie, że ogłoszono stan alarmowy i zamknięto wszystkie szkoły w Delhi.

A tymczasem cena paneli słonecznych spada i już dziś prąd elektryczny z energii słonecznej może być tańszy niż z węgla. Tym bardziej, że energia słoneczna nie wymaga gigantycznej i drogiej infrastruktury i łatwo poddaje się społecznej kontroli.

Pewnie nie powinno nas dziwić, że rząd Australii owija węgiel wstążeczką i przedstawia jako prezent dla ubogich. To przecież ci sami ludzie, którzy na Manus i Nauru urządzili nieludzkie więzienia dla imigrantów, a reszcie świata sprzedają je jako przystanie ratujące rozbitków od śmierci. Ludziom w tym rządzie po prostu serca krwawią, gdy komuś dzieje się krzywda!

Ale nie muszę wam tego wszystkiego mówić. W Australii działa mnóstwo wspaniałych aktywistek i aktywistów, rdzennych i klimatycznych. Wasze zaproszenie to dla mnie zaszczyt.

Mówiłam już, że moja praca wspiera się na wysiłkach i osobistym poświęceniu wielu innych osób. Nie chcę poprzestać na podziękowaniach i deklaracjach, dlatego Avi i ja postanowiliśmy, że całą kwotę nagrody przekażemy ugrupowaniom, które działają na linii frontu, blokują rurociągi i tamy, a jednocześnie budują alternatywne rozwiązania oparte na zasadzie sprawiedliwości.

Będę się czuć najpewniej, robiąc to u siebie, w Kanadzie, bo tam nasze relacje z ruchami społecznymi są najsilniejsze. A kanadyjskim ruchom klimatycznym ubyło wielu darczyńców, bo zaufali słowom premiera i uznali, że aktywiści nie potrzebują już takiego wsparcia jak wcześniej.

Mam nadzieję, że ten drobny gest zainspiruje innych tu, w Australii, do wspierania rdzennych ruchów, które działają na linii frontu sprawiedliwości klimatycznej i wypracowują głębokie alternatywy. Jak powiedziała wczoraj Murrawah Johnson: im nie trzeba, żeby ktoś ich ratował ani przemawiał w ich imieniu. Potrzeba im tylko środków, by mogli działać tak, jak sami uznają za słuszne.

Na koniec chcę przytoczyć kilka słów napisanych przez człowieka, który właśnie dzisiaj odszedł. Leonard Cohen, jeden z największych. Mało kto wie, że z całego serca popierał starania o sprawiedliwość klimatyczną. Jako jeden z pierwszych poparł nasz społeczny projekt transformacji klimatycznej, który zawarliśmy w manifeście Skok w przyszłość. Media uznają za radykalny i skrajnie niebezpieczny. Leonard podpisał się pod nim bez wahania.

Jego ostatnia płyta, wydana kilka tygodni temu, to arcydzieło. Chyba wszyscy przeczuwaliśmy, że to jego ostatni, pożegnalny dar. Tak zaczyna się jeden z jego ostatnich wierszy, Steer Your Way:

Idź przed siebie przez ruiny świątyń bogów i bogactwa

Idź przed siebie przez legendę co kres ze stworzeniem gmatwa

Idź przed siebie, miń pałace, co nad próchno się wywyższą

Rok za rokiem

Miesiąc w miesiąc

Dzień za dniem

Myśl za myślą

 

Dziękuję.

**

Książka Naomi Klein Nie to za mało. Jak stawić opór polityce szoku i stworzyć świat, jakiego nam trzeba, ukaże się 28 lutego nakładem Wydawnictwa Muza.

Tekst przełożył Marek Jedliński.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.