Nauka

Nauka? Praca jak każda inna!

Minister Gowin zaprezentował projekt reformy szkolnictwa wyższego. Na tle innych pomysłów przedstawianych przez rząd Beaty Szydło wydaje się on na pierwszy rzut oka niegroźny.

Chyba wielu z nas, pracowników akademickich, pomyślało sobie: „Uff, mogło być gorzej”. I faktycznie, propozycja wynagrodzenia dla doktorantek i doktorantów w wymiarze przekraczającym pensję minimalną to krok w dobrym kierunku. Jedyne zastrzeżenie do tego postulatu może dotyczyć wysokości tego wynagrodzenia i tutaj dyskusje już trwają. Warto jednak przyjrzeć się bliżej wizji politycznej i hierarchii wartości, która stoi za projektem Gowina. Szumny tytuł „Nowa konstytucja dla nauki” przykrywa bowiem zachowawczość całego projektu.

Dla konserwatywnego neoliberała wartością jest społeczeństwo zhierarchizowane, czyli istnienie wyraźnych różnic społecznych. W niemal każdej jego wypowiedzi słyszymy o „najlepszych”, „elitach”, czy „doskonałości”. Niestety, pomimo deklaracji, że równość jest dla lewicy wartością nadrzędną, mówiąc o nauce, my również wpadamy w pułapkę elitaryzmu. Nauka to to obszar życia społecznego, w którym najrzadziej kwestionujemy ostrą selekcję, finansowanie uzależnione od wyników (które zawsze pogłębia różnice), czy konieczność eliminacji najsłabszych jednostek naukowych.

Problem w tym, że cała nasza wizja nauki zapożyczona jest od konserwatystów: postrzegamy ją jako dzieło geniuszy, jednostek wybitnych, które dochodzą do wybitnych wyników niejako z definicji – ponieważ mają ogromny potencjał intelektualny (z którym się prawdopodobnie urodzili). Z tej wizji nauki wynika polityka naukowa Gowina i jego poprzedniczek, którą można porównać do poszukiwania skarbów, czyli tych pięknych umysłów, które trzeba wyłowić z masy przeciętniaków i umieścić w odpowiednio prestiżowym naukowym instytucie. Potem pozostaje już tylko czekać, aż nasz złoty paw złoży złote jajo w postaci wspaniałego odkrycia naukowego. Niestety, większość naszych złotych pawi wyfrunęła do zagranicznych ośrodków, co przy każdej okazji rzewnie opłakujemy.

Trzeba dalej patrzeć Gowinowi na ręce

czytaj także

Tymczasem nauka to przede wszystkim praca. I to właśnie jako pracę powinna na nią patrzeć lewica. Legendarny geniusz nie jest boskim natchnieniem i nie jest wrodzonym powołaniem. Wybitne wyniki to przede wszystkim kwestia włożonej pracy.

Cała nasza wizja nauki zapożyczona jest od konserwatystów: postrzegamy ją jako dzieło jednostek wybitnych, które dochodzą do wybitnych wyników niejako z definicji.

Na uniwersytecie znamy to wszyscy z własnego doświadczenia: jednostki wybitne to bardzo często osoby po prostu niezwykle dużo pracujące. Co więcej, praca naukowa to często setki i tysiące godzin mrówczej pracy, którą trudno uznać za intelektualną. Dotyczy to przede wszystkim nauk ścisłych, w których ktoś na przykład musi przejrzeć kilkaset obrazów spod mikroskopu i wpisać do tabeli, ile na każdym z nich pojawia się kropeczek. To przykład z życia, element pracy koleżanki, która zajmuje się badaniem nad nowotworami.

Ale przecież i w humanistyce zadaniem naukowca nie jest stawianie sobie pomnika ze spiżu, ale dołożenie swojego elementu do trudnej i wybrakowanej układanki rozumienia. Co może jednak najważniejsze, wybitne wyniki zależą od sumy włożonej pracy również na poziomie nauki jako systemu. Rozwój nauki jako całości nie jest dziełem zatomizowanych geniuszy, ale wynikiem pracy wspólnoty, w której każda osoba dokłada swoją małą cegiełkę. Nasza kultura uwielbia bohaterów i symbole, ale pamiętajmy, że za tymi bohaterami zawsze stoi praca wielu osób. Steve Jobs nie mógłby stać się ikoną popkultury bez wiedzy i rozwiązań technicznych wypracowanych wcześniej przez setki osób pracujących w laboratoriach, piszących artykuły naukowe, recenzujących te teksty, powtarzających badania, i tak dalej. Z kolei przełomowa książka historyczna, socjologiczna czy filozoficzna opiera się zawsze na tysiącach wcześniejszych prac, na ogół nieprawdopodobnie nudnych i mało spektakularnych Tak właśnie działa wspólnota naukowa i to właśnie ta wspólnotowość odróżnia ją od szarlatanerii, pełnej samozwańczych “geniuszy” kreujących się na zbawicieli ludzkości.

Jakiej nauki chce PiS?

czytaj także

Jakiej nauki chce PiS?

Krytyka Polityczna

Jednym z poważniejszych objawów akademickiej choroby jest głód uznania. Skoro dzielimy społeczność na wybitne jednostki i przeciętniaków, którzy tylko przeszkadzają, bardzo nie chcemy się znaleźć w tej drugiej grupie. To zresztą dotyczy wszelkich szeroko pojmowanych „elit”, przepełnionych troską o swoją pozycję społeczną. Symptomatyczna jest tutaj wypowiedź Jacka Rakowieckiego podczas debaty z okazji 37-lecia Solidarności, którą można porównać do reakcji samca alfa nie rozumiejącego, że w feminizmie nie chodzi o niego. Redaktor Rakowiecki w odpowiedzi na głos o historycznej roli milionowego zrywu robotników, zareagował odruchem obronnym, przypominając o intelektualistach, którzy “też byli ważni”. Ano byli, ale też nie wszystko zawsze musi być o nas, droga polska inteligencjo.

Rozwój nauki jako całości nie jest dziełem zatomizowanych geniuszy, ale wynikiem pracy wspólnoty, w której każda osoba dokłada swoją małą cegiełkę.

Wszystko to prowadzi do sytuacji, w której pracownicy nauki godzą się na coraz większą „elitaryzację” systemu wbrew swoim własnym interesom. Tak, naukowcy też miewają zafałszowaną świadomość. Uważają, że albo już są, albo niebawem będą absolutnie wybitni i radośnie popierają takie zmiany, które promują jednostki kosztem szerszej społeczności. Przy okazji fundując sobie na własne życzenie obłędny wyścig szczurów o granty, stypendia i coraz rzadsze etaty.

Godne warunki pracy dla wszystkich członków akademii prowadzą do drażliwej kwestii świadomości przywileju. W dyskusji o nauce oczywistym tematem jest jej niedofinansowanie i niskie wynagrodzenia. Chcielibyśmy pewnie, żeby osoba pisząca doktorat zarabiała nie 110% pensji minimalnej, ale średniego wynagrodzenia. Przy obecnej strukturze zarobków sytuowałoby to doktoranta w okolicach 7 decyla dochodów. Czy mamy prawo wysuwać taki postulat, kiedy tak wiele Polek i Polaków uważa średnią krajową za liberalny wymysł i nie wierzy w jej prawdziwość, bo nie znają nikogo, kto by tyle zarabiał? W kraju o tak niskich pensjach i wysokich nierównościach dochodowych żądanie średniej krajowej dla każdej doktorantki zostałoby uznane za arogancję i trochę trudno się temu dziwić.

Gowin namaścił antydemokratyczną Ustawę 2.0

Temat wynagrodzeń w nauce jest ściśle związany z tym, jak widzimy nierówności dochodów w ogóle. Intuicyjnie sprawiedliwa zawsze wydawała mi się proporcja mniej więcej 1 do 10, czyli najwyższe pensje na wysokości dziesięciokrotności płacy minimalnej. Przy czym czynnikiem różnicującym jest dla mnie nie tylko kategoria zawodowa, ale też staż pracy, w tym lata poświęcone na przygotowanie do wykonywania zawodu. I tutaj pojawia się pytanie, na ile rodzaj wykonywanej pracy – w tym przypadku naukowej – powinien wpływać na wysokość wynagrodzenia w stosunku do innych osób pracujących.

Często pojawia się argument, że jeśli nie będziemy dobrze płacić naukowczyniom i naukowcom, to wyemigrują. I tak się dzieje, podobnie jak w przypadku pielęgniarek, personelu opiekuńczego, lekarek, robotników, kelnerów, kucharek, sprzątaczy i innych osób o najróżniejszych kwalifikacjach zawodowych. Dlatego o podwyższeniu płac zawsze powinniśmy mówić w szerokim kontekście, nigdy w wąskim. Jeśli będziemy w nauce domagać się wielokrotności średniej krajowej, to nic dziwnego, że stracimy wiarygodność w oczach osób, które zarabiają dominantę, czyli niecałe 2,5 tysiąca brutto. Nic dziwnego, że te osoby przekona antyelitaryzm PISu. Zostawmy średnią krajową liberałom i pamiętajmy zawsze o płacy minimalnej. To ona powinna być zawsze punktem odniesienia i dobrze zrozumiał to Jarosław Gowin.

Odrzucenie elitarnej logiki „wybitności” zrobi nam też wszystkim dobrze na smutne ego. Warto tutaj przypomnieć tekst Rafała Wosia o tym, jak dobrze być lewakiem, bo się człowiek tyle nie stresuje. Analogicznie, lepiej i przyjemniej jest być egalitarystką w świecie nauki. Jeśli przestaniemy traktować pracę naukową jako coś zarezerwowanego dla jednostek genialnych i jakościowo różnego od pracy osób wykonujących inne zawody, to też lęk przed „niewybitnością” będzie znacznie mniejszy. W tej chwili w jednostkach klasy B i C często cierpimy na syndrom złego ucznia, który boi się spróbować w obawie przed porażką. Ponieważ 80% grantów zgarniają dwie najlepsze uczelnie, szkoda nam czasu na wysiłek, który i tak najpewniej zakończy się gorzkim doświadczeniem odrzucenia, a co za tym idzie zakwestionowania naszej wartości. Jeśli pracę naukową przestaniemy postrzegać jako przywilej zarezerwowany dla pięknych umysłów i zaczniemy traktować ją jak inne zawody, nasz poziom geniuszu przestanie być decydującym kryterium, a więc i porażka nie będzie tak bolesna.

Odrzucenie elitaryzmu jest też niezwykle ważne w wizji szkolnictwa wyższego. Gowin chce ograniczenia miejsc na kierunkach humanistycznych i może ma rację, że w tej chwili studiuje na nich zbyt wiele osób. Nawet nie ze względu na strukturę gospodarki i dostępnych miejsc pracy. Celem istnienia i rozwoju systemu nauki nie powinien być wzrost PKB, ale szeroko rozumiany dobrobyt obywateli i obywatelek. A do niego w oczywisty sposób nie przyczynia się frustracja wynikająca z rozbieżności aspiracji absolwentów i możliwości ich zrealizowania. Jednak odgórne ograniczanie dostępu na studia i uzasadnianie tego koniecznością budowania elitarnych uniwersytetów jest przeciwskuteczne. Im bardziej akademiczki i akademicy będą kreować mit elit, tym większe będą aspiracje młodych osób do zdobycia uniwersyteckiego dyplomu.

Kto chce nam zabrać uniwersytet?

czytaj także

Problemem polskich uczelni nie jest ich umasowienie – szeroki dostęp do wiedzy jest wartością samą w sobie. Im więcej obywatelek i obywateli dostrzega i rozumie uwarunkowania kulturowe i społeczne otaczającej rzeczywistości, tym lepiej dla rzeczpospolitej. Problemem naszego szkolnictwa wyższego jest to, że razem z dziedzictwem PRLu wyrzuciliśmy symboliczne wartościowanie zawodów nieinteligenckich. Pamiętam, że jedną z obietnic transformacji było odejście od zawodówek, tak jakby wszyscy mogli pracować umysłowo. Ten „polski sen”, podobnie jak inne elementy przełomu gospodarczego, musiał doprowadzić do frustracji. Nie wszyscy mogą pracować umysłowo – nawet nie dlatego, że nie wszyscy się nadają, bo przy odpowiednim wykształceniu i wsparciu nada się pewnie większość osób. Potrzebujemy jednak ludzi, które wykonują różne prace, i przede wszystkim potrzebujemy szacunku dla każdej pracownicy i pracownika.

Jeśli kariera w zawodach rzemieślniczych będzie nie mniej prestiżowa niż wykształcenie akademickie, to i chętnych na dyplom magisterski będzie mniej. Redukcja liczby osób studiujących dokona się tym samym naturalnie i bez frustrującego wykluczania, które spotyka najczęściej osoby z tych rodzin, które stać na mniej. Oczywiście naukowcy i naukowczynie stracą ten element motywacji, który opiera się na ego, ale może samo zainteresowanie, pasja i głód wiedzy wystarczą.

Bio

Barbara Brzezicka

| Nauczycielka akademicka, członkini Razem
Nauczycielka akademicka na Uniwersytecie Gdańskim, gdzie ukończyła filologię romańską oraz filozofię. Tłumaczka, członkini partii Razem. Działa w Komitecie Kryzysowym Humanistyki Polskiej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.

Komentarze archiwalne

  1. A czy my bysmy mogli w koncu przestac mowic o jakichkolwiek sumach w kontekscie calej Polski? Pochodze ze Stalowej Woli, gdzie wynajecie mieszkania trzypokojowego w centrum to 1400 zlotych miesiecznie, prywatny zlobek to max. 700 zlotych, a do tego dostanie sie do panstwowego nie jest mozliwe tylko dla tych, ktorzy zapisywali sie do systemu jeszcze na porodowce. W Warszawie sam zlobek to moze byc i 1800 zlotych, miejsc w panstwowych nie ma, mieszkanie ponizej 1500 zlotych to tylko na obrzezach miasta czyli kosztem spedzania np. trzech godzin dziennie na dojezdzie. Albo mieszkania w kawalerce.
    Srednie wynagrodzenie z persepktywy Stalowej jest wiec calkiem atrakcyjne, w Warszawie praktycznie nie wystarcza na koszty stale. O ile oczywiscie ktos nie zaplanowal sobie wszystkiego z piecioletnim wyprzedzeniem, lacznie z zapisywaniem dziecka do zlobka, jak tylko ustana skurcze porodowe. Tylko wieloletnie wyprzedzenie jest nie do pogodzenia z mobilnoscia, jaka powinni prezentowac naukowcy. Siedzi sie wiec tam, gdzie dzieckiem moze zaopiekowac sie babcia, a malzonek/malzonka ma sensownie platna prace, a nie tam, gdzie czlowiek moglby sie wykazac intelektualnie. Alternatywnie mozna probowac zrezygnowac z zycia osobistego. Tez cudowna perspektywa.

    Czy nie moglibysmy wiazac wynagrodzen panstwowych z srednia wynagrodzen w danym miescie? Albo z kosztem wynajecia mieszkania? Albo z czymkolwiek, co faktycznie wplywa na zycie w konkretnym miejscu? Bo chwilowo nawet swietni naukowcy z malych osrodkow nie moga sobie pozwolic na przeprowadzke i np. doktorat czy staz podoktorski w lepszym osrodku, bo nie maja jak sie w tym innym osrodku utrzymac. Czyli zostaja w swoim wlasnym sosie. I rozwarstwienie narasta.

  2. No właśnie. Najpierw powiedziano biznesmenom, że wszyscy mają być na topie, ale się tam nie zmieścili, więc był płacz i zgrzytanie zębami. Następnie to samo powiedziano naukowcom. Co gorsza, Ustawa dzieli uczelnie (art. 14-15) na zawodowe i akademickie, cementując na dekady sytuację już przecież przerabianą: w zawodowej jest się po to, żeby wywalczyć sobie prawo do doktoryzowania dla uczelni i do habilitowania się dla siebie. Naród powstaje z kolan i jeszcze bardziej niż dawniej łaknie wywyższeń, uwzniośleń, herbów i tytułów; wokół tego się toczy w dużym stopniu tzw. życie naukowe. Sam podział jest nie tylko durny, ale też znaczący dla tej kultury: zawodowe znaczy niższe; jak jedni będą niżej, to drudzy będą mogli być wyżej. Nikt nie zwrócił uwagi, jak wiele jest w takich np. Stanach studiów pierwszego stopnia, które są właściwie tylko ogólnokształcące. Dyskusja, co to znaczy „zawodowe”, jeszcze się w ogóle w Polsce nie zaczęła. Reasumując, ja bym bardzo prosił, żeby nie było w Polsce prawa o szkolnictwie wyższym, a już zwłaszcza o szkolnictwie wyższym i nauce. Tu jest miejsce na Lex Universitatis Varsioviensis i Lex Universitatis Jagielloniensis, to na pewno, a następnie: prawo o finansowaniu badań naukowych (jest), prawo o stopniach i tytułach (jest), prawo o akredytacji, ewaluacji i ewentualnej parametryzacji. Tego też nie ma, w dorobku zero dyskusji, bo akredytują stowarzyszenia naukowe i zawodowe – tylko nie w Polsce. Dalej, są przecież ustawy powołujące poszczególne uczelnie, niechby one określały zasady ich funkcjonowania. Jeśli społeczność lokalna nie potrafi trwale ukształtować „swojej” uczelni i wprowadzić tego do ustawy, to próżno oczekiwać, że menedżerską rolę odegrają biznesmeni zasiadający w jakiejś zmitologizowanej neoliberalnej radzie nadzorczej. I dopiero wtedy by była mobilność i zróżnicowanie.

  3. Nauka to praca, praca zaś jest tym bardziej wydajna im lepiej uzbrojona w kapitał. Większość kapitału w nauce to tzw. kapitał ludzki, ale w naukach przyrodniczych potrzebny jest też bardzo kosztowny kapitał fizyczny. Nawet humanista musi mieć dostęp do biblioteki i czas wolny na lektury, to kosztuje. Tak czy siak dobra nauka musi być elitarna.
    Prawdą jest natomiast, że wyobrażenie nauki jako produktu urodzonych geniuszy to bzdura. Nauka wymaga cierpliwej pracy zespołowej. Nawet matematyk, który po prostu siedzi przy biurku z kartką papieru i ołówkiem, nic nie osiągnie bez pracy swych kolegów. Środowisko naukowe jest już dostatecznie rywalizacyjne z samej swej natury, pogłębianie tego przez wyścig o granty jest szaleństwem.

    1. Ludzie od zawsze potrafili pracować zespołowo i nie jest do tego potrzebna żadna państwowa stymulacja. A wręcz przeciwnie, gwarantowane granty dla indywidualnych ludzi są wręcz bodźcem do zaniechania współpracy, skoro osobno zarobią więcej.