Nauka

Jak komentarze pod artykułami rozwalają sferę publiczną i nasze mózgi

Screen z serialu „South Park”, fot. YouTube.com

Sekcja komentarzy pod artykułami w mediach cyfrowych to ZŁO...

… oraz eksperyment, który całkowicie wymknął się spod kontroli i grozi zagładą ludzkości. Biorąc pod uwagę możliwość eskalacji konfliktów międzypaństwowych czy kluczowe decyzje dotyczące globalnego ocieplenia, w stwierdzeniu tym jest co najwyżej odrobina przesady. Im szybciej sobie to uświadomimy i podejmiemy środki naprawcze, tym lepiej dla nas wszystkich.

Dlatego jeżeli macie dziś przeczytać tylko jeden tekst w internecie, to niech to będzie ten. A potem udostępnijcie go znajomym. I koniecznie zostawcie komentarz. Od tego mogą zależeć losy świata!

Stawać po stronie wykluczonych?

Przynajmniej od czasów wpływowego artykułu Howarda Beckera pt. Whose Side are We On? (Po czyjej stronie jesteśmy?) w naukach społecznych funkcjonuje trend stawiający sobie za cel opis świata z perspektywy grup marginalizowanych. Według Beckera i jego naśladowców jest to nie tylko imperatyw moralny, ile metodologiczny. Na przykład naprawdę rzetelny i odkrywczy opis więzienia można przeprowadzić jedynie z perspektywy więźniów, a nie strażników.

(W tym akapicie będzie kilka nazwisk i akademickich referencji, ale tylko tyle, ile trzeba, obiecuję!). U autorów takich jak Oskar Negt i Alexander KlugeOskar Negt, Alexander Kluge, Öffentlichkeit und Erfahrung, Frankfurt am Main 1972., Nancy FraserNancy Fraser, Rethinking the Public Sphere: A Contribution to the Critique of Actually Existing Democracy, „Social Text” nr 25/1990 czy Chantal MouffeChantal Mouffe, Deliberative Democracy or Agonistic Pluralism?, „Social Research” 4/1999 imperatyw ten przybrał formę zaproszenia do refleksji nad „obrzeżami” czy „marginesami” demokratycznej debaty. To właśnie tam, poza Habermasowską sferą publiczną, mieści się według nich przestrzeń okupowana przez różnego rodzaju podporządkowane kontrpublicznościDecyduję się na ten dość prosty wariant tłumaczenia. Ewa Majewska proponuje bardziej precyzyjny przekład: „kontr-sfery publiczne podporządkowanych innych” (Ewa Majewska, „Solidarność” i solidarność w perspektywie feministycznej. Od post mieszczańskiej sfery publicznej do solidarności globalnej, „Etyka” 48/2014) lub „kontrpubliczności podporządkowanych innych” (http://opcje.net.pl/ewa-mejewska-goscinnosc/). (subaltern counterpublics). To alternatywne grupy opinii pozbawione głosu i z różnych powodów wykluczone z przestrzeni szeroko podzielanego konsensusu. To za ich sprawą powstają, jak pisze Nancy FraserNancy Fraser, Rethinking the Public Sphere: A Contribution to the Critique of Actually Existing Democracy, „Social Text” nr 25/1990 , „równoległe areny dyskursu, na których członkowie podporządkowanych grup społecznych tworzą i wprowadzają w obieg przeciwdyskursy, formułując konkurencyjne interpretacje własnych tożsamości, potrzeb i interesów”.

Badania nad społecznymi ramami komunikacji zwykle oparte były na założeniu, że im więcej demokracji i wolności wypowiedzi, tym lepiej. Oddawanie głosu marginalizowanym i wzmacnianie agonistycznego potencjału demokracji wartościowane było jednoznacznie pozytywnie.Ten problem nauk społecznych w wielu miejscach pokrywa się z „cyberutopizmem” opisywanym przez Evgenia Morozova w książce The Net Delusion (2011), czyli bezrefleksyjną wiarą, że internet i nowe media zawsze sprzyjają wolności i demokracji. Jako badacze nie jesteśmy więc w ogóle przygotowani na sytuację, w której problemem miałby się okazać nadmiar demokracji w sferze publicznej. Nikt nie spodziewał się, że źródłem nieszczęścia okaże się zbyt duża wolność wypowiedzi.

Co jednak począć w sytuacji, w której kontrpubliczności wnoszą w debatę chaos i ignorancję, rasizm, pogardę dla inności, ksenofobię i w ogóle wszystko to, czego najbardziej się obawiamy i przeciw czemu walczyliśmy? Jeżeli treści dyskryminujące, wykluczające czy wręcz zachęcające do przemocy płyną ze strony uciemiężonych komunikacyjnie marginesów, a nie ze strony hegemonicznego głównego nurtu, okiełznanego chociażby regułami politycznej poprawności?

Dlaczego ludzie rozmawiają z parówkami?

Każdy, kto choć raz zajrzał do sekcji komentarzy pod artykułem na dużym portalu, wie, o czym mowa. Ujawniające się tam mechanizmy zmuszają do radykalnego przemyślenia reguł, na jakich opiera się współczesna debata publiczna, a także założeń metodologicznych, na których ufundowaliśmy nasze badania.

Komentarze mogą wpływać na odbiór newsów przez użytkowników niekomentujących

Zjawisko zapośredniczenia odbioru komunikatów medialnych przez lokalnych liderów opinii jest znane badaczom już od dawna. Ujmując rzecz prosto: kiedy oglądamy wiadomości w telewizji w towarzystwie innych widzów, rozglądamy się intuicyjnie wokoło i obserwujemy reakcje pozostałych, żeby wiedzieć, jak należy ocenić to, co właśnie widzieliśmy. Ostatecznie opinia na dany temat kształtuje się nie bezpośrednio pod wpływem komunikatu płynącego z telewizora, lecz dopiero w dyskusji z innymi widzamiZob. np. Face-to-face communication about major topics in the news, Verling C. Troldahl, Robert Van Dam, „Public Opinion Quarterly”, Volume 29, Issue 4, 1 January 1965.. Nie wynika to z głupoty czy niesamodzielności. Po prostu – wbrew temu, co może nam się wydawać – wiedza ma zawsze charakter kolektywny.

Wiele badań pokazuje, że obecnie podobną funkcję pełnią komentarze na portalach, dokonując nierzadko radykalnego przeramowania prezentowanych w artykule treści. Na przykład, by odwołać się do aktualnego problemu, nawet jeżeli artykuł opowiada o uchodźcach w pozytywnym świetle, negatywne komentarze mogą sprawić, że jego lektura przebiegnie w sposób subwersywny, a więc wypaczający pierwotne intencje autora. Nadawca pierwotnego komunikatu (zarówno autor, jak i medium) zostaje oceniony jako niewiarygodny i działający w złej woli („media kłamią w tej sprawie”), więc im bardziej tekst będzie pozytywny wobec uchodźców, tym większą niechęć wobec nich wywoła.

Prezentacja w PowerPoincie? Powinni tego zabronić

czytaj także

Komentarze mogą wpływać na treść newsów

Komentarze mogą wpływać na politykę publikacyjną portali celowo szukających kontrowersji – burze w komentarzach i zainteresowanie w mediach społecznościowych generują dodatkowy ruch.

Komentarze mogą także wpływać na opinie dziennikarzy. Choć przeprowadzone w 2014 badania na grupie ponad 500 amerykańskich dziennikarzy pokazują, że w swojej własnej opinii nie ulegają oni presji publiczności i starają się „zachować jurysdykcję nad tworzoną treścią”Carolyn E. Nielsen, Coproduction or cohabitation: Are anonymous online comments on newspaper websites shaping news content, „New Media & Society” 16(3) 2014., to w wielu miejscach przeczytać można o tym, jak to zawód dziennikarza zmienił się i teraz polega przede wszystkim na współtworzeniu treści i słuchaniu wszystkich, którzy mają coś do powiedzeniaZob. Ruth A. Harper, The Social Media Revolution: Exploring the Impact on Journalism and News Media Organizations, http://www.inquiriesjournal.com/articles/202/the-social-media-revolution-exploring-the-impact-on-journalism-and-news-media-organizations.. Wygląda więc na to, że odpowiedź zależy w dużej mierze od postawionego pytania. Jeżeli zapytamy dziennikarzy, czy ulegają wpływowi komentarzy – powiedzą, że oczywiście nie. Jeżeli spytamy, czy wsłuchują się w głos swojej publiczności wyrażany w komentarzach – uzyskamy odpowiedź twierdzącą.

Nauka? Praca jak każda inna!

Komentarze zawierają nadreprezentację postaw skrajnych

Komentarze pod tekstami nie są postowane przez „statystycznych czytelników”. Badania prowadzone na sekcjach komentarzy na dużych portalach niemal zawsze ujawniają większą obecność postaw skrajnych niż w przypadku badań opinii publicznej.

Np. niedawne badanieF. Toepfl, E. Piwoni, Public Spheres in Interaction: Comment Sections of News Websites as Counterpublic Spaces, „Journal of Communication”, 2015; zob. także C. Ruiz, i in. Public sphere 2.0? The democratic qualities of citizen debates in online newspapers. „The International Journal of Press/Politics” 16/2011 na niemieckich portalach reprezentujących szerokie spektrum stanowisk politycznych ujawniło nadreprezentację poglądów głoszonych przez zwolenników radykalnie prawicowej AfD w debatach dotyczących kwestii europejskich. W zbadanym przez naukowców materiale aż 75% wszystkich komentarzy opublikowanych bezpośrednio przed wyborami wspierało partię, która potem otrzymała zaledwie 4,7% głosów.

W ten sposób komentarze przyczyniają się do budowy tzw. pluralizmu spolaryzowanegoTermin Giovanniego Sartoriego., czyli takiego modelu politycznego, w którym poglądy społeczeństwa na różne kwestie zamiast klasycznej krzywej dzwonowej (najwięcej umiarkowanych głosów i coraz mniej radykalnych po obu stronach) układają się w kształt litery U (dominują postawy skrajne, brak centrum):

Krzywa dzwonowa

Krzywa U

Prowadzi to do radykalizacji „tożsamości plemiennych” i głębokich, trwałych pęknięć w tkance społecznej. Brzmi niepokojąco znajomo?

Czytelnicy biorą komentarze za rzetelną reprezentację postaw i poglądów w społeczeństwie

Wbrew przywoływanym wynikom badań czytelnicy wykazują tendencje do postrzegania komentarzy jako rzetelnej reprezentacji poglądów całego społeczeństwa. Często uznają je też za bardziej obiektywne od artykułów. Dotyczy to, co warto podkreślić, całości sekcji komentarzy, a nie poszczególnych wypowiedzi. Artykuł wyraża opinię konkretnego nadawcy, zaś komentarze intuicyjnie traktujemy jako wyraz „głosu ludu” czy „prawdziwej opinii społeczeństwa”.

Działają tu doskonale zbadane przez psychologię mechanizmy konformizmu społecznego oraz tzw. heurystyka dostępności – zjawisko, które sprawia, że poglądy eksponowane uważamy automatycznie za bardziej powszechne.

Komentarze stwarzają przestrzeń do „przechwytywania newsów”

Pojęcie „przechwytywania newsów” [newsjacking] wprowadził do obiegu specjalista od marketingu internetowego David Meerman ScottDavid Meerman Scott, The New Rules of Marketing and PR, 2007.. W pozytywnej wersji oznaczało to umiejętne wykorzystanie przez marki wydarzeń do promowania własnych treści. Np. w trakcie ważnego meczu piłkarskiego można umieścić w internecie zabawny obrazek, który łączy to, co dzieje się na boisku, z reklamowanym produktem. W ten sposób „przechwytujemy” uwagę publiczności, przemycając nasze treści „na grzbiecie” interesującej wiadomości.

Analfabetyzm matematyczny. Jak pseudonauka wykorzystuje to, że nie umiemy liczyć

W znacznie bardziej dosłowny sposób newsy uprowadzane są dziś przez różnego rodzaju kontrpubliczności. Wystarczy rzut oka na artykuły na dużych portalach poświęcone szczepieniom, by zobaczyć, że każdy z nich staje się natychmiast terenem propagowania postaw antyszczepionkowych, w innych okolicznościach skutecznie marginalizowanych w przestrzeni publicznej. W ten sposób treści wykluczone z głównego nurtu docierają do milionowych publiczności. I robią to, o ironio, „na grzbiecie” tekstów krytycznych. W dodatku ze względu na omówione wcześniej mechanizmy trafiają do odbiorców, nieco paradoksalnie, w pozycji uprzywilejowanej, jako „głos ludu”, któremu chętnie wierzymy i przypisujemy autentyczność.

Sekcje komentarzy można łatwo „przejąć”

Zorganizowane grupy działające na zlecenie partii politycznych, państw czy firm stosunkowo niewielkim nakładem sił i środków mogą „przejąć” sekcje komentarzy czy zaburzyć obraz debaty w mediach społecznościowych. W ten sposób, podszywając się pod „opinię publiczną”, działają  niesławne „fabryki trolli”.

Piszę o tym na końcu, bo – choć o to poważne niebezpieczeństwo dla demokracji – nie powinniśmy też ulegać złudzeniu, że wystarczy wyeliminować tych, którzy nadużywają sfery publicznej, by rozwiązać problem. Na fali afer Cambridge Analytica i kolejnych doniesień o zorganizowanych akcjach propagandowych w internecie łatwo dojść do wniosku, że winni są tylko ci działający w złej wierze. Że wystarczy wyeliminować oszustów i manipulatorów, żeby sfera publiczna uzdrowiła się sama.

Tymczasem mechanizmy manipulacji opinią publiczną możliwe są jedynie na opisanym tu podglebiu. Nawet gdyby wyeliminowanie wszystkich płatnych grup trolli okazało się w jakiś cudowny sposób możliwe, przywoływane badania pokazują, że problem leży w każdym z nas i w strukturze obecnej debaty publicznej. Płatne manipulacje tylko wykorzystują i eskalują istniejące mechanizmy.

Jak zmanipulować fakty o uchodźcach, czyli studium dziennikarstwa kołtuńskiego

Czego nie da się zrobić?

Na koniec nie napiszę, jak można przeciwdziałać opisanym tu negatywnym procesom. Nie napiszę, bo nie mam pojęcia.

Jedno jest pewne: nie da się cofnąć czasu. Nie ma powrotu do epoki asymetrycznej komunikacji i świata, w którym można było głosić wykłady ex cathedra, ignorując istnienie podporządkowanych kontrpubliczności. Żadna droga (poza wojną atomową i resetem cywilizacji) nie prowadzi z powrotem do miejsca, w którym historia należała do historyków, a objaśnianie świata – do dziennikarzy, polityków albo kapłanów.

Jeżeli nawet zdecydujemy się na zamknięcie sekcji komentarzy (jestem za takim wyjściem, zapraszam do wyrażenia swojego zdania poniżej), to nasz portal czy artykuł i tak funkcjonował będzie w przestrzeni kształtowanej przez komunikację dwustronną. Po pierwsze, zamknięcie komentarzy zostanie dostrzeżone i uznane za ruch ograniczający wolność debaty (mamy coś do ukrycia? chcemy manipulować opinią publiczną?). Po drugie, tekst i tak trafi na Facebooka albo Wykop, gdzie odbędzie się nad nim sąd szerokiej publiczności. (Choć zamykając komentarze usuwamy przynajmniej efekt natychmiastowego przeramowywania tekstów przez komentarze.)

Warto też pamiętać, że – nawet jeżeli na chwile przyjmiemy za słuszną perspektywę grup dominujących – epoka asymetrycznej komunikacji wcale nie była czasem, gdy kontrpubliczności nie istniały. Nie było też tak, że wszystko, co mówili naukowcy, politycy czy spece od marketingu, rozumiano zgodnie z intencjami nadawcy i przyjmowano za prawdziwe. Przed nastaniem mediów społecznościowych dominującym instytucjom po prostu znacznie łatwiej było ignorować głosy sprzeciwu, a poszczególnym kontestatorom trudniej było zawiązywać sojusze.

Wspomniany wcześniej Alexander Kluge, jeden z współautorów pojęcia kontrpubliczności, zajmował się w swoich badaniach głównie przestrzenią publiczną (jego książka powstała na fali protestów końca lat 60’). W niedawnym wywiadzie dla „Süddeutsche Zeitung” ujawnił się jednak jako wielki fan internetu. Kluge przekonywał tam, że media zawsze należą do ludzi, poszczególni nadawcy tylko je „pożyczają”. Internet – według Klugego – przywraca media ludziom.

Może więc ostatecznie receptą na trwający chaos nie okaże się mniej wolności debaty, lecz właśnie więcej tego samego? Rodzaj „cyfrowej demokracji”, który polaryzujące siły odśrodkowe wprowadzane przez radykalne kontrpubliczności równoważyłby jakąś formą mechanizmów jednoczących wspólnotę – jednym z nich może się okazać sam fakt istnienia płaszczyzny debaty, czyli możliwość spotkaniaTaką formę „cyfrowej demokracji” rozważa (obok trzech innych możliwych wariantów) Lincoln Dahlberg (Re-constructing digital democracy: An outline of four ‘positions’, New Media & Society, 13(6)/2011..

Jedno jest pewne – żyjemy w ciekawych czasach. Zapraszam do komentowania.

Bio

Marcin Napiórkowski

| Semiotyk kultury, mitologiawspolczesna.pl
Semiotyk kultury, zajmuje się mitologią współczesną, pamięcią zbiorową i kulturą popularną. Autor książek Mitologia współczesna (2013) i Władza wyobraźni (2014). W latach 2013 i 2014 stypendysta programu START Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, w latach 2014-2016 laureat stypendium Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego dla wybitnych młodych naukowców. Autor bloga „Mitologia Współczesna” poświęconego semiotycznej analizie zjawisk kultury pełniących dziś funkcję mitów (www.mitologiawspolczesna.pl).

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.