Nauka

Majmurek: Homo sapiens zabójca

Antropocen, okres największego sukcesu człowieka, może okazać się jednocześnie momentem, gdy ludzkość zniszczy podstawy własnego życia na ziemi.

Złote żaby z El Valle w Kostaryce, tygrysy szablozębne i lwy jaskiniowe, moa, tury, alki olbrzymie, neandertalczycy, denisowianie – wszystkie te gatunki łączy to, że wyginęły w niedługim z punktu widzenia historii Ziemi okresie ekspansji naszego gatunku na całą kulę ziemską z Afryki, która zaczęła się około 100 tysięcy lat temu. Przyczyną zagłady tych gatunków także najczęściej – pośrednio lub nie – byliśmy my, ludzie.

Co dzień w mediach słyszymy też doniesienia o kolejnych zagrożonych wyginięciem na wolności czy masowo umierających gatunkach – od koralowców i pszczół do nosorożców sumatryjskich. Tempo zmniejszania się bioróżnorodności jest na tyle duże, że naukowcy spekulują, czy nie znajdujemy się właśnie w okresie kolejnego wielkiego wymierania – jak w historii naturalnej nazywa się okresy gwałtownego spadku liczny gatunków i różnorodności przyrody ożywionej. Do tej pory w historii miało miejsce pięć takich wymierań, wszystkie na długo zanim na planecie w ogóle pojawił się człowiek – w ostatnim, pod koniec kredy, ofiarą padły niegdyś panujące na planecie wielkie gady. Przyczyny wymierań pozostają złożone i ciągle budzą dyskusję w świecie naukowym.

Szóste wymieranie – jeśli faktycznie ma obecnie miejsce – wydaje się jednak wyjątkowe. Po raz pierwszy toczy się ono w tak szybkim tempie, że jego skutki dają się zaobserwować gołym okiem przez – żyjącego przecież bardzo krótko z perspektywy procesów ewolucyjnych – człowieka. Po raz pierwszy też przyczyną wymierania wydaje się przede wszystkim jeden gatunek – ludzki.

Temat „szóstego wymierania” w swojej zatytułowanej tak książce bierze na warsztat amerykańska dziennikarka Elizabeth Kolbert. Dawno nie czytałem tak sprawnie napisanej popularyzatorskiej narracji – całość pochłania się jednym tchem. Kolbert zabiera nas w podróż po całym świecie – od islandzkiego półwyspu Reykjanes i jaskini północnej części stanu Nowy Jork po tropikalne lasy w brazylijskim stanie Amazonas i Wielką Rafę Koralową. Wszędzie rozmawia z naukowcami prowadzącymi badania nad zmieniającą się przyrodą i powtarzającymi to samo: tempo zmian nigdy jeszcze w historii prowadzenia badań nie było tak szybkie. Obrazy tych spotkań na wszystkich krańcach świata uzupełnia fascynująca narracja na temat tego, w jaki sposób przyrodoznawstwo odkryło historię naturalną.

Historia natury

Przez długi czas dla przyrodników fakt, że natura także posiada swoją własną historię, wcale nie był oczywisty. Do okresu wojen napoleońskich naturę postrzegano jako precyzyjnie skonstruowany, doskonały mechanizm, pozostający w stanie równowagi. W ramach takiego mechanizmu wymieranie całych gatunków pozostawać musiało zupełnym nieprawdopodobieństwem. Wszelkie dowody na to, że w przeszłości faktycznie istnieć mogły gatunki, które dziś nie kroczą już po powierzchni ziemi, były zbywane lub ignorowane przez naukę. Gdy w XVIII wieku w zakolu rzeki Ohio po raz pierwszy znaleziono szczątki mastodonta, nauka przez długi czas nie mogła sobie z nimi poradzić. Myśl, że pochodzą one od wymarłego zwierzęcia, wydawała się absurdem najbardziej nawet oświeconym umysłom epoki. Thomas Jefferson w piśmie z 1781 roku przekonywał, że choć zwierzęcia tego nie można dziś znaleźć na terenach skolonizowanej przez białych Ameryki, to z pewnością wywędrowało ono w północno-wschodnie rejony kontynentu: „Taka jest bowiem gospodarka natury, że nie może zostać przedstawiony żaden dowód na to, iż pozwoliła jakiejś rasie swoich zwierząt wyginąć; a w swoim wielkim dziele stworzyła ogniwo tak słabe, że pękło” – pisał przyszły amerykański prezydent.

Podejście to rewolucjonizują dopiero badania francuskiego przyrodnika ery napoleońskiej Jeana Cuviera. To Cuvier – błyskotliwy anatom, gwiazda zoologii przyciągająca charyzmatyczną osobowością tłumy na swoje wykłady wygaszane w całym zachodnim świecie – jako pierwszy systematycznie opisał i naukowo udowodnił istnienie wymarłych gatunków.

By wyjaśnić ich znikanie z powierzchni planety, rozwinął „teorię katastrof” – zgodnie z którą historię naturalną znaczą kolejne katastrofy, zdolne zmieść z powierzchni ziemi wcześniej dominujące na niej gatunki. XIX wiek odrzucił te teorie Cuviera. W perspektywie wyznaczanej przez teorię ewolucji Darwina nie potrzeba było żadnych wielkich katastrof, by wyjaśnić zanikanie i pojawianie się gatunków. Wszystko tłumaczy bowiem dobór naturalny, cierpliwa, kształtowana przez lata konkurencja gatunków o ekologiczne nisze, w wyniku której najlepiej przystosowane zdobywają w ich ramach dominującą pozycję, a najsłabsze przegrywają, pozbawiane dostępu do środków koniecznych do biologicznej reprodukcji i ekspansji, stopniowo znikają z powierzchni planety, zastępowane przez lepiej przystosowane do życia formy.

Kolbert pokazuje, ile czasu zajęło nauce uzgodnienie tych dwóch stanowisk. Dziś już wiemy, że faktycznie przez większą część historii naturalnej życie wygląda tak, jak w opisie Darwina. Powolna ewolucja, wyłanianie się gatunków coraz doskonałej przystosowanych do zajmowania coraz bardziej wyspecjalizowanych nisz w swoich ekosystemach, zanikanie tych, które nie są do tego zdolne. Ale od czasu do czasu coś wywraca ewolucyjny stolik. Nagle – co w perspektywie historii Ziemi oznacza kilkaset tysięcy lat – radykalnie zmieniają się warunki gry. Znikają ekosystemy, do życia w których organizmy ewoluowały przez setki tysięcy lat. Nagle wykształcone w toku takiej ewolucji cechy okazują się bezużyteczne, jeśli nie zabójcze. Stare dominujące gatunki wymierają, robi się miejsce dla nowych.

Przyczyny katastrofy

Gdy myślimy o „katastrofie”, często mamy na myśli jedno spektakularne wydarzenie. Jednak tylko jedno z wielkich wymierań – to z końca kredy – daje się wyjaśnić w ten sposób. Wtedy faktycznie, jak zgadza się dziś większość uczonych, katastrofą było uderzenie gigantycznego meteoru w powierzchnię ziemi, które doprowadziło w konsekwencji do wyziębienia klimatu i takiego przekształcenia jego warunków, że na planecie nie mogły już dłużej panować wielkie gady.

Mimo usiłowań naukowcom nie udało się jednak odnaleźć żadnych śladów podobnych kosmicznych katastrof z innych wymierań – ich przyczyny wydają się wyłącznie ziemskiej natury. Choć za każdym razem wiążą się ze zmianami klimatu. Pierwsze wielkie wymieranie z końca ordowiku (444 milionów lat temu) spowodowane zostało przez oziębienie ciepłego, globalnego klimatu. Ciągle nie ma jednoznacznej odpowiedzi, co je spowodowało, badacze wskazują na… mchy. Te jako pierwsze rośliny skolonizowały wtedy ląd, związały dwutlenek węgla z powietrza i doprowadziły do zabójczego ochłodzenia planety. Także za trzecie i jak dotąd największe w historii (zniknęło wtedy 90% organizmów żywych) wymieranie odpowiada zmiana klimatu. Około 252 miliony lat temu, pod koniec permu, do atmosfery (ciągle dobrze nie wiadomo skąd) przedostały się istotne ilości węgla. Doprowadziło to do wzrostu temperatur powietrza i wody, zakwaszenia oceanów, a także fantastycznego rozwoju bakterii siarczanych, które najpierw zatruły oceany, a następnie powietrze na lądach, wykańczając przy okazji większość żyjących organizmów. Cały ten proces nie trwał więcej niż 200 tysięcy lat.

Także obecne wymieranie wiele wydaje się mieć wspólnego ze zmianami klimatu. Z tym, że w tym wypadku możemy wskazać jego przyczynę – działalność człowieka. Ona też wydaje się kluczowa dla obecnego wymierania.

Nowa Pangea…

Człowiek okazał się bowiem dla wielu gatunków czynnikiem radykalnie zmieniającym zasady gry. Żadnemu gatunkowi nie udało się odnieść tak spektakularnego sukcesu w podporządkowaniu sobie środowiska – zwłaszcza w ciągu ostatnich 300 lat. Problem w tym, że sukces ten okazał się zbyt wielki i dla tej planety, i naszego gatunku.

Ekspansja homo sapiens unieważniła geografię. Obecne kształty kontynenty zyskały około 2,5 miliona lat temu, w ramach trwającego ponad dwieście milionów lat procesu rozpadu pierwotnego kontynentu, Pangei. W ciągu tych 2,5 miliona lat ewolucja przebiegała osobno na każdym z kontynentów, morza i oceany stanowiły barierę nie do przebycia dla wielu gatunków. Gatunki ewoluowały obok siebie, tworząc wysoce skomplikowane, symbiotyczne układy, utrzymując równowagę w ewolucyjnym wyścigu zbrojeń między drapieżnikami, a ich ofiarami, pasożytami i ich żywicielami, bakteriami i wirusami, a bardziej złożonymi organizmami.

Dzięki ekspansji człowieka, połączeniu najbardziej odległych obszarów globu w intensywną sieć komunikacyjną w ciągu ostatniego półwiecza dokonało się coś, co Kolbert, za badaczami, nazywa stworzeniem „nowej Pangei”. Ziemia znów stała się jednym kontynentem, co biorąc pod uwagę możliwości wymiany kulturowej, swobody poruszania się czy ponadnarodowej współpracy gospodarczej jest z pewnością świetną wiadomością. Choć już niekoniecznie z punktu widzenia niektórych ekosystemów i zamieszkujących je organizmów. Ekspansji ludzi towarzyszy bowiem przemieszczanie się towarzyszących im organizmów – od roślin, przez szczury, drobnoustroje, grzyby, po psy i węże. Ta powodowana przez człowieka migracja czasem ma zbawienne skutki – przywiezione przez Hiszpanów z Nowego Świata ziemniaki, kukurydza czy pomidory były kluczowe dla żywnościowego zabezpieczenia Europy i sporych części Azji. Bywa jednak zabójcza.

Czasem także dla ludzi. To przywiezione przez Europejczyków drobnoustroje, na które zupełnie nie byli odporni mieszkańcy Ameryk, doprowadziły do znacznego przetrzebienia lokalnej populacji. Kolbert opisuje liczne przypadki gatunków inwazyjnych, przynoszonych przez człowieka w ekosystemy, gdzie pozbawione naturalnych wrogów czynią znaczne spustoszenia w lokalnej faunie i florze. Od królików w Australii, przez węże na Samoa, po przeniesione przez tysiące kilometrów gatunki grzybów, czyniące spustoszenie wśród całkowicie ewolucyjnie nieprzygotowanych do współżycia z nimi populacji płazów w Ameryce Centralnej, czy nietoperzy na północnym wschodzie Stanów. Nie wiadomo, ile dokładnie gatunków zakończyło swój żywot w wyniku takich umożliwionych przez człowieka inwazji, utworzenie „nowej Pangei” z pewnością jest jednak radykalną zmianą warunków ewolucyjnej gry.

w piekarniku

Nie tylko jednak radykalnie skurczyliśmy planetę, ale także znacznie ją podgrzaliśmy w ciągu ostatnich 300 lat, gdy ludzkość na masową skalę spalać zaczęła paliwa kopalne i wycinać lasy.

Jak podaje autorka od czasu rewolucji przemysłowej poziom dwutlenku węgla w atmosferze jest dziś najwyższy od 800 tysięcy lat.

Jeśli obecne poziomy emisji się utrzymają, do 2050 roku stężenie CO2 w atmosferze będzie dwukrotnie przekraczać poziom sprzed ery przemysłowej. Oznacza to wzrost średniej temperatury na całej planecie nawet o 4 stopnie Celsjusza. Większe poziomy CO2 to także inny skład chemiczny oceanów. Taki, w którym wiele organizmów nie jest w stanie przetrwać – np. koralowce.

Także na lądzie wzrastająca temperatura nie daje szans wielu gatunkom. Owszem, mają one zdolność do adaptacji czy migracji w chłodniejsze obszary. Problem w tym, że obecne ocieplenie dzieje się szybciej, niż jakiekolwiek w historii. Wiele gatunków po prostu nie zdąży się ani przystosować, ani uciec. Naukowcy spierają się, jaki procent gatunków może zniknąć, jeśli obecne tendencje klimatyczne się utrzymają. Badania amerykańskiego biologa Chrisa Thomasa z 2004 roku przedstawiały wyliczenia, zgodnie z którymi, jeśli nic się nie zmieni do 2050 roku, liczba gatunków może zmaleć o jedną czwartą. Wyliczenia te wywołały wiele kontrowersji, dziś naukowcy na ogół przedstawiają znacznie ostrożniejsze szacunki. Ale ciągle są to rzędy nie ułamków procentów gatunków, ale oscylujące koło 10% ich obecnej liczby.

Wyzwanie antropocenu

Co to wszystko oznacza dla nas – ludzi? Człowiek posiada dużą zdolność do adaptacji do życia w bardzo różnych warunkach. Z pewnością także do życia na cieplejszej, mniej bioróżnorodnej planecie. Kosztem tej adaptacji może być jednak polityczne, społeczne i cywilizacyjne załamanie, połączone z serią katastrof humanitarnych – już dziś obserwujemy jak zmiany klimatyczne odpowiadają za wystawiający na poważną próbę Europę kryzys uchodźczy, a wszystko wskazuje, że będzie tylko gorzej.

Społeczne i polityczne skutki „wielkiego wymierania” i zmiany klimatycznej są czymś, co w dużej mierze pozostaje nieobecne w narracji Kolbert.

Jej książka ma jednak w tej kwestii jedną wielką zaletę. Jest wolna od nieznośnego sentymentalizmu, jaki w kwestiach środowiskowych cechuje Naomi Klein czy papieża Franciszka. W przeciwieństwie do To zmienia wszystko czy Laudato si w książce Kolbert na szczęście nie ma pensjonarskich, pastoralnych fantazji o „powrocie natury do równowagi”, konieczności wypracowania „nieinstrumentalnego stosunku do natury”, holistycznej relacji z „Matką Ziemi”, czy to duchu rzymskokatolickiej teologii (Franciszek), czy new-age’owskiego patchworku (Klein).

Takie wizje zapoznają historię naturalną, to, że pełna idylli wizja „natury w równowadze”, sprzed epoki przemysłowej, odnosi się do rzeczywistości, jaka ma miejsce na naszej planecie zaledwie od czasów końca ostatniego zlodowacenia, od około 12 tysięcy lat. W długim okresie czasu natura zawsze wraca do równowagi. Mimo kolejnych wymierań w długim okresie bioróżnorodność rośnie. Nawet jeśli człowiek sprowadzi na planetę ekologiczną katastrofę, w dłuższej perspektywie życie wróci do równowagi, po okresie wymierania czeka nas kolejna eksplozja nowych form życia. Choć wśród nich niekoniecznie musi być człowiek i niekoniecznie musi być to życie rozumne. Stawką rysującej się przed nami ekologicznej katastrofy nie jest ocalenie „natury” – zwłaszcza nie postrzeganej w ahistorycznych kategoriach – ale środowiska do życia, w którym może dobrze prosperować człowiek.

Człowiek jest zresztą częścią natury, tak samo jak mchy, porosty, karaluchy, szympansy i sokoły. Jedne gatunki budują kopce (termity), inne gniazda, my miasta, autostrady i kopalnie. W wysypisku śmieci, rurociągu transportującym ropę przez kontynent czy stacji kosmicznej nie ma nic „mniej naturalnego” niż w zbudowanej przez bobry tamie, rafie koralowej, puszczy czy mrowisku. Przeciwstawienia „człowieka” i „natury”, „zmian naturalnych” i „wywołanych przez człowieka” to bezużyteczne dla zrozumienia naszej sytuacji postteologiczne naleciałości w myśleniu, które im szybciej odrzucimy, tym lepiej.

Jako jedyny gatunek odcisnęliśmy przy tym na tyle głęboki ślad na środowisku, po milionach lat widoczny on będzie w zapisach kopalnych. Stąd naukowcy mówią o antropocenie, jako zaczynającej się właśnie epoce geologicznej. Antropocen, okres największego sukcesu człowieka, może okazać się jednocześnie momentem, gdy ludzkość zniszczy podstawy własnego życia na ziemi. Receptą nie jest jednak fantazja pastoralna, a jeszcze głębsze czynienie sobie ziemi poddaną, jej jeszcze bardziej świadome i celowe przekształcanie przez człowieka – ale tak, by zachować ją jako zasób umożliwiający wysokiej jakości życie przyszłym populacjom. Wysokiej jakości także pod względem dostępu do przestrzeni, zieleni, czystej wody i powietrza. Czy nie jest na to za późno albo za wcześnie (biorąc pod uwagę stan naszej wiedzy), czy w obecnym systemie polityczno-społecznym jest to w ogóle możliwe, to temat na osobny tekst i inną książkę niż ta napisana przez Kolbert. Wielkie wymieranie doskonale pokazuje jednak, jak człowiek potrafił zmieniać świat na lepsze i gorsze, i stawki naszej obecnej, globalnej sytuacji.

Elizabeth Kolbert, Szóste wymieranie. Historia nienaturalna, przeł. Tatiana Grzegorzewska, Piotr Grzegorzewski, W.A.B. 2016

 

**Dziennik Opinii nr 328/2016 (1528)

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.