Narkopolityka

Janiszewski: Ostatni Mohikanin

Janek miał być zupełnie inny. Ale skończył jak wszyscy.

W maju minionego roku spotkali się z Magdą w zakładzie karnym. Na widzeniu. Dwie godziny od Warszawy. Kompleks budynków otoczony białym murem, między torami kolejowymi a lasem. W sali widzeń – kilkanaście stolików i zdezelowane krzesła. W kąciku zabaw dla dzieci – brudne pluszowe zwierzaki. Na ścianach – rysunki. Łąki, lasy, łódki i słońce – wszystko, co kojarzy się z wolnością.

W więzieniu

Janek ma trzydzieści siedem lat i odlicza dni do wyjścia. To trzeci zakład w ciągu ostatnich dwóch lat odsiadki. Mówi, że nie jest najgorzej. Wysoki, dobrze zbudowany. Pakuje na siłowni, bo mają tutaj dwie maszyny do ćwiczeń. Jak się nie ma astmy ani padaczki, to lekarz pozwoli. Sprężysty krok i energiczne ruchy. Gdy wyjdzie, ma zaklepaną pracę na budowie. U znajomego, co to od lat z nim pracuje. Teraz najważniejsze, żeby po wyjściu nie wylądować od razu na ulicy, bo ma już dosyć bezdomności, bezdomność to początek najgorszego. Nie da się wtedy być trzeźwym. Złożył wniosek o mieszkanie socjalne. Najpierw zaakceptowali, potem odrzucili. Bo nie ma meldunku ani potwierdzenia, że przez ostatnie dwa lata przebywał w Warszawie. Spróbuje się jakoś odwoływać, może się uda.

Porozmawiali. O jedzeniu, że bardzo kiepskie. O tym, co za oknem – że beton. O tym, co w celi – telewizor, playstation, piętnaście metrów kwadratowych i pięciu facetów. O tym, czego nie ma. Kasy. Papierosów. Butów. Kawy. Cukru. Większości ubrań. Ma za to jedne spodnie, jedne gacie, jeden T-shirt i jedną bluzę. Oraz kupę szczęścia, bo nie ma HIV. Ani żółtaczki typu C. I tej typu B też nie ma. Więc coś jednak ma – niezniszczone zdrowie. Może zaczynać od nowa. Od zera. Ale nie absolutnego. 

W świetlicy

Co do Magdy, to pracuje w fundacji pomagającej takim jak Janek. Wymieniają igły i strzykawki na czyste i zapewniają miejsce, w którym można przyjść i posiedzieć. Tyle mogą.

Znali się z Jankiem od siedmiu lat. Jeszcze ze świetlicy, co działała w Warszawie. Janek, gdy tam przychodził, jako jeden z nielicznych miał pracę. Na budowie, przy eleganckich apartamentowcach dla klasy średniej. W tym był wyjątkowy. Miał też liczne sprawy sądowe. W tym był typowy, bo wszyscy tam mieli sprawy sądowe. Niektórzy za posiadanie, on za drobne kradzieże. Najpoważniejsza była za włamanie do piwnicy. Ale ponieważ nie miał adresu (w czym był też bardzo typowy), to nie odebrał biletu i na odsiadkę, trzecią w życiu, pojechał wprost z ulicy, przy okazji kolejnego zatrzymania.

Na tle pozostałych jest jednak dość niezwykły. Ma swoje zainteresowania (poza braniem). Ma literaturę fantasy. Ma filmy sensacyjne. Lubi komputery. A przede wszystkim nie ma HIV. Nie sposób o tym nie myśleć, bo to unikat w skali tych kilkuset, którzy w ciągu minionych paru lat przewinęli się przez świetlicę. I chce żyć. Paweł – raczej już nie. Z Pawłem jest tak, że stracił do reszty instynkt samozachowawczy. Paweł ma AIDS i umiera, całkiem zwyczajnie, dzień po dniu, na ulicy. Ludzie z fundacji próbowali  go umieścić w szpitalu, ale to nie takie proste, gdy ktoś nie bardzo wie, co się z nim dzieje.

W dzieciństwie

Z odsiadki wysłał do Magdy list.

Tak w sumie nie miałem takiego złego tego swojego życia – napisał. – Poznałem parę fajnych osób (np. Ciebie), zwiedziłem trochę Europy, zaliczyłem parę fajnych koncertów, kilka interesujących związków, jedyne, co jeszcze chciałbym zobaczyć, to Paryż i Amsterdam, ale jak się nie uda, to też nie będę płakał. Tak, reasumując, to nawet gdybym teraz umarł, tobym niczego nie żałował. Ciekaw tylko jestem, kto by przyszedł na mój pogrzeb. Pewnie nikt.

Ojciec Janka nie mieszkał z nimi, pił od zawsze, tylko tym się zajmował. Matka prędko sobie kogoś znalazła, kogoś nowego, kto gwarantował życie lepsze niż to pisane młodocianej, samotnej, z dzieckiem. Toteż wyjeżdżała i wracała. Długo jej nie było, chwilę była. Aż w końcu wzięła i wyjechała na dobre, a może nawet jeszcze lepsze, bo za granicę. Małym Jankiem zajęła się babcia. A potem Janek wziął i nie mówiąc nic nikomu też wyjechał za granicę, do matki. Miał wtedy piętnaście lat. Tyle samo co ona, gdy go urodziła.

Jakoś się im nie poukładało. Prędko wrócił i od razu popłynął. Najpierw u siebie w miasteczku, gdzie razem z pięcioma kumplami robili efedron z kropli Astmin. Tych kropli dawno już nie ma w sprzedaży, a kumpli na świecie. Nie żyją. Gdyby z nimi został, pewnie też by już nie żył. Ale on wtedy poznał dziewczynę. W trzy tygodnie wziął z nią ślub i znów ruszył w podróż. Razem z nią. Do Warszawy.

Na książęcym dworze

Od razu znalazł bajzel na Dworcu Centralnym. Rządził tutaj Książę, co trząsł całą stolicą. Produkował. Wszyscy u niego kupowali. Janek też szybko poznał ten książęcy dwór. Superceny, świetna jakość. Póki Księcia nie zamknęli i przestało być fajnie. Janek rozwiódł się z żoną, bo po pierwsze zrobił się chorobliwie zazdrosny, nie dogadywali się, kłócili. Ona nie była z tematu. Nie brała. Więc nie wiedziała, że się kłuł, a on nie chciał, żeby o tym wiedziała. I tyle z małżeństwa. 

Potem było tak, że bujał się już tylko z dziewczynami z tematu. To specyficzne związki. Układy. Ona zarabia na fantach – czyli kradnie, on załatwia towar. Albo inaczej: on załatwia mieszkanie, ona sprzedaje. Siebie, bo zwykle nie ma już nic innego, co ktokolwiek chciałby kupić.

Trochę pracował na budowach, zwykle na czarno, bo tak łatwiej. Starał się zachować równowagę. Jak wchodził za mocno w amfetaminę, to wychodził z niej alkoholem. Jedno nakręcało, drugie tłumiło – bilans był zachowany.

Po jednym nie śpisz, po drugim – wprost przeciwnie. Musiał być w tej woltyżerce sprawny, bo na detoksie wylądował raz. I to też jest w nim niezwykłe, bo większość narkomanów ląduje tam wiele razy. To dowodzi jakiejś świadomości siebie, względnej umiejętności zarządzania sobą, swoimi potrzebami. W gruncie rzeczy – dobry znak.

Na ulicy

Na początku wynajmował mieszkania, pokoje, potem lądował to na klatkach, to w noclegowniach. Po którejś odsiadce zamieszkał u jednej starej kompociary, takiej, co to na garach po dziś dzień. Produkuje, sama bierze, a żyje z tego, że trochę sprzedaje. Zaczął wynajmować u niej pokój. Któregoś dnia poprosił Magdę, żeby go odwiedziła. Poszła. Całe mieszkanie usmolone, wszystko przesiąkło makiwarą. Mówi do Janka: Człowieku, to nie jest dobry pomysł, żebyś ty tu został. – Ale ja nie wrócę na klatkę – odpowiada. – Do noclegowni też już nie chcę, bo tam na pewno znowu ostro popłynę. I co mu powiedzieć? Było, nie było – dach nad głową. Tylko, że wkoło sami kompotowcy, a jego pierwszym narkotykiem była amfa. Reszta doszła z czasem. To się nazywa politoksykomania. Tak żyje większość klientów Magdy – biorą to, do czego mają dostęp. Tylko laikom wydaje się, że wciąż są heroiniści, ci, co na amfie, na benzodiazepinach i ci, co chleją. Toteż kiedy się okazało, ze po tygodniu na kompotowym bajzlu Janek zaczął jechać razem z nimi, Magda nawet się nie zdziwiła. To się musiało tak skończyć.

Ciągle jednak słyszała, że jest zupełnie zdrowy. Testował się. Poszedł do punktu na Chmielnej. Całe trzy razy. To rzadka sprawa, cenny nawyk, inni się nie badają, ich zakażenia wyłapują szpitale, gdy któreś z nich wreszcie tam trafia.

Ale Janek, Janek był inny. Po raz ostatni testował się na rok przed odsiadką. – Zdrowy? – zapytał lekarz więzienny na wejściu. – Zdrowy – odpowiedział Janek, bo po pierwsze przecież nic mu nie było, a po drugie – do uzależnienia w więzieniu nikt się nie przyznaje. Jeśli widać na twarzy, na ciele – to i tak lepiej iść w zaparte, zwłaszcza jeśli się kłujesz. W więziennej hierarchii wstrzykujący są tylko trochę nad pedofilami. Potem mówił, że w więzieniu, w jego celi, brania nie było. W celi obok już tak. Że sam zapalił ze dwa razy skręta – tyle tego. Magda mu wierzyła, by niby czemu nie? Był przecież wyjątkowy.

Na OIOM-ie

W sierpniu spotkali się ponownie. Tym razem na szpitalnym OIOM-ie. Pielęgniarka wskazuje głową rząd łóżek. Magda idzie wzdłuż rzędu bladych ciał podłączonych do maszyn. Mija też Janka, ale go nie poznaje. Wygląda jak staruszek. Ma maskę tlenową. Próbuje przez nią mówić, ale Magda z początku nie rozpoznaje słów. Zajmie jej to dłuższą chwilę, podczas której widzi tylko, że Janek (albo to, co z niego zostało) płacze. Ale akcja, co? Magda, jesteś w szoku? Wiesz, że dzisiaj jest mój pierwszy dzień na wolności?

Nie, nie wie. Niewiele z tego wszystkiego rozumie. W ciągu trzech miesięcy tamten przypakowany gość zmienił się w umierającego staruszka.

Zostawia pielęgniarce pieniądze, które przyniosła na papierosy i czekoladę. Teraz przydadzą się na pieluchy. Rozmawia z lekarzem z oddziału. Stan jest krytyczny. – Proszę pani – tłumaczy lekarz – jak ktoś latami chodzi z nieleczonym zakażeniem, to gdy coś mu się w zdrowiu posypie, następuje efekt domina. Całkowite załamanie.

U Janka to załamanie zaczęło się w połowie czerwca. Najpierw przestał jeść. Potem był słaby. Kolega z celi powiedział: Ej, stary, wyglądasz jak śmierć. Potem bolał go brzuch. Nieustannie. Nieznośnie. Strasznie. Przewieźli go do najbliższego szpitala. Stwierdzono: istotny ubytek masy ciała (20 kg w pięć tygodni). Zdiagnozowano: zapalenie lewego płuca, grzybicę jamy ustnej, dodatni wynik HIV i wirusowe zapalenie wątroby typu C. Podejrzewa się: guz żołądka. O tym wszystkim Janek dowiedział się na obchodzie.

Potem trafił do Warszawy, na Rakowiecką. Do więziennego szpitala, tego co ma sławę, że żadna operacja się tam nie udaje. Jankowi wycinają część jelita cienkiego, by usunąć niedrożność. Parę dni później to, co lekarze pozszywali, zaczyna się rozchodzić. Z ciężką niewydolnością oddechową i krążeniową przenoszą go do Szpitala Klinicznego. Tam operują go ponownie. W rozpoznaniu: masywne obustronne zapalenie płuc. Podejrzenie pneumocystozy – choroby wskazującej na AIDS. Sąd zwalnia go z ostatnich paru tygodni odbywania kary.

Na wolności

Już jako wolny człowiek Janek trafia do szpitala zakaźnego. Tu ma zostać włączone leczenie antyretrowirusowe. Ale zanim zostanie włączone, znowu coś się nie udaje – przeszywający ból brzucha i wyciek z operowanego miejsca. Magda biega za lekarzami. Próbuje się czegoś dowiedzieć. Pierwszy: wykluczyć gruźlicę, włączyć leki ARV, zoperować. Drugi: najpierw włączyć leki ARV, potem operować, na końcu wykluczyć gruźlicę. Trzeci: wyleczyć grzybicę przełyku, nerki, potem leki ARV, operacja i na końcu badania płuc. Wreszcie czwarty, decyzyjny: najpierw chirurgia, ale to nie u nas, bo nie ma, a potem to się okaże.

Ale co ma się okazać? Czy przeżyje? Zapewne. Przez głowę przebiega jej myśl, że gdzieś tu wszyscy liczą na to, że jednak nie przeżyje. Zaoszczędziliby czasu, pieniędzy i fatygi, a to przecież narkoman. Bezproduktywna jednostka społeczna.

Na razie jednak jednostka, jak na złość, ciągle żyje i trafia znowu do szpitala klinicznego. Tego samego, z którego parę dni temu została wypisana. Nie je, nie pije, czeka na zabieg. Jest poniedziałek rano. Do wtorkowego popołudnia nikt mu nie zmienia opatrunków, nikt z nim nie rozmawia. Na sali leży sam. Czeka.

Wtorkowe popołudnie wiele zmienia: tego dnia Magda umawia się na spotkanie w biurze Rzecznika Praw Pacjenta. Składa skargę. Z biura natychmiast dzwonią do szpitala z prośbą o wyjaśnienia. Magda wraca do Janka. Zanim zdąży dojechać na miejsce, trzy razy odwiedzi go pielęgniarka, zmieni mu opatrunki, założy kroplówkę. Przyjdzie nawet lekarz. Przepraszamy, pan rozumie, tyle operacji, dużo przeszczepów. Kwadrans później Janek trafia na blok operacyjny.

Ze szpitala klinicznego wypisany zostaje z dwiema stomiami. Jeśli będzie dobrze rokował, to może za pół roku spróbuje się jakoś te kawałki pozszywać. Na razie zaczyna się leczenie antyretrowirusowe, które z początku znosi fatalnie. Nie śpi, chudnie, ma objawy depresji. Stopniowo skutki uboczne słabną. Jego stan zaczyna się normalizować. Trafia do ośrodka rehabilitacyjnego dla ludzi z AIDS. Z czasem staje na nogi. Zaczyna się sam ubierać i myć. Przybiera na wadze. Ma ogromny apetyt. Oraz zakrzepicę w nodze, problemy z nerkami, kiepskie wyniki badań.

Kiepskie i oporne na poprawę. Nie nastąpiła po trzech miesiącach od przydzielenia Jankowi superdrogich tabletek leczących AIDS. To znaczy: chyba nie nastąpiła, bo nikt tego nie sprawdził. W zasadzie powinien, ale pieniędzy nigdy nie ma tyle, ile powinno, więc choć przepisowo badania okresowe powinny odbyć się po trzech miesiącach od początku leczenia, to w przypadku Janka pierwsze odbędą się dopiero po pięciu. Przykra niespodzianka: cud współczesnej medycyny, jakim winno być cofnięcie się objawów AIDS, tutaj się nie wydarzył. To się nazywa: zespół krótkiego jelita. Cenne tabletki, z których rozdawnictwa ministerstwo tak pieczołowicie rozlicza wszystkie ośrodki prowadzące leczenie AIDS, zamiast godzinami rozpuszczać się w przewodzie pokarmowym, u Janka wnet trafiały do stomijnego worka. A to ci dopiero – dziwią się lekarze, jakby przegrali w zabawie typu połącz kropki. Nie połączyli. Pociętych jelit też raczej nie połączą, bo w obecnej sytuacji to wciąż zbyt ryzykowne. Janek ciągle ma AIDS. I dach nad głową w hospicjum, które jednak wolałoby się go jakoś pozbyć. To prawda – nie ma sił. Nie ma pracy. Nie ma dokąd pójść. Ale patrząc na to, co wkoło niego: nie jest z nim wcale tak najgorzej. Może się sam wypróżniać i sam podmywać. Ma władzę w nogach. Ma 493 złote zasiłku. Więc jednak jest wyjątkowy. Żyje.

W systemie

Co do Magdy, to dużo myślała o tym happy endzie. Jakoś nie umie się cieszyć. Przeszła coś na kształt żałoby po tamtej naiwnej fantazji: że wprawdzie wszyscy są pozakażani, ale ten jeden Janek jednak zdołał o siebie zadbać. Testował się, miał czysty sprzęt, pilnował go, wiedział, jak się nim posługiwać. Bo wielu z nich nie wie. Dostaną czyste igły, ale wodę do rozpuszczania będą mieli wspólną. Albo: użyją osobnej wody, ale waciki do odkażania rany będą już po koledze. Tu jest tyle możliwości przeniesienia zakażenia, że aż nie wiadomo, gdzie zaczynać. Robili więc szkolenia z bezpieczniejszego brania, tyle że one niewiele zmieniają. A Janek miał być dowodem na to, że jak wiesz i współpracujesz, to nic ci się nie stanie. Taki ostatni Mohikanin.

Ta wizja była mocno okrojona. Nie uwzględniała wielu spraw. Na przykład tej, że w świecie, w którym Janek żył, sam fakt zakażenia nie stanowi większej rewelacji. A skoro tak, to właściwie po co się ekscytować brakiem hifa? Wszyscy wkoło przecież są dodatni i jakoś dają radę. Po drugie: gdy tak zwany normalny świat spodziewa się, że tacy jak Janek pozakażają się od wspólnych igieł i strzykawek, redukuje ich do użytkowników tych igieł i strzykawek. A oni mają jakieś relacje, partnerów, uprawiają seks. Zakażą się jak nie przez igły, to przez seks. Tylko że to jakoś nikomu nie przychodzi do głowy.

Gdyby ktoś tu liczył pieniądze – nawet na palcach, niezbyt dokładnie – toby takiemu Jankowi zalecił test już na wstępie jego odsiadki. Bo tak to najpierw na koszt państwa przesiedział Janek parę lat w więzieniu, a jak trafił do szpitala, to na koszt państwa trzeba go było pięć razy operować. Teraz latami, na koszt państwa, będzie na superdrogich lekach antyretrowirusowych. Zupełnie jakby ten system chciał go najpierw zabić, a potem, na sekundę przed osiągnięciem celu – uratować od śmierci.

Pod opieką

Kiedy Janek leżał w szpitalu, przyjechała do niego matka. Z zagranicy. Od lat się nie widzieli. Magda rozmawiała z nią podczas tamtej wizyty. – Wie pani, może to i dobrze, że tak się to wszystko skończyło – powiedziała mams Janka. – To tragedia, ale można powiedzieć: szczęście w nieszczęściu. Może Janek się teraz zmieni. Może będzie już lepszy.

Zupełnie jakby to AIDS miało się teraz Jankiem zająć, tak jak nikt nie zrobił tego wcześniej. Powiedziała też, że do Janka chciał zadzwonić jego tata, ale mu się nie udało. Ponoć nie jest w stanie uzbierać 10 złotych na doładowanie telefonu.

POST SCRIPTUM:

Kilka tygodni temu Społeczny Komitet ds. AIDS – najstarsza organizacja pozarządowa zajmująca się problematyką zakażeń HIV w Polsce – przedstawił raport z pilotażowego badania iniekcyjnych użytkowników narkotyków. Jego celem było oszacowanie rozpowszechnienia HIV i HCV w tej grupie na terenie Warszawy i okolic. Na 96 przebadanych osób 14 miało HIV, 68 – HCV, 25 było zakażone i jednym, i drugim. 29 osób przeszło przez więzienia. Ponad połowa próbowała leczenia w ośrodkach stacjonarnych. Żadne z zakażeń wykrytych w pilotażu nie było do tej pory zdiagnozowane.

Bio

Jakub Janiszewski

| Dziennikarz, reporter
Dziennikarz radia Tok FM. Ukończył Wydział Wiedzy o Teatrze Akademii Teatralnej w Warszawie. Dziennikarstwem zajmuje się od 1999 roku. Współpracuje z „Gazetą Wyborczą”, gdzie publikuje reportaże i wywiady. W 2006 opisał historię czterech młodych kobiet zakażonych wirusem HIV przez Simona Mola - znanego działacza na rzecz imigrantów. Wkrótce potem zajął się innym tematem powiązanym z HIV - polityką narkotykową. W swoich audycjach próbuje pokazać problematykę społeczną w kontekście systemu legislacyjnego i praw człowieka. Był nominowany do nagrody Mediatory 2006.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.