Świat

Historia holenderskiego haju

Martyna Dominiak

Nawet Holendrzy myślą, że w ich kraju marihuana jest zalegalizowana - o  polityce narkotykowej Holandii i cofee shopach opowiada Tom Blickman z Transnational Institute.

Marcin Chałupka, Martyna Dominiak: Jak doszło do tego, że w Holandii jest dozwolona sprzedaż marihuany? Jaka jest historia zmian, które do tego doprowadziły, nie tylko w kontekście politycznym i prawnym, ale także społecznym?

Tom Blickman: Wszystko zaczęło się w latach 60., w trakcie rewolucji kulturalnej, gdy młodzi ludzie protestowali przeciwko społeczeństwu konsumpcyjnemu. Wcześniej marihuana nie była w Holandii znana. W tamtych czasach stała się częścią kultury, zwłaszcza kultury muzycznej, częścią liberalnego ruchu rewolucji w opozycji do konserwatywnego społeczeństwa. Były to także czasy wielkich muzycznych festiwali, największy to chyba Holland Pop Festival w Rotterdamie w 1970 roku – odpowiedź na Woodstock. Ludzie z całego świata tabunami zjeżdżali się do Holandii, spędzali tu czas, sypiając w parkach i jarając zioło. Wszystkie te centra muzyczne przyciągały także dealerów. W ciągu kilku lat rozwinął się czarny rynek. Na początku policja aresztowała handlarzy towarem, ale w pewnym momencie dla wszystkich stało się jasne, że ta metoda nie działa, nie mogli przecież aresztować wszystkich. Musieliśmy więc znaleźć inne rozwiązania. Obywatele przejęli inicjatywę.

To nie dotyczyło wyłącznie marihuany. To była część rewolucji kulturalnej, w skład której wchodziły: muzyka, wolność, feminizm. Cały proces zmian w społeczeństwie. A marihuana była jego częścią. Ale to wcale nie sam ruch przyczynił się do zmian związanych z marihuaną, przyczynili się do tego raczej policjanci, lokalne władze, liderzy centrów muzycznych.

Zaskakujące. W większości państw konserwatyści zaostrzyliby po prostu prawo.

W pewnym momencie, aby zapobiegać używaniu narkotyków i ich sprzedaży wokół centrów muzycznych, w zaułkach Amsterdamu, Rotterdamu czy Hagi, ludzie je prowadzący zdecydowali się na trzymanie dealerów wewnątrz, pod własnym dachem. Uznali, że znają dealerów sprzedających marihuanę, ufają im i nie będą ich wyrzucać z lokali. Na tym etapie właściciele centrów musieli osiągnąć jakieś porozumienie z policją, aby ta nie aresztowała „ich” dilerów. W końcu w budowanie obopólnego porozumienia włączyła się prokuratora i burmistrzowie. W 1969 roku biuro prokuratury wydało wytyczne dla policji zalecające przełożenie akcentów z zainteresowania drobnymi przestępstwami narkotykowymi na rzecz poważnych przemytników marihuany i innych substancji.

Muzyczne kluby były w rękach prywatnych właścicieli czy też funkcjonowały jako instytucje publiczne?

Początkowo były inicjatywą prywatną, wkrótce niektóre zaczęły dostawać dotacje od władz miasta. Centra muzyczne musiały negocjować warunki z burmistrzem. W pewnym momencie w strukturach miejskich Amsterdamu istniały dwie komisje zajmujące się tym problemem. Gdy ludzie z magistratu zobaczyli, że to działa, zgodzili się wydać więcej pozwoleń. Przyczyną tego była chęć regulowania przez władze przepływu masy ludzi przyjeżdżających do miasta i korzystających z substancji psychoaktywnych. Na początku zarządzali centrami muzycznymi aktywiści, były to centra społeczne. W latach 80. stało się to bardziej komercyjne, ludzie zorientowali się, że można na tym zarobić.

Tak powstały tzw. coffee shopy, gdzie można zapalić skręta?

Nazywa się je coffee shopami (sklepami z kawą), ponieważ w Holandii nie jest tak łatwo zdobyć licencję na kawiarnię, trzeba spełnić pewne wymagania. Natomiast by otworzyć sklep z kawą, potrzebujesz jedynie lokalu, nie ma żadnych specjalnych wymogów. Pojawiło się przyzwolenie na sprzedaż, oprócz kawy, również marihuany. Pierwszy coffee shop powstał w 1975 w Amsterdamie.

Po różnych doświadczeniach władze miejskie ustanowiły pewne reguły dotyczące tych miejsc: zakaz sprzedaży nieletnim, zakaz sprzedaży alkoholu, zakaz reklamy (poza znakiem przedstawiającym listek marihuany na oknie). Ponadto została prawnie uregulowana maksymalna ilość marihuany, jaką można kupić. Na początku było to 30 gramów, potem zmieniono to na 5 gramów. Zapas marihuany, który można było przechowywać w sklepie, także został prawnie określony. Coffee shopy były jednak czynne dłużej niż centra dla młodzieży czy centra muzyczne, wiadomo było, że mają zapewnione regularne dostawy marihuany. Rozwijało się to rożnie w różnych miastach, dlatego w 1994 roku postanowiono nałożyć pewne odgórne regulacje, obowiązujące w całym kraju. Trzymajcie się ich, a władze zostawią was w spokoju.

Dlaczego nie zdecydowano się na włączenie w ten system substancji psychoaktywnych innych niż marihuana?

W latach 70. i później mieliśmy do czynienia również z ogromną epidemią zażywania heroiny. Przyzwolenie na funkcjonowanie coffee shopów umożliwiło nam odseparowanie rynków heroiny i marihuany. Gdy ludzie kupowali marihuanę w coffee shopach, nie musieli kontaktować się z dealerami, którzy żyją również ze sprzedaży heroiny i innych narkotyków.

W tamtym czasie niepodległość uzyskała kolonia holenderska Surinam, wielu jej mieszkańców przybyło do Holandii. Sporo młodych ludzi było bez pracy. W Amsterdamie niektórymi ulicami nie można było przejść, bo były one tłumnie zajmowane przez imigrantów sprzedających narkotyki. Często można było paść ofiarą kradzieży portfela lub zostać dźgniętym nożem. Sytuacja nie była różowa, dlatego władze odseparowały rynek marihuany, by ta zniknęła z ulic. Ostatecznie stało się to częścią polityki z zakresu zdrowia publicznego.

Możemy więc powiedzieć, że to rzeczywistość ukształtowała prawo narkotykowe, a nie odwrotnie.

Wszystko kształtowało się stopniowo i powoli. Były komisje rządowe, raporty ekspertów, konsultacje z organizacjami pozarządowymi i terapeutami uzależnień. W międzyczasie pilotażowo funkcjonowały regulacje dotyczące sprzedaży marihuany w centrach i coffee shopach jako rodzaj eksperymentu.

Coffee shopy wciąż nie są w pełni legalne, ich działalność uregulowana jest jedynie na podstawie wytycznych prokuratorskich rozciągniętych na cały kraj, które mogą być modyfikowane przez poszczególne samorządy. Do dziś nie zostały uchwalone ustawą. Jeśli decydujesz się prowadzić coffee shop, musisz się zapoznać z wytycznymi i postępować według nich. Co 5 lat są one odświeżane.

Posiadanie konopi jest też nadal zabronione. Ale w prawie holenderskim mamy tzw. mechanizm celów doraźnych, który pozwala prokuraturze nie wnosić oskarżenia, gdy wniesienie takowego powodowałoby większą szkodę niż jego niewniesienie. Aby zapobiegać nierównemu traktowaniu wszystkich przypadków, rząd wprowadził pewne zalecenia dla prokuratury.

W Holandii prokuratura trzyma pieczę nad oskarżeniem kryminalnym, ale to burmistrz ma za zadanie dbać o porządek społeczny. Tak więc policja podlega dwóm instancjom. W każdym mieście funkcjonuje taki trójkąt odpowiedzialności za utrzymanie porządku: komendant policji, prokurator oraz burmistrz.

Policja jest odpowiedzialna za kontrolowanie coffe shopów i ich produktów?

Gdyby na przykład podczas kontroli znaleziono coś niedozwolonego albo stwierdzono obecność niepełnoletniego klienta, burmistrz może zamknąć taki łamiący reguły coffee shop na okres od 3 do 6 miesięcy. A jeśli proceder ten się powtórzy, oznacza to zamknięcie na dobre. Wszystko jest dokładnie kontrolowane, ale cała procedura była tworzona stopniowo.

Po roku 1990 mieliśmy prawdziwy boom na coffee shopy. Było ich około 5 tys., to naprawdę dużo, dziś działa ich około 600 w całym kraju. Wtedy musieliśmy zweryfikować działalność tych punktów, bo Holandia miała opinię narko-państwa. W ostatnim czasie próbowano wprowadzić inne reguły, powodowane rozwojem turystyki związanej z marihuaną na południu kraju. Wielu ludzi przyjeżdżało do Holandii z Belgii, Niemiec i Francji. Mieszkańcy przez pewien czas musieli się rejestrować, wprowadzono rewizję dokumentów w coffee shopach, aby wykazać, czy dana osoba jest rezydentem danego regionu Holandii. Ale Holendrzy nie chcieli się rejestrować. Coffee shopy opustoszały. Handel marihuaną znowu powrócił na ulicę.

Dlaczego ludzie nie chcieli się rejestrować? Pokazanie dowodu jest problemem?

Ludzie noszą przy sobie prawo jazdy lub paszport, ale żaden z tych dokumentów nie zawiera adresu. Trzeba było więc iść do urzędu miasta, aby ten wydał papier potwierdzający miejsce zamieszkania. Był to pomysł szalony. Na przykład gdy byłem mieszkańcem Amsterdamu i na tydzień pojechałem do Maastricht, nie mogłem iść tam do coffee shopu. Takie rozwiązanie wprowadziło prawe skrzydło rządu, przy wsparciu bardzo ksenofobicznej partii. Gdy do władzy doszli socjaldemokraci, zrezygnowali z egzekwowania tej reguły.

Oficjalnie obcokrajowcy nadal nie mogą wejść do coffee shopu, ale istnieje specjalna furtka dla władz lokalnych, aby to one decydowały, jakie rozwiązanie jest najlepsze akurat w tym mieście. Od zawsze było ważną i respektowaną zasadą, że o prawie dotyczącym coffee shopów w 70% decyduje rada miasta, a w 30% burmistrz. To burmistrz jest odpowiedzialny za egzekucję tego prawa. Gdy rada ustali, że zezwala na coffee shop, burmistrzowi trudno jest się sprzeciwić.

Czy marihuana jest elementem wykorzystywanym w kampanii w wyborach samorządowych?

W Holandii burmistrz nie jest wybierany przez mieszkańców w wyborach powszechnych, lecz przez radę miasta. W ostatnich wyborach była debata, w której większość centro-lewicowych partii wypowiedziała się przeciwko zamykaniu coffee shopów i wnosiła o ostateczne wprowadzenie uregulowań prawnych dotyczących ich funkcjonowania poprzez ustawę.

Kto chciał zamknięcia coffee shopów?

Chrześcijańsko-demokratyczna partia, która była u władzy dłużej niż partia komunistyczna w Rosji i jest największą partią w Holandii, od samego początku dążyła do wprowadzenia regulacji prawnych w kwestii coffee shopów. W 2000 roku jej zwolennicy zmienili zdanie i postanowili ujednolicić swoje stanowisko dla dokładniejszego określenia profilu partii.

W związku z tym, że byli u władzy przez tak długi czas, mieli swoich ludzi wszędzie  – w policji, w radach miejskich. Zaczęto więc namierzać uprawy, aby uniemożliwić coffee shopom realizację dostaw. Teraz większość upraw jest w rękach organizacji kryminalnych, które zwalczają się nawzajem. W strzelaninach gangów często giną ludzie. Pojawiły się więc nowe problemy wymagające regulacji tego, co dzieje się na zapleczu coffee shopów. Trzeba rozwiązać problem przestępczości. Większość centrolewicowych partii popiera pomysł na legalizację obrotu marihuaną. Niektóre władze miejskie zgłosiły się do Ministerstwa Sprawiedliwości o pozwolenie na próbne wprowadzenie eksperymentów w kwestii legalnych dostaw do coffee shopów.

Skąd zatem właściciele coffee shopów biorą marihuanę?

Na początku, w latach 70. i 80., był to w większości haszysz przemycany przez małe holenderskie organizacje z Maroka, Libanu i Pakistanu. Był to duży rynek. W latach 80. narastały konflikty pomiędzy tymi organizacjami. Policja zaczęła więc namierzać import. Do dziś można odnaleźć marokańskie coffee shopy, w których sprzedawany jest hasz. Ich klientami są w większości imigranci, a towar pochodzi z przemytu.

Pod koniec lat 80. zaczęły się rozwijać domowe hodowle, tzw. trawy – plantacje, często prowadzone w kryjówkach wewnątrz pomieszczeń, trudne do namierzenia dla policji. Jakość tych dostaw była dobra, producenci zarabiali dużo pieniędzy. Po prostu sprzedawali marihuanę swoim przyjaciołom, właścicielom coffee shopów. Obecnie w Holandii można uprawiać do 5 roślin marihuany, ale przy rewizji policji trzeba je wszystkie oddać. Poza tym nie grozi za to wszczęcie żadnej procedury prawnej. Wszyscy mówią, że hodują rośliny na użytek własny.

Właściciel coffee shopu jest zobowiązany, aby kwestia zaopatrzenia jego biznesu nie angażowała kryminalistów. Policja ostatecznie nic nie robi w sprawie dostaw, bo wie, że lepiej mieć coffee shopy niż dealerów na ulicy. Jeśli policja zacznie węszyć za bardzo na zapleczach w poszukiwaniu dostawców, w efekcie coffee shopy mogłyby zostać zamknięte.

Czy właściciele coffee shopów mogą hodować własną marihuanę?

Mogą oczywiście próbować. Jeśli hodowla zostanie namierzona, coffee shop może zostać zamknięty. Dobrym przykładem jest pewne miasto w pobliżu Amsterdamu. Tamtejsza rada miejska zgodziła się na powstanie coffee shopu. Informację o tym zamieszczono w gazecie, aby ludzie zainteresowani prowadzeniem coffee shopu mogli aplikować. Miasto ogłosiło, że przeanalizuje biznesplan i zadecyduje, czy dana osoba może otrzymać licencję. I teraz osoba, która zdecydowała się prowadzić interes, ma sprawę przed sądem.

Dlaczego?

W tym przypadku największym problemem była właśnie kwestia dostaw. Teraz można mieć na stanie w coffee shopie 500 gramów marihuany [to dolny limit z regulacji krajowych, samorząd może zezwolić na wyższy – przyp. red.]. Właściciel tego coffee shopu miał 3000 gramów zapasu. Odwiedzało go około tysiąca klientów dziennie. Był to jedyny coffee shop w mieście, okolica podmiejska, w której mieszka sporo klasy średniej czy robotniczej. Gdyby każdy klient kupił tylko dwa gramy, to już jest 2 tys., dużo ponad normę. Klienci lubią przecież kupować różne rodzaje marihuany. A właściciel chce utrzymać klienta. Musi więc znaleźć dojście do większego zaopatrzenia. To trochę absurdalne. Wobec właściciela tamtego coffee shopu toczy się postępowanie karne. Jego sprawę prowadzi jeden z najlepszych prawników w Holandii, który zwraca uwagę, że jeżeli jego klient ma stanąć przed sądem, to odpowiedzialność powinni wziąć na siebie także burmistrz, szef policji i prokurator tego miasta. To władze miasta zadecydowały bowiem, że chcą mieć w mieście coffee shop, oni też wydali licencję, byli świadomi kwestii zapotrzebowania na marihuanę.

To znów obywatele będą musieli coś zrobić w kwestii regulacji dostaw do coffee shopów?

Prawdopodobnie zostaną wydane nowe wytyczne dotyczące dostaw. Wszystko ciągle się zmienia, staje się coraz bardziej rygorystyczne, innym razem bardziej liberalne, to ciągle żywa materia. Zmiany są łatwe do wprowadzenia, ponieważ nie trzeba zmieniać ustawy, a jedynie wytyczne. Wszystko jest zależne od klimatu politycznego w kraju. Gdy staje się on bardziej konserwatywny, jak w przeciągu ostatnich 10 lat, można dostrzec coraz bardziej rygorystyczne poczynania policji czy zamykanie coffee shopów w różnych miastach.

Coraz więcej rad gmin chce powrócić do pomysłu wprowadzenia regulacji prawnych w kwestii rekreacyjnego spożycia marihuany. Aktualna sytuacja generuje dużo kosztów – specjalne zespoły kontrolujące coffee shopy, policja walcząca rocznie z ponad 5 tys. plantacji. Gdyby wprowadzono te regulacje, a zarazem opodatkowano sprzedawaną marihuanę, oznaczałoby to dodatkowy milion euro w kieszeni podatników. To oficjalne wyliczenia. Zyskalibyśmy także większą kontrolę. Teraz nie wiadomo do końca, co się kupuje, czy do marihuany nie są dodawane żadne pestycydy. Gdyby były regulacje, można by kontrolować także poziom zawartości THC.

Czy zysk z coffee shopów jest opodatkowany?

To nadal jest nielegalny rynek. Właściciele coffee shopów płacą podatek dochodowy od pieniędzy zarobionych na transakcji. Za każdym razem trzeba negocjować z ludźmi z urzędu skarbowego, którzy mogą sami zdecydować o wielkości podatku, jaki trzeba opłacić. Trzeba być niezwykle ostrożnym w prowadzeniu księgi rachunkowej. Sam towar jest jednak wciąż nieopodatkowany, nie ma akcyzy jak przy papierosach lub alkoholu.

Czy w coffee shopach można było kupić także inne substancje psychoaktywne?

Nie. Od samego początku panowała separacja rynku. Wraz z postępującą komercjalizacją zaczęły się zdarzać takie przypadki, ale wtedy szybko interweniowała policja.

Czy pojawiają się głosy za tym, aby także kokaina lub inne substancje były dostępne w coffee shopach?

Oczywiście jest grupa ludzi, która chciałaby, aby zalegalizowane zostało wszystko. Można też wyobrazić sobie system, w którym heroina i kokaina są dostępne w supermarkecie. Ale nikt czegoś takiego nie żąda na poważnie.

W Holandii funkcjonują recepty na heroinę czy leczenie kokainą, ale dotyczy to tylko określonych przypadków osób uzależnionych. Ludzie ci mogą przyjść do gabinetu konsumpcyjnego, gdzie pod kontrolą medyczną mogą zażyć dawkę narkotyku. Przy okazji można otrzymać informację o terapii i formach pomocy, jakich mogą potrzebować. Załoga gabinetów może także poznać bliżej takich problematycznych użytkowników, zobaczyć, jaka jest ich sytuacja. Są tacy, którym nigdy nie uda się wyjść z nałogu i trzeba ten fakt zaakceptować.

Jaka jest sytuacja użytkowników innych substancji w Holandii? Jeśli konsumpcja marihuany jest uregulowana (akceptowalna społecznie), to jak wygląda poziom konsumpcji innych substancji psychoaktywnych?

Poziom konsumpcji marihuany jest taki sam, jak w Niemczech czy Belgii. Jeśli zaś chodzi o inne substancje, to ich użycie nie jest zabronione, gdy ma się przy sobie małą ilość, nikt nie wnosi oskarżenia, trzeba tylko zostawić towar policjantom i jest się wolnym. Heroina właściwie nie jest już problemem w Holandii, nadal mamy grupę starszych użytkowników heroiny, ale wielu z nich jest objętych programem wydawania recept na ten narkotyk.

Mamy także dużą grupę konsumentów ekstazy. Największym problemem dziś jest jednak GHB (kwas 4-hydroksybutanowy), póki co grupa użytkowników jest bardzo mała, ale substancja mocno uzależnia. Są także programy pomocowe dla tej grupy. Generalnie w Holandii jest wiele programów leczenia i prewencji uzależnień. Jeśli chce się skorzystać z terapii, to nie ma problemów z uzyskaniem pomocy.

Wszystkie te nowe wynalazki, dopalacze, nowe substancje psychoaktywne nie są szczególnie popularne. U nas dostępny jest „prawdziwy towar”.

Czy teraz istnieje jakiś silny ruch domagający się legalizacji marihuany bądź jej dekryminalizacji?

Nie ma takiej potrzeby. Ta polityka działa od ponad 30 lat, więc nawet Holendrzy myślą, że w ich kraju marihuana jest zalegalizowana. Sprawę komplikuje międzynarodowe porozumienie prawne zapisane w konwencji ONZ, które zabrania produkowania i hodowli marihuany do celów rekreacyjnych. Dozwolone jest to tylko do celów medycznych i naukowych. Holenderskie rozwiązanie było odpowiedzią na tę skomplikowaną sytuację – jak nie stać w sprzeczności z konwencją i robić nadal to, co robimy. To trochę schizofreniczne.

Czy politycy zamierzają ewentualnie wycofać Holandię z tej konwencji ONZ, tak jak na przykład prezydent Morales zrobił z Boliwią, aby zalegalizować kulturowe użycie liści koki?

W konwencji są zawarte jedynie generalne wytyczne, do obowiązku danego kraju należy przełożenie tych zapisów na wewnętrzne akty prawne, a także zadbanie o respektowanie tych przepisów. Zawsze jednak jest w tym jakaś elastyczność, jeśli chodzi o interpretację konwencji. Holandia podpisała tę konwencję i chce się jej trzymać.

Gdyby minister sprawiedliwości zezwolił na uprawę marihuany dla celów rekreacyjnych, to musiałby próbować zmienić także konwencję ONZ, co jest bardzo trudne. Rosja nigdy się nie zgodzi na wprowadzenie jakichkolwiek zmian. Holandia mogłaby także wystąpić z konwencji i powrócić do niej znowu, tyle że z zapisem, że w tym kraju można hodować marihuanę do celów rekreacyjnych. To właśnie zrobiła Boliwia z liśćmi koki. Gdy będąc sygnatariuszem, chce się zmienić konwencję, to sprzeciw choćby jednego z członków konwencji blokuje taką zmianę w sposób ostateczny. Natomiast w przypadku, gdy wychodzisz z konwencji i ponownie do niej wstępujesz, potrzeba sprzeciwu co najmniej 1/3 członków, aby taką zmianę zablokować.

Nadal jednak najlepiej jest, gdy zbiera się jakaś grupa krajów, które chcą zmian. W Ameryce Południowej jest grupa państw, które chcą stworzyć specjalną konwencję dotyczącą marihuany, taką, jaka obowiązuje chociażby w przypadku wyrobów nikotynowych. Nie trzeba zmieniać całej konwencji, ustala się jakąś ramę – zakazującą palenia w określonych miejscach, niepozwalającą na reklamę. Podobna rama mogłaby powstać w kwestii marihuany. Ale mówimy tutaj o polityce międzynarodowej, a to może trochę potrwać.

Jaka droga jest najbardziej prawdopodobna w przypadku Holandii?

Prawdopodobnie państwo będzie wydawało licencje na uprawę marihuany, aby zapewnić jej lepszą jakość i różnorodność. Takie licencje mogłyby wydawać rady miejskie. Dziś działa tylko jedna firma, która ma licencję na uprawę marihuany do celów medycznych. Ta uprawa jest kontrolowana przez specjalne biuro badające medyczne zastosowanie marihuany.

Teraz wiemy o marihuanie dużo więcej niż kiedyś. Pieniądze z podatków możemy przeznaczyć na prewencję i leczenie. To wydaje się bardziej racjonalne, ale podejście do polityki narkotykowej wcale nie jest racjonalne. Jest przepełnione emocjami i wartościami moralnymi. Zawsze mówię, że rozumiem obawy rodziców, którzy boją się, że ich dzieci się uzależnią, ale prohibicja wcale przed tym nie chroni. Częścią codzienności jest to, że ludzie się uzależniają. I chociaż emocje związane z tym tematem za każdym razem wracają, to sama tematyka jest już bardziej unormowana. W Holandii ludzie otwarcie mówią o używaniu i problemach z nim związanych, a to  jest najlepsza prewencja.


Tom Blickman – niezależny badacz i dziennikarz, mieszkający na stałe w Amsterdamie. Aktywista społeczny, zaangażowany w ruchy squatterskie. Pracował wcześniej w Biurze Jansen & Janssen, instytucie badawczym zajmującym się kwestiami politycznymi. Obecnie w Transnational Institute zajmuje się międzynarodową polityką nadzoru narkotyków w ramach programu „Narkotyki i demokracja”. Współpracował jako ekspert w przygotowaniach do wprowadzenia legalnego obrotu marihuaną w Urugwaju.

Polecamy również lekturę kolejnej publikacji Open Society Foundations z cyklu poświęconego polityce narkotykowej – Coffee shopy i kompromis. Separacja rynków nielegalnych substancji psychoaktywnych w Holandii, która miała dziś swoją premierę w Warszawie. Publikację można pobrać na stronie internetowej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.