Narkopolityka

Trump z Sao Paolo najechał Cracolândię

Nowo wybrany burmistrz São Paolo, znany dotąd jako prowadzący telewizyjne show „The Apprentice”, w wyborach obiecał, że zrobi porządek z narkomanami. Nikt się nie spodziewał, że będzie to akcja na tak ogromną skalę.

Pod koniec maja do dzielnicy Nova Luz w São Paulo weszła policja – czterystu funkcjonariuszy z tarczami, hełmami, długą bronią i pistoletami przy pasach. Krótkie filmy z rozpędzenia Cracolândii wyglądają jakby Neill Blomkamp robił przymiarki do sequela Dystryktu 9. Policyjny szpaler walący ze strzelb na oślep po zapuszczonych slumsach w niczym nie ustępuje zmilitaryzowanym szwadronom nękającym owadopodobnych kosmitów. Różnica jest jedna. Obcym z Dystryktu 9 dostaje się już tylko na DVD, wojna policji z mieszkańcami Cracolândii jest brutalnie rzeczywista. Rozpoczęła się 21 maja i wciąż trwa, a gumowe kule i policyjne pałki spadają na głowy stawiających opór Brazylijczyków.

Zdusić całe to bydło

Cracolândia mieści się na opuszczonej stacji autobusowej w dzielnicy Nova Luz, a od maja wędruje również po okolicznych parkach i skwerach. W anglojęzycznej prasie nazywa się ją Cracklandem, a sami mieszkańcy mówią o niej „Craco”. I tak, wszystkie te nazwy pochodzą oczywiście od cracku, czyli kokainy w jasnoszarych kryształach. Kilka placów i okalające je budynki w centrum São Paulo to z jednej strony typowa brazylijska dzielnica nędzy, z drugiej – ilość cracku, który przechodzi tam z rąk do rąk, z rąk do lufek i wreszcie z lufek do płuc jest na tyle niesłychana, że dała początek światowej (nie)sławie tego skrawka przestrzeni w największym mieście Ameryki Południowej.

„Użytkownicy narkotyków owinięci w brudne koce leżą na chodniku albo wysiadują na brudnych kanapach. Inni snują się wzdłuż jezdni zupełnie niewzruszeni stanem otoczenia. Nikt nie kryje się z tym, po co tu przyszedł: po crack, który pali się tu zupełnie otwarcie” – pisał Jonathan Watts z „Guardiana” w artykule sprzed czterech lat.

Obraz nędzy i rozpaczy powraca niemal w każdym akapicie tekstu południowoamerykańskiego korespondenta: „Wielu w Cracolândii ma za sobą historię wykorzystywania seksualnego, przemocy domowej lub uzależnienia. Siedemnastoletni Chris przyjechał do São Paulo z północnej Brazylii dziesięć miesięcy temu. Szukał matki. Jedyne, co znalazł, to świat uzależnienia”.

Bardziej współczesne relacje nie odbiegają stylem od tych sprzed lat. „Minuta po minucie, przestrzeń coraz bardziej ogarnia szaleństwo. Tłum ludzi bierze dragi, pije alkohol i tańczy do bladego świtu. W nocy rozpalają ogniska, żeby się rozgrzać. Dym łączy się ze swędem fekaliów” – pisze grupa reporterów z codziennej gazety w São Paulo.

Cracolândia pracowała na swoją reputację od lat 90. Z biegiem lat jej nieformalne granice rozlewały się na kolejne budynki. W końcu policja przestała odwiedzać zakazaną dzielnicę – jedne radiowozy przestały przyjeżdżać ze strachu, inni funkcjonariusze dogadali się z dilerami.

Cracolândia pracowała na swoją reputację od lat 90. Z biegiem lat jej nieformalne granice rozlewały się na kolejne budynki.

Kolejni burmistrzowie albo nie robili w sprawie Cracolândii nic, albo urządzali tam pokazy siły miejscowej policji. Nie zniechęcały ich porażki poprzedników. Każdy następny włodarz São Paulo chciał pokazać, że jemu uda się przepędzić ćpunów z serca śródmieścia. Kulminacja tego maczystowskiego podejścia przypadła na rok 2012, kiedy to burmistrz Gilberto Kassab rozpoczął operację „Zduszenie” (Operação Sufoco). Cel był prosty: spowodować tyle „bólu i cierpienia”, żeby zmusić uzależnionych do pójścia na terapię. Ku zdziwieniu Kassaba po „Zduszeniu” nie zanotowano masowych uzdrowień w São Paulo.

Fot. Governo do Estado de São Paulo, via flickr.com

Przełom w historii Cracolândii nastąpił w roku 2014. Burmistrz Fernando Hadda przestał odwracać głowę od dzielnicy, na której, zdawałoby się, wszyscy postawili już krzyżyk. Jego metody nie miały jednak nic wspólnego z polityką poprzednika. Ogłosił, że do użytkowników cracku wyjdzie z otwartymi ramionami i rozpoczął program „De Braços Abertos”. Nikt nie ciągnął na siłę chronicznie uzależnionych do szpitali na odwyk, a policja już prawie oficjalnie przestała ścigać posiadaczy narkotyków.

Wcześniej żeby uzyskać wsparcie od państwa i opieki społecznej, użytkownicy cracku musieli wykazać, że skończyli z braniem. Zasady programu „Otwarte ramiona” były inne: jeśli chcesz pracować, to wchodzisz do programu – niezależnie od tego, czy ostatni kryształ spaliłaś przed chwilą, a następny wrzucisz po pracy, czy skończyłaś przed miesiącem. Uczestnicy programu przez cztery godziny dziennie pracowali, sprzątając parki i ulice São Paulo. W zamian dostawali wypłatę (równowartość 6,50 dolara dziennie), miejsce w motelu i wyżywienie. „Otwarte ramiona” były efektem współpracy kilkunastu miejskich instytucji, w tym również tych odpowiedzialnych za terapię uzależnień. Uczestnicy programu mogli się leczyć i byli do tego zachęcani, ale nikt do niczego ich nie zmuszał.

Jakie efekty przyniósł program? Zapytałem o to Mauricio Fiore, brazylijskiego antropologa i eksperta Brazilian Drug Policy Platform, który przeprowadzał ewaluację „De Braços Abertos”. – Ogromna większość uczestników programu deklarowała w wywiadach, że jakość ich życia znacznie się polepszyła – cytuje wnioski z ewaluacji Fiore. Raport podsumowujący program nie był jednak bezkrytyczny. – Dwa najważniejsze problemy to brak odpowiedniej koordynacji działań i niejasno zdefiniowany cel całego programu – punktuje Fiore.

O ile cele programu mogły wydawać się zbyt mgliście określone, to zmiana podejścia wobec użytkowników była bardzo wyraźna. Represyjny model wojny z narkotykami zastąpił program redukcji szkód. Siły miejskich instytucji zostały przeniesione ze ścigania „narkomanów” i dilerów na ograniczenie zagrożeń wynikających z używania narkotyków – chorób, przemocy, drobnej przestępczości. Autorzy programu „De Braços Abertos” zrozumieli, że bezwzględne zwalczania narkotyków przynosi najwięcej szkód osobom, które ich używają.

– Wreszcie uwierzono, że użytkownicy też mają coś do powiedzenia w swojej sprawie. Przecież sami dobrze wiedzą, co jest dla nich dobre – tłumaczy Daniel Mello, dziennikarz z São Paulo, który pisze o Cracolândii od 2009 roku. – Ludzie mówią o nich zombie. Nie znoszę tego. Ale widzisz, łatwiej chyba uwierzyć w to, że nie wiedzą, co robią, niż w to, że należy z nimi przedyskutować plany, które ich dotyczą.

Trump z São Paulo

Od początku tego roku wszyscy na Cracolândii wiedzieli, że w końcu przyjdzie tu policja. 1 stycznia na fotelu burmistrza São Paulo zasiadł João Doria. Pierwszy raz od 24 lat mieszkańcy São Paulo nie potrzebowali drugiej tury, żeby wybrać burmistrza. Doria jest politykiem Brazylijskiej Partii Socjaldemokratycznej, ale zasłynął jako prowadzący brazylijską wersję reality show The Apprentice – dokładnie tego samego, które wylansowało Donalda Trumpa. W wyborach obiecał, że zrobi porządek z narkomanami z Cracolândii i raz na zawsze położy kres takim wymysłom jak polityka otwartych ramion.

– Spodziewaliśmy się, że policja w końcu wejdzie, ale nikt nie sądził, że będzie to akcja na tak ogromną skalę – komentuje Fiore. 21 maja policja próbowała rozbić Cracolândię po raz pierwszy od 2014 roku. Doria, podobnie jak wszyscy poprzedni burmistrzowie, poniósł porażkę. Już następnego dnia powstała nowa Cracolândia. Mieszkańcy, którzy umknęli policji, rozbili się na placu Księżniczki Izabeli – 400 metrów od stacji Luz. Tam po kilku dniach również zawitała policja. Zdesperowani ludzie koczujący w skleconych naprędce namiotach podpalili prowizoryczne konstrukcje, wywołując wielogodzinny pożar.

 

Dzisiaj część wróciła do budynków w okolicach dworca, reszta dalej koczuje na placu Księżniczki Izabeli. – Doria powoli odkrywa to, co już dawno stwierdzili różni badacze i pracownicy społeczni współpracujący z użytkownikami cracku z São Paulo – tłumaczy Fiore. – Cracolândia to nie jest terytorium, tylko płynna przestrzeń. Na centralny punkt, gdzie zbiera się najwięcej dilerów, zawsze mówiło się „flow”, bo płynie razem z całą społecznością. Nie będzie jej w jednym miejscu, to pojawi się w drugim.

Terapia w kontenerach

Mello twierdzi, że Doria szybko nie odpuści sprawy Cracolândii. – Prawda jest taka, że tam nie chodzi tylko o pokazanie siły i zaprowadzenie porządku. Cracolândia mieści się w bardzo drogiej części miasta. Deweloperzy od lat czekają tylko, aż ktoś wyrzuci stamtąd bezdomnych i uzależnionych od cracku.

Fot. Agência Brasil Fotografias, via flickr.com

Z ludźmi przepędzonymi z dworca Luz i placu Księżniczki Izabeli coś trzeba zrobić. Dlatego burmistrz Doria zastąpi program „Otwarte ramiona” swoim autorskim projektem o nazwie „Recomeço”, czyli „Powrót”. Uzależnieni powrócić mają do społeczeństwa.

Z początku Doria chciał nawet wspomóc te powroty przymusową terapią, ale nie zgodził się na to brazylijski Trybunał Sprawiedliwości. W miejsce zaczynającego działać programu redukcji szkód, jakim były „Otwarte ramiona”, pojawią się stare dobrze znane terapie abstynencyjne, gdzie rozmowa z użytkownikami zaczyna się od pytania, czy są czyści. Dla tych nielicznych, którzy zgłoszą się do przychodni, już czekają nowiutkie kontenery, w których mają zamieszkać na czas terapii.

 

Bio

Dawid Krawczyk

| Reporter Krytyki Politycznej
Autor reportaży, wywiadów, analiz i recenzji. Absolwent Filozofii i Filologii angielskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. W Krytyce Politycznej od 2011 roku. Redaktor działu Narkopolityka poświęconego krajowej i międzynarodowej polityce narkotykowej. Publikował między innymi w Magazynie Świątecznym "Gazety Wyborczej" oraz polskiej edycji "Le Monde Diplomatique". Tłumaczenia jego tekstów ukazywały się w językach: angielskim, czeskim, rumuńskim, węgierskim i włoskim.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

"Przecież sami dobrze wiedzą, co jest dla nich dobre" - to zdanie jest samo w sobie absurdem, a największym argumentem za tym, że jednak nie wiedzą, jest ich aktualne położenie.
Relokowałbym ich w częściach do kilku różnych ośrodków, żeby nie mogli się tak szybko zebrać razem. Dawanie im pracy - ok, ale jeśli za zarobione pieniądze kupowaliby jeszcze więcej narkotyku, to taka operacja nic nie zmieni w ich życiu.

Od dawna wiadomo, ze inni wiedza lepiej, co jest dobre dla ciebie. Bolszewicy urzadzili raj na ziemi kiedy odkryli te prawde.

@cpt. close - w tym przypadku akurat owszem, narkotyki odebrały im zdolność racjonalnego myślenia. Nie myślą o tym, żeby zaoszczędzić parę dolarów i kupić sobie jedzenie, tylko żeby wciągnąć więcej proszku. Tacy ludzie są straceni, jeśli ktoś im nie pomoże.
Tak jak zauważył autor artykułu, mieszkają w tej dzielnicy totalnie niewrażliwi na stan swojego otoczenia, śmieci itp. I tak samo są niewrażliwi na stan samych siebie. Skoro nawet policja przestała tam jeździć na patrole, to znaczy, że sytuacja jest rzeczywiście poważna. Po rozwiezieniu ich do różnych ośrodków możnaby ich skierować do pracy i wypłacać za to drobne sumy, ale jednocześnie monitorować. Gdyby chcieli wracać do nałogu - przerwać płacenie (ale utrzymać obowiązek pracowania).

Nie wystarczy wiedzieć - trzeba rozumieć.Wspieraj nas!