Multimedia

Jakiej nauki chce PiS?

Jarosław Gowin, Fot. Facebook.com

Posłuchajcie ważnej debaty o nadchodzącej reformie uczelni wyższych, zorganizowanej przez Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej w redakcji Krytyki Politycznej.

Na debacie reprezentantów i reprezentantek politycznych ugrupowań na lewicy rozmawiamy o zagrożeniach, które niesie za sobą szkodliwy projekt reformy nauki autorstwa Jarosława Gowina i o tym, w jaki sposób wpisuje się on myślenie Prawa i Sprawiedliwości o państwie.

Najlepszym obrońcą III RP jest Jarosław Gowin

Goście debaty:
Maciej Gdula, socjolog, Uniwersytet Warszawski
Maciej Józefowicz, Zieloni
Paulina Piechna-Więckiewicz, Inicjatywa Polska
Julia Zimmermann, partia Razem
Monika Helak, Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej

 

Jakiej nauki chce PiS?

Na debacie skupiającej różne odcienie politycznej lewicy rozmawiamy o zagrożeniach, które niesie za sobą szkodliwy projekt reformy nauki autorstwa Jarosława Gowina i o tym, w jaki sposób wpisuje się w nowy system rządów Prawa i Sprawiedliwości.

Goście: Maciej Gdula, Maciej Józefowicz, Paulina Piechna-Więckiewicz, Julia Zimmermann,
Monika Helak

Posted by Krytyka Polityczna on Monday, 11 September 2017

 

Gowin namaścił antydemokratyczną Ustawę 2.0

Bio

Zofia Sikorska

| Redaktorka strony KrytykaPolityczna.pl
Studiuje socjologię i historię sztuki w ramach MISH UW. Redaktorka strony KrytykaPolityczna.pl

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Szanowni Państwo,
Chciałbym odnieść się do następującego fragmentu rozmowy:
MP: …Najzabawniejsze jest to, że ustawę projektują profesorowie, którzy zdobyli magisteria, doktoraty, habilitacje najczęściej na swoich macierzystych uczelniach.
MH: W zupełnie innych niż nasze, a więc zdecydowanie lepszych, cieplarnianych warunkach.
Rozumiem oczywiście różnice poglądów dotyczące tego jaka powinna by ustawa o szkolnictwie wyższym. Sam w wielu sprawach mam rozterki dotyczące tego jakie rozwiązanie byłoby najlepsze. Uważam także, że dobrą rzeczą jest spór i ścieranie się opinii – chodzi przecież o przyszłość naszego kraju. Jednocześnie jestem przekonany, że rzeczowa dyskusja jest możliwa jedynie, gdy wychodzimy od faktów, a nie budujemy jej na topornej propagandzie bądź po prostu niewiedzy. Mam nadzieję, że zacytowany fragment wynika właśnie z tej drugiej. Co prawda nie byłem członkiem żadnego z zespołów przygotowujących założenia do Ustawy 2.0, ale jestem z podobnej generacji i nie sądzę by profesorowie wymienieni wyżej rozpoczynali swoją karierę naukową w mocno innej niż ja rzeczywistości. A ta w moim przypadku wyglądała następująco, oczywiście w dużym skrócie:
Pierwszego dnia, gdy zatrudniono mnie na stażu asystenckim w Politechnice Poznańskiej, przydzielono mi miejsce pracy – było to małe, mocno już zużyte biureczko stojące w wieloosobowej sali. Pewnym problemem było to, że przy biureczku były dwa rozklekotane krzesła, a do biureczka przydzielono trzy osoby: kolegę, który wraz ze mną rozpoczynał staż oraz będącego na kilkumiesięcznym stażu w PP doktora z Politechniki w Charkowie, no i mnie. Był to grudzień 1974 roku, a więc nie było mowy o żadnych komputerach, Internecie czy WWW (tych dwóch ostatnich po prostu jeszcze nie było). Wybór czasopism w uczelnianej bibliotece był więcej niż skromny. Książki z mojej dyscypliny czytałem na ogół po rosyjsku (zdarzało się, że tłumaczyli prace z USA).
Mieszkałem w niezbyt dużym mieszkaniu u rodziców, także przez około rok po ślubie, gdy dołączyła do nas moja żona. Mieszkanie dzieliliśmy także z moją młodszą siostrą. Po roku spotkało nas niezwykłe szczęście – dostaliśmy z żoną pokój w Hotelu Asystenta przy ul. Palacza 18. To jak chwycić Pana Boga za nogi. W tym pokoju kończyłem mój doktorat. Pokój miał 12 metrów kwadratowych powierzchni, a znajdowały się w nim następujące rzeczy: wnęka z umywalką, stolik i dwa krzesła, rozkładana kanapa, a od pewnego momentu także łóżeczko pierwszego dziecka, szafa ubraniowe, półka na książki, lodówka, a na niej stała pralka automatyczna (pieluchy jednorazowe były wtedy nieprawdopodobnym luksusem, który znałem tylko z opowieści, więc normalne pieluchy trzeba było prać i prasować; nawiasem mówiąc żona tuż przed porodem pełniła przez tydzień dyżury (o różnych porach doby) w kolejce by zdobyć tę pralkę). Wspólna ubikacja i natrysk były na piętrze (po jednym przypadało na 40 osób), była też, na piętro, wspólna kuchnia z czteropalnikową kuchenką. Warto dodać, że rynek mieszkań na wynajem praktycznie nie istniał, a moja niewielka pensja wystarczała z trudem na związanie końca z końcem – w tamtych czasach banan był wielkim luksusem. Mieszkaliśmy w hotelu asystenta trzy lata, by zamienić go dokładnie przeddzień wprowadzenia stanu wojennego na dwupokojowe mieszkanie, tzw. „rotacyjne” (a przydzielono mi je za sukcesy naukowe), co było kolejnym niezwykle szczęśliwym wydarzeniem w moim życiu. Byłem też szczęśliwcem oczekującym na mieszkanie spółdzielcze w bloku (czekałem 14 lat) oraz na małego fiata na tzw. książeczce samochodowej (także wiele lat oczekiwania), Średni czas oczekiwania na telefon w 1989 roku, czyli ostatnim roku istnienia realnego socjalizmu, wynosił 14 lat (można sprawdzić w roczniku statystycznym). Co miesiąc stałem całą noc przed sklepem mięsnym, aby wykupić na kartki ochłapy, które wtedy nazywano mięsem. O wyjazdach za granicę na konferencje asystentów i młodych uczonych praktycznie nie było mowy, może że sami załatwiliśmy jakoś pieniądze – nie było wtedy agencji grantowych, a czarnorynkowy (a więc jedyny dla mnie osiągalny) kurs dolara był taki, że moje miesięczne wynagrodzenie wynosiło około 15 USD. To opis tychże „cieplarnianych warunków”, o których mowa w wywiadzie.
Andrzej Jajszczyk
P.S. Nie mam czasu i siły by komentować całą dyskusję, ale to co rzuca się w oczy, to całkowite zignorowanie doświadczeń tych krajów, w których szkolnictwo wyższe i nauka są na najwyższym poziomie (i zapewniam, że nie jest to tylko sprawa większych pieniędzy).

Szanowny Panie Profesorze,
proszę nie mieszać faktów. Opisywana przez Pana trudna sytuacja materialna, w jakiej rozpoczynał Pan pracę naukową, nie wynikała z odgórnej polityki kształtującej funkcjonowanie uczelni wyższych, ale z (chorej) sytuacji gospodarczej w poprzednim systemie. Meritum argumentu właściwie Pan nie dotknął, a chodzi w nim o to, że na przykład Pan Profesor, popierający rozwiązania zmuszające naukowców do mobilności, wedle publicznie dostępnych informacji, kolejne stopnie i tytuły naukowe zdobywał na tej samej uczelni. Jednocześnie, odnosząc się z szacunkiem do Pańskiego dorobku naukowego, warto zauważyć, że nie przeszkodziło to Panu bynajmniej w uprawianiu nauki na wysokim poziomie. A mówiąc jeszcze inaczej - proszę mi dać zarobić na dom, a ja w starszym wieku może i skorzystam z takiej opcji, żeby go sprzedać i kupić inny w innym mieście (nie wiem tylko co na to moja żona, która naukowcem nie jest, a z racji wysokiej specjalizacji w branży ważnej lecz niezbyt dobrze u nas rozwiniętej, pracę w zawodzie byłaby w stanie znaleźć w dwóch miastach w Polsce).
Co do innych spraw:
- staż asystencki nie był taki dobry, bo wiązał się z pełnym obciążeniem dydaktycznym - proszę wybaczyć, ale chyba nie ma Pan pojęcia, jak ogromna jest różnica między przygotowywaniem doktoratu przy jednoczesnym prowadzeniu dydaktyki (w mniejszy czy większy sposób jednak związanej z uprawianą dyscypliną naukową) i stabilności zatrudnienia a przygotowywaniem doktoratu przy jednoczesnej etatowej pracy w firmie zajmującej się całkowicie czymś innym lub pracy wyłącznie na zlecenie i mocno niestabilnej (dodam, że w moim mieście stypendium doktoranckie obecnie wystarcza na wynajęcie pokoju w mieszkaniu dwupokojowym, opłacenie biletu miesięcznego i "na przeżycie" zostaje ok 100zł, więc podejmowanie pracy nie wynika z chęci bogacenia się, ale konieczności zapewnienia potrzeb życiowych);
- całkowite ignorowanie doświadczeń krajów, w których szkolnictwo wyższe i nauka są na najwyższym poziomie - no dobrze, w takim razie przyjrzyjmy się Stanom Zjednoczonym i obecnej sytuacji ludzi rozpoczynających tam pracę w nauce, coraz rzadziej mogących liczyć na stałe zatrudnienie i coraz częściej spędzających długie lata na kolejnych post-doc'ach, a w końcu często rezygnujących z kariery naukowej (statystyki dotyczące zjawisk, o których mówię, są dostępne); przyjrzyjmy się krajom takim jak Holandia, które postawiły na komercjalizację nauki i przede wszystkim studiów wyższych, i sprawdźmy czy nauka ma się tam lepiej teraz niż się miała przed tego rodzaju reformami.

Nie mam czasu i siły, by komentować wszystkie kwestie, które Pan tu poruszył, jednak bardzo chciałbym, żeby i Pan Profesor i inne osoby pracujące nad kształtem nowej ustawy lub co do zasady popierające różne proponowane w niej rozwiązania zechciały wyjaśnić choćby takie kwestie, jak te:
- dlaczego ciągle mówi się o kolejnych mechanizmach, które mają "bodźcować" (co za określenie...) do tego czy tamtego naukowców młodych, a nie mówi się o skłanianiu naukowców mniej młodych do poświęceń tej samej rangi i skali?
- dlaczego mówi się o tym, do czego trzeba tych młodych naukowców zmuszać, ale nie mówi się o tym, jakie to dla nich przyniesie skutki (niestabilność w czasie studiów doktoranckich plus wymuszona mobilność po ich zakończeniu przekreśla właściwie np. możliwość założenia rodziny przed 30. rokiem życia - w imię czego?)?
- dlaczego nie mówi się o tym, skąd wiemy, że określone mechanizmy przyniosą zamierzone efekty (skąd np. przekonanie, że wymuszona mobilność w kraju o niskim potencjale naukowym i niewielu dobrych zespołach naukowych przyniesie dobre skutki np. dla tych, którzy z dobrych ośrodków będą musieli się przenosić do tych mniej dobrych? co z tymi, którzy poza uczelnią macierzystą nie znajdą w Polsce zespołów badawczych w swojej dziedzinie, bo ich nie ma? mówię o Polsce, bo de facto o mobilności wewnętrznej mówi się w proponowanych regulacjach, a za to nie mówi się nic o mechanizmach wspierania mobilności międzynarodowej, poza samymi nakazami i zakazami)?
- dlaczego tak wiele mówi się o uczelniach publicznych, a w żaden sposób nie porusza się problemów dotyczących uczelni prywatnych?
- dlaczego dydaktyka traktowana jest nie jako naturalny element funkcjonowania (nomen omen) uczelni wyższych, a tradycyjnie ich główna funkcja, ale jako obciążenie (które np., jak w wypowiedzi Pana Profesora, nie ułatwia pracy nad doktoratem), którego trzeba się pozbyć?
- dlaczego Pan Profesor i tak wielu innych próbuje udawać, że planowana reforma rozgrywa się wyłącznie w sferze walki o jakość polskiej nauki, podczas gdy w rzeczywistości dzieje się tu o wiele więcej?
- dlaczego Pan Profesor i tak wielu innych wciąż powtarza, że pieniądze nie rozwiążą wszystkich problemów, nie przyznając jednocześnie, że są one jednym z najbardziej oczywistych problemów w polskiej nauce?
- dlaczego o praktycznych sposobach i skutkach reformowania publicznych uczelni wyższych najwięcej mają do powiedzenia osoby, których doświadczenie w kierowaniu nimi jest niewielkie lub żadne?

Tego rodzaju pytania się mnożą. Sęk w tym, że gdy już ktoś na nie odpowiada, to co najwyżej wybiórczo. Bo nie ma czasu i siły. Co świadczy o stosunku do osób, które te pytania zadają.

Polecam:
https://www.youtube.com/watch?v=PaPqlCTmq9I
calosc a zwlaszcza 17.00-18.30
Moze jednak warto wychylic nosa z polskiego grajdola by jednak zobaczyc, ze mamy naprawde problem!!!

a tak przy okazji dygresja. Czy opinia pana Piotrowskiego o "antydemokratycznym" sposobie zarzadzania uczelniami ma jakis zwiazek z jego dfoswiadczenim jako doktoranta w Nottingham. Tam to dopiero mmay chucpe andtydemokratyczna. Cytuje:
Senate
The academic authority of the University is the Senate, which meets three times a year. Its responsibility is to direct and regulate teaching and examinations, and to promote research. The Senate is chaired by the Vice-Chancellor and its membership includes:
A obecny chancellor to wprawdzie absolwent tego uniwersytetu (BA in Economics), ale do momentu objecia funkcji w 2013 glownie ekonomista, biznesman i czlonek wielu doradczych komitetow ekonomicznych rzadow wielu panstw.

Tak to prawda, ze wszystkie 3 projekty U2.0 praktycznie ignorowaly kwestie szkolnictwa wyzszego co spotkalo sie z olbrzymia krytyka na portalach (nic odkrywczego w komentowanym artykule).
Smutne jest to, ze np. z projektu zespolu prof. Kwieka (pomimo wielu sensownych propozycji) wychodzi z kazdego zakmarka proba zachowania raz zdobytych przywileji. Tyle, ze inne generacje uczelniane takie jak Obywatele Nauki czy wlasnie KKHM maja inne sztandary, ale jak sie zaglebic w szczegoly to wszystko sie sprowadza do jednego: Na sztandarach wielkie hasla, a pod nimi walka o swoje wlasne indywidualne przywileje lub wyrwania czegos z krotkiej kordelki. Ludzie odpowiedzilani i myslacy propanstwowo nie bardzo maja z kim na uczelniach rozmawiac - podobnie jest z PSRP, ktorego dzialacze juz bardziej sa politykierami a studenci interesuja sie glownie stypendiami.
Polskie uczelnie to zakonserwowana mentalnosc z czasow slusznie minionych.

A co do mobilnosci. Student moze przyjechac do miasta i mieszkac w akademiku to tym bardziej moze doktorant i postdoc. To co jest problemem to jakosc ksztalcenia i dalsze perspektywy zawodowe a nie mobilnosc.

Panie Profesorze,
1. Staże asystenckie są na wymarciu, zastąpione gorszymi "studiami doktoranckimi"
2. Hotel asystencki przy ul. Palacza został już dawno temu sprzedany. Od niedawna mieści się tam dyskont Lidla.
3. Wynajem mieszkania w Poznaniu w lepszym standardzie niż "pokój studencki z jedną łazienką dzieloną na kilka gospodarstw domowych" kosztuje tyle samo lub nawet więcej niż wynosi typowe stypendium doktoranckie.
4. E-zasoby biblioteczne zmniejszają potrzebę mobilności, a nie zwiększają.

Z całości Pana wypowiedzi można wywnioskować, że marzył się Panu wyjazd, więc teraz wszystkich innych chce Pan na siłę uszczęśliwiać. Otóż czasy się zmieniły i obecnie trudno o bardziej szkodliwe dla polskiej nauki propozycje niż przymusowa mobilność.

>Staże asystenckie są na wymarciu, zastąpione gorszymi "studiami doktoranckimi"
Na stażu i późniejszej asystenturze miałem pełne obciążenie dydaktyczne, nie wiem czy to ułatwiało prace nad doktoratem.
>E-zasoby biblioteczne zmniejszają potrzebę mobilności, a nie zwiększają.
Mobilność nie jest po to by mieć dostęp do zasobów bibliotecznych, ale do zespołów naukowych, czyli ludzi; Skype tego nie zastąpi.
>marzył się Panu wyjazd,
Moja indywidualna sytuacja nie ma tu żadnego znaczenia - ja już swoje wyjeździłem. Przytłaczająca większość uczonych, którzy osiągają teraz autentyczne sukcesy naukowe jest bardzo mobilna, pracując wiele lat w różnych miejscach. Związek mobilności i sukcesu naukowego nie jest tu przypadkowy. Na grant ERC (również Starting Grant) nie mają szansy niemobilni, niezależnie od tego na jakim uniwersytecie robili doktorat. Dylemat wygląda następująco: albo mobilność, trud, wyrzeczenia i nauka światowej jakości, albo brak mobilności, w miarę wygodne życie i zbieranie "punkcików". Proszę tylko nie podawać przykładu Immanuela Kanta, który nigdy nie ruszył się z Królewca - czasy były inne, a przede wszystkim nie wszyscy uczeni są Kantami.
>Otóż czasy się zmieniły i obecnie trudno o bardziej szkodliwe dla polskiej nauki propozycje niż przymusowa mobilność.
Nie bardzo rozumiem co jest takiego szczególnego w nas Polakach, że mobilność ma być dla nas szkodliwa, gdy w całym cywilizowanym świecie tak nie jest.
AJ

Mateusz Piotrowski

Szanowny Panie Profesorze,

W swojej wypowiedzi odnosiłem się do faktu, że (cytuję): "MP: ustawę projektują profesorowie, którzy zdobyli magisteria, doktoraty, habilitacje najczęściej na swoich macierzystych uczelniach." Jest to fakt potwierdzony m.in. na Pana przykładzie (cytuję za: http://jajszczyk.pl/inc/uploads/A_Jajszczyk_CV_2015_03.pdf):

"Stopnie zawodowe i naukowe

1974 Mgr inż. elektryk (Politechnika Poznańska)
1979 Dr w zakresie telekomunikacji (Politechnika Poznańska)
1986 Dr hab. w zakresie telekomunikacji (Politechnika Poznańska)
1994 Profesor"

Z pewnością, warunki pracy naukowca w znajdującej się w gospodarczym kryzysie Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej lat 80. były z pod wieloma względami nie do pozazdroszczenia, że nie było internetu, a " w tamtych czasach banan był wielkim luksusem". Wydaje mi się jednak, że powinniśmy dążyć do tego, by kolejne pokolenia żyły i pracowały w lepszych, a nie równie złych lub gorszych warunkach.

Co do doświadczenia nauki i pracy na uczelniach zagranicznych - w tym zdobywania stopni naukowych na nie-macierzystej, zagranicznej uczelni - to nie wszystkie tematy da się poruszyć w krótkim wywiadzie. Nasze rozwiązania pozytywne, być może również z przykładami dobrych praktyk z zagranicy, przedstawimy na Kongresie KKHP, na który serdecznie zapraszam.

Dodam tylko, że moje doświadczenie zdobywania stopnia naukowego na zagranicznej uczelni - które doceniam - nie skłania mnie wcale do wiary w to, że wystarczy przekopiować "zachodnie rozwiązania", i że na mitycznej Zachodniej Akademii wszystko jest lepiej (chociażby dlatego, że nie ma czegoś takiego jak jeden jedyny Zachód i jeden jedyny zachodni model uniwersytetu). Jestem też mocno przekonany, że obietnica "wzrostu jakości (output) nawet bez zmiany nakładów (input)" (cyt. za Instytut Allerhanda) jest przekonaniem naiwno-cynicznym.

Pozdrawiam i życzę dobrych Świąt,

Mateusz Piotrowski

Dziękuję za komentarz. Oczywiście długo by można dyskutować. Co do mojej "niemobilności" na wczesnym etapie kariery, to bardzo żałuję, ponieważ sądzę, że osiągnąłbym w nauce znacznie więcej. Ale porównanie jest ahistoryczne - po prostu wtedy wyjazd specjalisty z telekomunikacji do czołowych ośrodków, szczególnie w USA był po prostu niemożliwy z powodu wojskowego znaczenia tego obszaru. Mobilność w Polsce, dla młodych też była niezwykle trudna, o ile w ogóle możliwa, z powodów, o których Pan też wspomina.
Możliwości młodych naukowców w Polsce są teraz nieporównanie lepsze, bo i kraj jest bogatszy i wolność otworzyła granice. Co oczywiście nie oznacza, że nie powinno być znacznie lepiej. Nie sądzę by celem twórców trzech propozycji założeń do Ustawy 2.0 miałoby być pogorszenie losu młodych uczonych - sądzę raczej, że jest przeciwnie. Co do mojej opinii na temat planowanej reformy szkolnictwa wyższego to jest ona zgodna z opinią KPN, któremu obecnie przewodniczę, i można ją znaleźć na stronie MNiSW: http://www.nauka.gov.pl/g2/oryginal/2017_04/64b9893548a8699e5ddfe7da8b74bd0f.pdf , a także w najnowszym numerze Forum Akademickiego.
Z pozdrowieniami
Andrzej Jajszczyk

Mateusz Piotrowski

Specyfika obszaru rzeczywiście ma tu znaczenie i w jednych specjalizacjach łatwiej o mobilność - w innych trudniej ze względu na obiektywne uwarunkowania (również historyczne, o których Pan wspomina).

Też nie zakładam by celem reformatorów było świadome pogarszanie warunków pracy młodych naukowców. Jeśli mój komentarz mógł zostać tak odczytany, to przepraszam. Myślę, że subiektywne intencje reformatorów są dobre, tj. że naprawdę wierzą, że ich pomysły przyniosą poprawę. Inaczej oceniam za to jakie były obiektywne efekty tzw. reformy Kudryckiej i jakie mogą być obiektywne efekty przyszłej reformy Gowina.

Dziękuję Panu za komentarz i raz jeszcze pozdrawiam,

Mateusz Piotrowski

Czyli zabraknie kasy na lewicowe kierunki typu gender i inne takie?
No straszne... . koniec z afrykanistyką? Z fililogią białoruską? Jak nasza gospodarka to przeżyje. Moze uda się Gowinowi uderzyc w burdello na uczelniach medycznych.
Więcej pilitechniki!

Filologia białoruska jest bardzo potrzebna firmom planującym ekspansję na wschód...

Mateusz Piotrowski

Panie Kamilu,

Wydaje mi się, że byłoby naprawdę źle, gdyby zniknęła np. filologia białoruska. Żyjemy przecież w kraju, który sąsiaduje z Białorusią i ma tam np. żywotne interesy gospodarcze. Co więcej, nasza geopolityczna przyszłość - a może nawet byt państwowy - zależą również od tego, jak ułożą się strefy wpływów i relacje sił na Białorusi A na ten układ sił ma wpływ również to, jak Polska oddziałuje na białoruskie elity, ilu jest w Polsce wykształconych ekspertów dobrze znających Białoruś itp. itd. Jeszcze kilka lat temu mogło wydawać się, że wydawanie publicznych pieniędzy np. na naukowców zajmujących się Tatarami krymskimi to niepraktyczna fantazja. Po aneksji Krymu tacy specjaliści okazali się być na wagę złota. To tylko przykłady, które pokazują dlaczego czasem warto finansować "niepraktyczne" kierunki. Takie kierunki mogą się wydawać nieprzydatne z punktu widzenia krótkoterminowych interesów partyjnej polityki lub biznesu, ale te partyjno-biznesowe interesy, są - właśnie krótkoterminowe. Dlatego większości uczelni prywatnych nie inwestuje w kierunki, które naprawdę wytwarzają długoterminowe innowacje technologiczne i społeczne, bo takie badania wymagają i pieniędzy i czasu. Z punktu widzenia prywatnego inwestora znacznie lepiej włożyć pieniądze w tani w utrzymaniu kierunek (najlepiej o modnej nazwie, patrz: oferta edukacyjna Wyższej Szkoły Europejskiej w Krakowie) i zasugerować, że świetnie przygotuje absolwentów do rynku pracy za 5 lub 10 lat. No i gdybyśmy chcieli dostosować polską do polskiej gospodarki w jej obecnej formie (opartej na konkurowaniu nie innowacjami, ale niskimi płacami) to trzeba by było zamknąć ośrodki badawcze. A to wcale nie wyszłoby na zdrowie - przyszłości - polskiej gospodarki.

Pozdrawiam

Mateusz Piotrowski

Mateusz Piotrowski

Panie Kamilu, wydaje mi się, że likwidacja filologii białoruskiej w kraju, który sąsiaduje z Białorusią, ma z nią coraz silniejsze powiązania ekonomiczne, w kraju którego polityczna przyszłość zależy również od tego, jak ułożą się strefy wpływów na Białorusi, z kim będa sympatyzować białoruskie elity itd - nie jest jednak najlepszym pomysłem.

Proszę także zwrócić uwagę, że zdecydowana większość prywatnych uczelni, o których mówimy w wywiadzie niechętnie inwestuje w kierunki politechniczne, i w ogóle w kierunki wymagające większych inwestycji. Dla inwestora prywatnego liczy się często szybki zwrot z inwestycji. A to najłatwiej uzyskać otwierając kierunki, o modnych nazwach, które nie kosztują wiele (vide: oferta w prywatnej uczelni, której rektorem był min. Gowin). Pozdrawiam serdecznie