Kultura

To nie tylko obrona Świetlickiego, to dyscyplinowanie przez stygmatyzację i pogardę

Nie chcę studiować na uniwersytecie, na którym profesorowie wykorzystują swoją pozycję, by dyskryminować i upokarzać studentki, doktorantki i doktorki ze względu na ich płeć, wygląd, wiek lub poglądy. Nie wyrażam na to zgody. Mam nadzieję, że nie jestem w tym odosobniona.

Adam Poprawa, etatowy pracownik naukowy Uniwersytetu Wrocławskiego, krytyk literacki, juror poetyckiej nagrody fundowanej przez publiczną instytucję, postanowił włączyć się do niedawnej dyskusji o poezji i sposobie działania w polu literackim Marcina Świetlickiego, odnosząc się do artykułów mojego i Emilii Konwerskiej. Ponieważ jednak znajduje się wyżej w zawodowo-uczelnianej hierarchii i nie ma ochoty traktować argumentów doktorantki i nieetatowej doktorki na równi czy w ogóle poważnie, np. odpowiadając na nie jakkolwiek merytorycznie, zrobił to przez osobiste upokorzenie nas oraz oddanie samemu sobie pokłonu i należytego uznania. Tekst jest obroną nie tylko Świetlickiego, ale i wartości, które mu – i towarzyszącym mu od lat 90. krytykom oraz dużej części środowiska – przyświecają. Jest więc obroną siebie i swojej formacji pokoleniowej, nowo ukształtowanej klasy, oraz umożliwiającego jej ukształtowanie systemu – w sektorze nauki: skrajnie nierównych relacji uniwersyteckich i środowiskowych, które utrzymują się przez dyskryminację i wyzysk.

Niepokorny poeta polityczny znów broi [zobacz memy]

Już na wejściu profesor nazywa więc mnie „taką parytetową dzierlatką”, a moje imię rozgrywa jako „zasłonę ułudy”, bo w końcu gra imionami i nazwiskami jest taka zabawna i merytoryczna, prawie tak samo jak protekcjonalne podkreślanie na wejściu płci i wieku oponentki. Następnie wmawia mi widzenia, uniesienia i „mówienie językami” – wykorzystuje zatem typowy patriarchalny i pseudooświeceniowy mechanizm odwołania do emocji i nieracjonalności w celu zdyskredytowania argumentów przeciwniczki – działając na wiekowej i sprawdzonej w bojach zasadzie typu: „na pewno ma okres!” lub „to wiedźma!”. Wprawdzie profesor, zgodnie z prawdą, przyznaje, że nie zrozumiał tekstu, ale wini za to irracjonalny rzekomo tekst, bo przecież nie siebie. Rzecz w tym, że krytyk tak naprawdę nie jest świadomy podstaw myślenia społeczno-politycznego, które dla niego rzeczywiście muszą być jakąś czarną magią – tyle że to wynik jego perspektywy klasowej, a nie czarów – a odsądzanie mnie od zmysłów służy mu ukryciu interesu klasowego, który go prowadzi. Z perspektywy zawodowej i klasowej opłaca mu się bagatelizować argumenty polityczne – dzięki temu hamuje możliwość zmian, przenosząc konflikt polityczny na płaszczyznę tożsamościową (płeć, imię) i osobistą, przez co utrzymuje przekonanie o apolityczności i aklasowości literatury, które z kolei w oczywisty sposób działa na rzecz beneficjentów systemu. Jest wytworem systemu (paradygmat romantyczny przemielony przez patriarchalny neoliberalizm jest jego matrycą rozumienia), ale i jego wytwórcą (przekazuje tę matrycę studentkom i studentom – tożsamościowo, wykluczająco i z perspektywy klasy średniej jako obowiązującej).

Dlatego kolejnym „argumentem” staje się dla niego wygląd autorki i stopień naukowy: profesor wyznaje, że gdy patrzy na zdjęcie Emilii Konwerskiej, przeszkadza mu jej „ładny, promienny” uśmiech, bo przecież prekariat się nie uśmiecha, podobnie osoby walczące o jego prawa. Dalej bardzo chciałby wytłumaczyć krytyczce głębię poezji Świetlickiego, ale tego nie robi, bo „zgrzeszyłby nadmiernym idealizmem”. Widocznie strach przed karą od Boga (w tekście pojawia się nie tylko mówienie językami, ale i Pius IX czy św. Juda Tadeusz) jest większy niż szacunek do drugiej osoby. Całość opatrzył krytyk niewyobrażalnie protekcjonalnym, seksistowskim tytułem „Emilia próbuje, ale nie pojmuje”. Wytyka też Konwerskiej, że napisanie przez nią doktoratu to cud: stopień naukowy otrzymała więc niezasłużenie.

Dajcie chłopu siedzieć w domu [polemika]

Pisze to profesor, a zatem osoba, która ma prawo decydować o przyznaniu stopnia naukowego: pisze to profesor, który nie czytał doktoratu, nie był na obronie, a wnioskuje to wszystko z jednego felietonu, którym poczuł się osobiście urażony, i z wyszukanego w biogramie krytyczki tematu doktoratu. Profesor publicznie podważający stopień naukowy doktorki na podstawie tematu jej doktoratu tuż po tym, gdy oskarżył ją o uśmiech na zdjęciu – trudno o jaskrawszy przykład skrajnie nieetycznej próby nadużycia władzy i niekompetencji związanej ze swoją pozycją.

Po przeczytaniu jego tekstu bardzo nie chciałabym być studentką pana profesora – nie czuję się bezpiecznie przy osobie jawnie stosującej metody dyscyplinowania przez stygmatyzację i pogardę.

Także klasową. Profesor wytyka bowiem środowisku „Krytyki Politycznej” brak kontaktu z „ludem”. Ułomnie stara się dowieść, że z pewnością ma więcej od tego środowiska do czynienia z „ludem”, bo „lud” – pod postacią majstra – pracuje dla niego i odnawia mu mieszkanie. Jeśli po żałosnej krytyce uśmiechu ze zdjęcia i protekcjonalnego podważania stopnia naukowego na podstawie odwołania do własnego stopnia mogło stać się jeszcze wstrętniej, to właśnie się stało. Otóż gdy pan profesor zatrudnia pracownika do odnowienia mieszkania, to nie ma do czynienia z „ludem”, lecz z pracownikiem najemnym stojącym z automatu w pozycji podporządkowanej. Rozmowa profesora z pracownikiem odnawiającym mu mieszkanie nie ma więc nic wspólnego z komunikacją czy z równym, konsensualnym kontaktem, bo dokonuje się w ramach skrajnie nierównych relacji pracy (pracodawca – pracownik) i w obrębie, szerzej, skrajnie nierównych relacji społecznych (inteligencja – „lud”). Fakt, że profesor uznaje to za kontakt z „ludem”, co więcej, że wytacza to jako argument przeciwko niezatrudnionej doktorantce i doktorce – świadczy tylko o tym, jak potwornie klasistowskie, elitarystyczne, wyizolowane społecznie myślenie wyrabia w nim jego formacja. Oto przybył wielki pan, romantyk, i uciął sobie pogawędkę z „ludem”, a potem wprowadził go do swojego tekstu, żeby pokazać, jaki to on jest otwarty na „lud”. To prymitywna uzurpacja wynikająca także z niezrozumienia celów lewicowej polityki, przypisująca jej jako cel fraternizację.

Jednym słowem: seksizm, klasizm, wyrosłe z przekonania o własnej superwartości, wspartej głównie na społecznym prestiżu własnego zawodu i stopnia naukowego; wszystko to przykryte pretensjonalnym, poststrukturalistycznym stylem pełnym charakterystycznych dla tego myślenia „ironicznych” gierek językowych, które mają stwarzać wrażenie dystansu, a w istocie przykrywają wkurw i realny – polityczny! – strach przed zmianami i deklasacją. Problem w tym, że tekstów o polityczności i polityce literatury trochę już powstało, i warto, żeby panowie z uniwersytetu jednak z nimi się zapoznali, by zrozumieć, o czym piszą młodsze krytyczki. Studia postkolonialne i postzależnościowe też nie są nowością, podobnie jak te feministyczne; antropologia literatury również ma sporą bibliografię; nie mówiąc o socjologii literatury, która przerabiana jest w ramach teorii literatury na polonistyce, trzeba by zatem coś o niej wiedzieć i choćby umieć merytorycznie ją skrytykować, skoro już dostaje się za to regularne wynagrodzenie z publicznych pieniędzy.

Warto może tu dodać, że promotorem doktoratu Emilii Konwerskiej był prof. Sławomir Buryła, a recenzentką i recenzentem – prof. Inga Iwasiów i prof. Przemysław Czapliński. I to z nimi powinien Poprawa porozmawiać w kwestii zasadności przyznania stopnia doktorki krytyczce, zamiast upokarzać ją w publicznym tekście wyłącznie mocą własnego, okazuje się – wątpliwego – autorytetu. Ale profesorkę i profesorów trudniej byłoby dyskryminować ze względu na wiek, uśmiech na zdjęciu czy stopień naukowy, a argumentów merytorycznych do rozmowy wrocławski krytyk po prostu tu nie ma.

U Poprawy widać zwyczajne braki w wiedzy. Argumenty, które miały stanowić intelektualną dyskredytację krytyczki, w istocie obnażają ignorancję badacza. To o tyle zatrważające, że jako pracownik naukowy krytyk przekazuje swoją wiedzę (i niewiedzę) studentkom i studentom i w dużej mierze wpływa na ich – oraz w sposób pośredni uczennic i uczniów w szkole – myślenie. Łącznie z ignorancją idzie jawna pogarda, protekcjonalizm i poczucie wyższości. Wszystko to jest absolutnie niedopuszczalne. Chyba że humanistyczna uczelnia nie ma kształtować współodczuwania i współbudowania lepszej wspólnoty, lecz samozadowolenie jej pracowników ze stopniami naukowymi, w większości białych heteroseksualnych Polaków z klasy średniej. Ale tylko pracowników naukowych, bo już technicznych oczywiście nie: sprzątanie uczelni w ramach outsorcingu na umowie o dzieło to przecież nic prestiżowego. Ale przynajmniej panowie mają dzięki temu kontakt z „ludem”, więc mogą odgrażać się lewicy: przecież u nas pracują w bardzo złych warunkach sprzątaczki i ja z nimi czasem zamienię słówko, więc mam do czynienia z „ludem”! Argumenty pana profesora fetyszyzują klasę ludową i same autorki: uderzają w ich cechy (fizyczne, imiona, wykształcenie), zamiast w ich teksty.

Demokracja liberalna po 1989 r. narzuciła literaturze rolę uświęconego przekaźnika treści pożądanych w patriarchalno-kapitalistycznym układzie pod zasłoną ich rzekomej uniwersalności i apolityczności. Efektem takiego systemu jest Adam Poprawa. Jest nim też Marcin Świetlicki. W istocie nie chodzi bowiem o pojedyncze przypadki bucerki panów krytyków i poetów, o jakieś osobiste zatargi, lecz o cały system broniący takiego Świetlickiego pretensjonalnym piórem takiego Poprawy: system neoliberalny, klasistowski i seksistowski, dający krytykom możność decydowania i poczucie absolutnej władzy, którą wykorzystują przeciw osobom podporządkowanym ich decyzjom (poetkom, poetom, doktorantom, doktorantkom), bo mogą. Przyzwolenie na takie zachowania utrzymuje ten system w mocy. O tym był mój tekst o Świetlickim, to potwierdził swoim wyznaniem Adam Poprawa.

Ile wysiłku uprzywilejowanych panów, by ukryć swoje uprzywilejowanie, ile lat ciężkiego wbijania neoliberalnych narracji i środowiskowego przyzwolenia na dyskryminację oraz nadużywania swojej pozycji władzy, żeby pan Adam Poprawa mógł napisać taki tekst i go opublikować! I żeby spotkał się z poparciem części środowiska! Ale zasłużyłyśmy sobie: w końcu ja jestem dzierlatką, a Emilia Konwerska uśmiecha się na zdjęciu. Zasłużyły sobie także nienagradzane poetki: w końcu są poetkami. W konkursie poetyckim, w którym jurorem (obok pięciu krytyków i jednej krytyczki) jest Adam Poprawa, w tym roku nie została nagrodzona żadna poetka. Także w gronie zacnych panów wymienionych w tekście krytyka (Mickiewicz, Kołakowski, Głowiński, św. Juda Tadeusz) nie pojawia się żadna kobieta. Poza Emilią Konwerską i mną: pisząca kobieta to najwyraźniej niebezpieczeństwo. Panowie bardzo dbają o to, by homospołeczny układ się nie zawalił.

Jesteśmy totalnie przedmiotowo traktowane, skoro w każdej chwili w roli argumentu użyta może zostać nasza płeć, wygląd, imię, wiek i inne cechy dystynktywne, a – z braku naukowego stopnia lub z powodu niższej pozycji w hierarchii naukowej lub literackiej – nie mamy czym się bronić. Bo przecież nie merytorycznymi argumentami. A to od tych relacji zależy w końcu nasza przyszłość: w postaci zatrudnienia na uczelni czy otrzymania nagrody.

Bo też tym fetyszyzowanym i infantylizowanym przez krytyka „ludem” jest także Emilia Konwerska, która w wyszukanym przez krytyka biogramie pisze, że jest sekretarką. Jestem nim także ja, prekarna pracownica poezji, krytyczka z umową o dzieło za część tekstów (inne bezpłatnie, za „prestiż”), doktorantka niezatrudniona na uniwersytecie, prowadząca zajęcia i egzaminująca bez wynagrodzenia za wykonaną pracę, stygmatyzowana i dyskryminowana w środowisku i na uniwersytecie (tak, to profesor napisał o mnie „parytetowa dzierlatka” w publicznej wypowiedzi, a ktoś to bez problemu opublikował w magazynie literackim), walcząca co roku o stypendium, które należy się tylko wybranym (większość musi pracować gdzie indziej) – „lud” to ja i moje koleżanki, doktorantki, krytyczki, poetki, nie muszę zatrudniać osoby do odnowienia mieszkania, by się z nim spotkać. Klasistowskie twierdzenia profesora o „ludzie” są po prostu chorą zabawką dyskursywną uprzywilejowanego pana.

Na uniwersytecie nie może być miejsca dla tego typu wypowiedzi i traktowania – to oczywiste. Próbując ośmieszać nas i nasze wartości przez dyskryminację i upokorzenie, profesor w istocie ośmiesza stan polskiej nauki. Dlatego życzyłabym sobie, żeby Uniwersytet Wrocławski odciął się od tego tekstu i wyciągnął odpowiednie konsekwencje dyscyplinarne wobec swojego pracownika. Nie tylko bohaterki tekstu zostały tu potraktowane protekcjonalnie i z pogardą. To wypowiedź publiczna, w której etatowy pracownik uniwersytetu ujawnia swoją perspektywę – to perspektywa, która wspiera się na wykorzystywaniu swojej pozycji zawodowej do dyskryminowania i dyscyplinowania osób znajdujących się niżej w hierarchii. Mam nadzieję, że i środowisko literackie solidarnie stanie po odpowiedniej stronie, a Biuro Literackie zrezygnuje ze współpracy z krytykiem.

Nie chcę studiować i pracować naukowo na uniwersytecie, na którym profesorowie tak traktują studentki, doktorantki i doktorki. Nie chcę studiować i pracować naukowo na uniwersytecie, na którym profesorowie wykorzystują swoją pozycję klasową, zawodową, by ośmieszać, dyskryminować i upokarzać osoby znajdujące się niżej w pozycji władzy ze względu na ich płeć, klasę, wygląd lub poglądy. Nie chcę być częścią takiego środowiska literackiego.

Przyzwolenie na to to współudział w wykluczającym systemie, którego konsekwencją jest obecna autorytaryzacja władzy i instytucji publicznych. Walka z tym to nasz obowiązek: tylko tak możemy to zmienić.

Bio

Maja Staśko

| Krytyczka literacka
Maja Staśko – krytyczka literacka, doktorantka interdyscyplinarnych studiów w Instytucie Filologii Polskiej UAM. Współpracuje m.in. z „Ha!artem” i „Wakatem”.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Pierwszy tekst Staśko średnio mi się podobał, wydawało mi się, że za dużo argumentów "personalnych", tekst Konwerskiej jeszcze mniej, wydawał mi się za bardzo "ugładzony", zbyt "koncyliacyjny". Tekst Poprawy to dla mnie w ogóle dno, same argumenty "personalne", które Staśko doskonale rozbiera w tym tekście. A ten, pod którym piszę, to totalna bomba! Jest doskonały, zaczepny, wykorzystujący niekompetencję i bufonadę przeciwnika, rozbierający tę niekompetencję i pseudoargumenty na czynniki pierwsze i odnoszący je do tego niewidzialnego systemu. W tej perspektywie pierwszy tekst Staśko wydaje mi się jeszcze lepszy.

Krzysztof Mazur

Jak śpiewał kiedyś J.Stuhr 'śpiewać każdy może, jeden lepiej drugi gorzej', teraz się okazało, że nie tylko śpiewać, ale i pisać do KP, zwłaszcza jak ma rewolucyjny zapał doprowadzony do poziomu autoparodii.

Z tych wszystkich waszych tekstów najrozsądniejszy wydaje mi się ten Emilii Konwerskiej. Tekst profesora (tego, o którym wspominasz) faktycznie ma wiele cech, do których można by się przyczepić, ale też warto zwrócić uwagę, że to był de facto felieton na temat Was - Ciebie i Emilii, a nie tekstu Świetlickiego, przynajmniej taki mój odbiór. Notabene, Twój poprzedni tekst też po części tylko chyba do niego nawiązuję, a sporo w nim zarzutów różnej (osobliwej dla mnie chwilami) treści. Wydaje mi się, że zamiast przeczytać tomik (notabene2, taki sobie imho, przeczytałem połowę, a to 3. tekst na temat!) i skupić się na nim, Ty - w większym stopniu niż czytanie - skupiłaś się chyba szukaniu odniesień do jakichś wielkich haseł, feminizmów i heteronormatywności (co brzmi aż śmiesznie po lekturze tekstu, a nawet trochę przed). Natomiast Twoje zarzuty i obawy związane ze studenckim życiem, jakkolwiek zasadne, możecie sobie załatwiać na swojej uczelni i masz święte prawo nie być studentką/doktorantką pana profesora. Najbardziej rozumiem chyba pana Marcina, który (być może, nie znamy się) w najlepszym wypadku wzruszy ramionami lub się cicho zaśmieje. I dobrze.

P.S. Także masz zarzuty personalne do Świetlickiego, choć może bardziej między wierszami. Za to jawnie rzucasz wulgaryzmami. Chciałem tylko zwrócić uwagę, że mi się to nie podoba. Pozdrawiam

Ps2.: Twoje porównanie Świetlickiego do pijanego wujka na weselu (czy jakoś tak) nie wiem w czym miałoby być lepsze niż powyższe teksty odnośnie Twojej osoby, także traktujące z góry. To takie sam zabieg w rozmowie czy ogólniej wypowiedzi, nawet jeśli chcesz by były seksistowskie. Może i są, ale to dalej część rozmowy, i Ty korzystasz z takich samych zabiegów. A w ogóle to napiszcie już o czymś innym, bo jak twierdzisz, że Świetlicki się skończył, to może zaproponuj coś ciekawego, nowego, świeżego, będę wdzięczny, jak zawsze. Pozdrawiam ponowne.

Tekst prof. Poprawy jest przede wszystkim bardzo bełkotliwy, niespójny, chaotyczny, napisany brzydkim językiem i praktycznie pozbawiony jakichkolwiek argumentów. Ot, taki bluzg na niesympatyczne mu osoby, pełny wysilonej złośliwości.

Tekst dra Poprawy*

Nie rozumiem minusowania mojego komentarza, p. Poprawa nie jest przecież profesorem.

Z pewną taką nieśmiałością zwracam uwagę, że p. Adam Poprawa jest w artykule wielokrotnie tytułowany "profesorem" bezzasadnie - nie jest nawet profesorem uczelnianym, jest adiunktem po dosyć świeżej (2014) habilitacji.

Felieton A.Poprawy jest fajny i pusty jednocześnie. Kilka jego osobistych prztyczków nie mieści się w standardach etycznych, którymi kieruje się człowiek w pierwszej kolejności szukający prawdy. Ale wzywanie do zerwania z nim przez Uniwersytet współpracy to barbaria, którego to wezwania redakcja nie powinna publikować. Bo to ma ten sam korzeń, co blokowanie przez ONR wykładu Baumana, a mieli ku temu mniej zły powód niż Autorka do bojkotowania A.Poprawy. Zresztą o lewicy częściej się słyszy, że domaga się zakazów wystąpień swoich przeciwników, np. Ordo Iuris. To niszczenie Uniwersytetów. "Jest ONRu spadkobiercą KryPol"?

Miejsce Ordo Iuris nie jest na uniwersytecie. Na uniwersytecie jest miejsce dla nauki.

I to napisał Bartek, lewicowy piewca wolości. Owszem, Ordo Iuris "ideologizuje", ale czy nie ideologizuje lewica wprowadzając na uniwersytety gender studies? Wywalmy ich wszystkich, będziemy wtedy mieć "ciekawe" uniwersytety. Otóż po to, by wykiełkowała jedna wartościowa idea musi być zasiane wiele głupot. Jak zakażesz głoszenia błędów, zakażesz rozwoju, czy jak wolisz postępu. Notabene, zakazów głoszenia pewnych idei może się domagać tylko ktoś, kto przypisuje sobie nieomylność. To niebezpieczne.

Zgadzam się z tekstem, mimo jego mocno pretensjonalnego stylu, jednak jedno mnie zastanowiło. "Całość opatrzył krytyk niewyobrażalnie protekcjonalnym, seksistowskim tytułem <>" - owszem, jest to tytuł protekcjonalny i bucowaty, ale seksistowski nie jest. Chyba że samo zestawienie żeńskiego imienia z sugestią nierozumienia czegoś jest już seksistowskie. Seksizmu w wypowiedzi Poprawy jest mnóstwo, ale w tytule go nie ma, nie ma w nim bowiem stwierdzenia, że nierozumienie wynika z bycia kobietą.

Z tytułem racja. Ale co w tym stylu jest takiego mocno prestensjonalnego?

Język. Pretensjonalny jest język. (studentki i studenci. No prawie jak Polki i Polacy.) Poglądy zresztą też są pretensjonalne. I moralność Kalego zaprezentowana w pełnej krasie.

Artykuł Adama Poprawy - z całym szacunkiem dla krytyka - jest nieznośnie protekcjonalny. Nazywanie autorki "taką parytetową dzierlatką", podrwiwanie sobie z uśmiechu drugiej oponentki czy powątpiewanie w rzetelność jej pracy naukowej na podstawie samego tematu dysertacji - wszystko to nawet przy najlepszych chęciach trudno uznać za argumenty merytoryczne. Prawda, tekst Mai Staśko nie jest najlepiej napisany, dużo w nim niepotrzebnie wulgarnego rozemocjonowania i zideologizowanych (niestety) frazesów o wykorzystywaniu pozycji klasowej czy o forsowaniu heteronormatywności. Ale to jeszcze nie powód, by z wypowiedzi autorki uczynić fundament popisu własnej elokwencji (ta konsekwentna mistyczno-religijna metaforyka, która za wszelką cenę usiłuje udowodnić, jacy to nawiedzeni ludzie są na lewicy, jest - przyznajmy - dość tanim chwytem) czy, co gorsza, obiekt czystego wyzłośliwiania się. A już zupełnie nie na miejscu wydaje się uzasadnianie zgryźliwych przytyków własną znajomością spraw "ludu". Topos majstra ("mój hydraulik powiedział") jest na tyle oklepany, że może wywołać najwyżej zażenowanie.

Gratuluję Wam, Panie Emilia i Maja! 👍

Janusz Gorlatz

Pisze Pani: "Problem w tym, że tekstów o polityczności i polityce literatury trochę już powstało, i warto, żeby panowie z uniwersytetu jednak z nimi się zapoznali, by zrozumieć, o czym piszą młodsze krytyczki. Studia postkolonialne i postzależnościowe też nie są nowością, podobnie jak te feministyczne; antropologia literatury również ma sporą bibliografię".

Zmartwię Panią: jeszcze więcej tekstów powstało na temat czarów oraz odżywiania światłem. Dyscypliny paranaukowe, które Pani wymieniła, mają tyle samo wspólnego z nauką co astrologia z astronomią.

Jak człowiek jest młody i pierwszy raz zachłystuje się marksizmem, to myśli, że właśnie posiadł zajebistą zabawkę, która pozwoli mu teraz wyruchać werbalnie wszystkich wokół. Bryka sobie w samozachwycie na koniku tego dyskursu i myśli, że wszystkie jego wspaniałe diagnozy i demistyfikacje to coś niezwykle świeżego i odkrywczego, że to takie konkretne i trzeźwe, w żadnym razie nie naiwne, że nikt go nie zagnie, bo każdego przegada, odmieniając przez wszystkie przypadki "interes klasowy" i inne słowa-wytrychy z marksistowskiego sztambucha. I nie wie, że za parę lat, o ile nie zatrzyma się w rozwoju intelektualnym, będzie czytać te swoje wypociny z ręką przyrośniętą do twarzy 🙂

Teks Adama Poprawy kąśliwie i bardzo precyzyjnie wyłuszczył pewne zjawisko - bo coraz więcej jest rozwydrzonego feminizmu gardzącego wszystkim tym czym, co nie mieści się w jego wąskich ramach. Macki te dotykają już nawet klasyków poezji, którzy w tym świetle dziś okazują się całkiem passe, bo niefeministyczni. Feminizm który przecież w założeniu ma wpisaną tolerancję, równość, gdy sam wyciąga rozbudowaną artylerię na inne niż swoje zdanie, jest porażką feminizmu, jest budowaniem jeszcze większych granic.

Świetny tekst! Szkoda, że po drodze do niego musiało powstać tyle gniotów. Uczyłem się na dwóch uniwersytetach (Poznań, Toruń) i niestety wygląda na to, że wszędzie jest taki sam poziom odnoszenia się do "niższych rangą".

Wyskakuj z takimi neologizmami jak "ktosia", oczekuj poważnego traktowania.