Teatr

Z energią! Z wizją! Z brawurą!

kartoteka-rozrzucona

Spektaklom Strefy WolnoSłowej, Anny Karasińskiej i Radosława Rychcika tych elementów nieco brakuje.

W ogarniętym jeśli nie wojną domową, to przynajmniej wojenką kraju powstają, o dziwo, spektakle filozoficzne, ponadczasowe i uniwersalne. Niektóre mają na sobie smutny rys bieżących wydarzeń, inne nie. W każdym razie – podczas gdy niektórzy i niektóre pytają o granice wolności słowa, wolności w ogóle czy sytuację kobiet, inni i inne sprawdzają, co w nas pozostało ze zwierząt, zastanawiają się, jak będzie wyglądał świat za sto lat albo próbują zdiagnozować współczesnego everymana.

I tak to wyraźnie faworyzowana przeze mnie Strefa WolnoSłowa pokazała spektakl Zwierzęta – nie mistrzowski, ale przyzwoity. Anna Karasińska zapytana, jak wyobraża sobie przyszłość, odpowiedziała w swoim nad wyraz rozpoznawalnym stylu. A Radosław Rychcik przypomniał wariant genialnej Kartoteki Różewicza, ale chyba o czymś zapomniał.

Jeść tiramisu na diabelskim młynie

Zawartość zwierzęcia w zwierzęciu

Zwierzęta niezmordowanej Alicji Borkowskiej zapowiadane są jako pierwsza część trylogii. Jak łatwo się domyślić, kolejne będą nosić tytuły Ludzie oraz Bogowie, bo też, zdaniem twórców i twórczyń cyklu, człowiek to taki miks tych pierwszych i tych trzecich. Pomysł bardzo interesujący i myślę, że dopiero obejrzenie wszystkich części da nam pełen ogląd (druga i trzecia w produkcji). Bo sama pierwsza jest, cóż, jakaś niewystarczająca.

Żądam patosu!

Aktorzy i aktorki Strefy mają pewne niedostatki warsztatowe. Nie są profesjonalistami i profesjonalistkami. I to jest jak najbardziej w porządku – przeważnie to ludzie z olbrzymim potencjałem i to nie tylko aktorskim, co przekłada się na niezwykłą emocjonalną jakość produkcji sygnowanych marką fundacji. Jednak w kameralnym, pięcioosobowym przedstawieniu te niedostatki warsztatowe wychodzą na wierzch i trochę rażą. Może raziłyby mniej, gdyby sam tekst od początku do końca trzymał za gardło, gdyby nie wpadał momentami w banalne dłużyzny. Może nawet ten banał by się jakoś obronił, gdyby formuła była inna. Jednak kiedy się robi rzecz bez fabuły, opartą na rozważaniach filozoficznych, nie można sobie pozwolić na banał.

Sam spektakl oscyluje wokół kilku pytań – czy człowiek to zwierzę, czy jednak człowiek? Czym jest człowieczeństwo? Czym jest zwierzęcość? Czy tylko ludzie mają świadomość? Czy to nie jest uzurpacja, że mienimy samych siebie najdoskonalszym gatunkiem? Dwie kobiety (Veranica Los, Justyna Laskowska-Otwinowska) i dwóch mężczyzn (Mamadou Go Ba, Łukasz Wójcicki) snują rozważania na ten temat, trzeci mężczyzna (Stephane Rutten) milczy, wcielając się w kogoś dzikiego, pierwotnego, komu do świata natury trochę bliżej niż nam, współczesnym. Dodatkowo dzikość symbolizują trzymane przez odtwórców i odtwórczynie tykwy, kojarzące się z plemiennymi instrumentami.

Wnioski z przedstawienia są mało wieloznaczne – tak, jesteśmy zwierzętami. Takimi zwierzętami, co to wypięły się na swoją zwierzęcość i na świat przyrody, przez co same problemy i trochę smutno. Trudno się nie zgodzić.

Wolę jednak, kiedy StrefaWolnosłowa robi gorące spektakle na temat uchodźctwa, jak Uchodź! Kurs uciekania dla początkujących. Albo owszem, filozoficzne, ale z fantastyczną, chropowatą energią zeszłorocznych Utopii.

Teatr uchodźców

czytaj także

Teatr uchodźców

Rozmowa Alicji Borkowskiej

Amelia ma wizję

Kolejny cykl. Tym razem to  Nowy Teatr zaprosił jednego reżysera i dwie reżyserki do wypowiedzi na temat „Jak wyobrażasz sobie świat za sto lat?”. Na pierwszy ogień poszła Anna Karasińska.

Anna Karasińska kojarzy mi się z Amelią. Tak, z tą Amelią ze słynnego filmu, tak słynnego, że aż wstyd nawiązywać. Ale innych porównań niestety mi brak – ta lekkość, uroda i bezpretensjonalność. Spektakli oczywiście.

Wszystkie (chyba wszystkie, bo wszystkich nie widziałam) są na jedną modłę. Aktorzy i aktorki w ćwiczebnych strojach, scenki jakby żywcem wyjęte z warsztatów w szkole teatralnej. I można mieć refleksję, że niby po co coś takiego pokazywać, a i tak zawsze mi szkoda, gdy przedstawienie Karasińskiej się kończy.

21 gorących nazwisk polskiego teatru (albo coś koło tego)

Przerwać ten pean muszę jedną uwagą. Mój niepoparty żadną metodologią wywiad środowiskowy wykazał, że każdy i każda zapytana, za swój ulubiony spektakl Karasińskiej uznaje ten, który widział lub widziała jako pierwszy. Dla mnie to jest Fantazja, inni i inne wskazują np. na Ewelina płacze. Jeśli Anna Karasińska nie przejmuje się metodologią, to może być to dla niej sygnał, że każda formuła z czasem blaknie. Według mnie już czas, żeby zacząć się trochę wymyślać na nowo.

Niemniej wizja przyszłości według Karasińskiej jest bardzo interesująca. Twórczyni wzięła pod uwagę rozmaite scenariusze. Od absurdalno-bajkowych, wymyślanych chyba na zasadzie swobodnych skojarzeń, po takie całkiem poważne, uwzględniające widmo katastrofy ekologicznej czy zastraszającego tempem rozwoju technologii.

Spośród etiud, z których składa się spektakl, jedna mnie urzekła, a inna zachwyciła. W pierwszej występował grany przez Bartosza Gelnera żuk, który usiłował dogadać się z granym przez Dobromira Dymeckiego człowiekiem. Komunikacja za pomocą kolorów spełzła na niczym, bo człowiek był w stanie wyemitować tylko szary, a przecież szary niewiele znaczy. Zniechęcony żuk odszedł, zostawiając człowieka w samotności i rozpaczy. Scena smutna i w swojej surrealności – bardzo prawdziwa. Ale najlepszy w niej był żuk. Rozważam adopcję Bartosza Gelnera.

Druga etiuda była jeszcze smutniejsza, a do tego niepozbawiona grozy. Aktorzy i aktorki wcielili się w śmieci. Ze śmieciami usiłowała się z kolei dogadać Monika Frajczyk. Jak łatwo się domyślić, nic jej z tego nie wyszło. W atmosferze beznadziei sama przeobraziła się w skórkę od banana. Przy okazji tej sceny chylę czoła przed choreografkami Karoliną Kraczkowską i Mary Szydłowską, które za pomocą ruchu tchnęły w nią klimat wysypiska. I przed Magdaleną Cielecką, która jest wybitną aktorką zarówno wtedy, kiedy gra femme fatale, jak i wtedy, kiedy wciela się w pustą puszkę.

Reżyserskie starcia z Platonem i Bernhardem

Dlaczego nie Bohaterka?

Powiedzmy to sobie wprost – zarówno różewiczowska Kartoteka, jak i Kartoteka rozrzucona to samograje. Tak świetnie napisane teksty nie potrzebują wiele, żeby porwać, w zasadzie wystarczy, żeby ktoś je poprawnie przeczytał. Na pewno to jedna z przyczyn, dla której najnowszy spektakl Rychcika ogląda się po prostu dobrze.

Jak wiemy, a może nie wiemy, więc przypomnę, Różewicz w bazowym dramacie, czyli Kartotece, stworzył Bohatera, pewną wariację na temat everymana. Bohater głównie leży na łóżku i uparcie nie chce posuwać akcji na przód, a mieści w sobie całą tragedię pokolenia, którego młodość przypadła na czas wojny i stalinizmu. Kartoteka rozrzucona to aktualizacja Kartoteki z lat 90., gdzie Bohater został wzbogacony o doświadczenia kiełkującego kapitalizmu.

Oddać trzeba sprawiedliwość Rychcikowi, że sięgnął po mniej chętnie wystawianą i łatwiej zapominaną aktualizację. Ale już obsadzenie Bartosza Porczyka w roli Bohatera było pójściem na łatwiznę. Porczyk zagrał fantastycznie, co w ogóle mnie nie zdziwiło, reżyser go nie rozebrał, jak to większość ma w zwyczaju, co też poczytuję na plus. Tekst Różewicza pobrzmiewał jakoś dziwnie aktualnie, więc cieszę się, że Rychcik go przypomniał.

Ale już te partie musicalowe mógł sobie darować. Oczywiście to oryginalne i chyba jeszcze tego nie grali, żeby robić z Różewicza musical. Może dlatego nie grali, że w piosence aktorskiej jakoś osłabia się moc Różewiczowskich słów. Że one jednak najlepiej brzmią, jak ktoś je po prostu dobrze odgrywa. Rychcik zaprzepaścił kilka wyjątkowo udanych puent, każąc aktorom i aktorkom śpiewać.

Mój główny zarzut jest jednak natury pozaartystycznej. Jakiś czas temu miałam okazję czytać wspaniałą książkę Joanny Krakowskiej PRL. Przedstawienia. To ważna, świeża i niezwykła interpretacyjnie publikacja na temat polskiego teatru w latach 1945-1989, którą polecam wszystkim, w dodatku wzbogacona o fantastyczne wideoeseje. Przy okazji Kartoteki Różewicza Krakowska pyta – gdzie jest Bohaterka? Dlaczego wtedy w teatrze, a nadal w kinie, kobieta nie mogła po prostu leżeć, jak Bohater, i rozmyślać? Poza chlubnym wyjątkiem w postaci Krystyny Jandy w Człowieku z marmuru, bohaterki leżą, bo seks, bo poród, bo sen, bo choroba. Kino nie do końca nadrobiło tę zaległość, ale teatr – owszem.

Teatr w PRL, PRL w teatrze

Nie wiem, czy Rychcik zna książkę Krakowskiej, czy rozważał, żeby Bohatera zamienić na Bohaterkę, ale na pewno wiem jedno – stracił możliwość wykonania pewnego symbolicznego gestu, który na fali tego, co się teraz dzieje w Polsce i na świecie w kwestii kobiecej, mógłby być wyjątkowo ważny.

Wszystkim powyższym spektaklom czegoś brakuje. W przedstawieniu Strefy WolnoSłowej najbardziej zabrakło mi… Strefy WolnoSłowej, czyli tej energii, która zazwyczaj charakteryzuje ich działania. Anna Karasińska straszy brakiem pomysłu na swoją dalszą drogę artystyczną, a Rychcik – zachowawczością z jednej, a nieudaną brawurą z drugiej strony. Z tego wniosek, że aby w naszych ciekawych czasach filozofować w teatrze, trzeba to robić z energią, długofalową wizją i mądrą brawurą. Przyznaję, niełatwe, ale może wykonalne?

*
Zwierzęta, reż. Alicja Borkowska, Strefa WolnoSłowa
2118. Anna Karasińska, reż. Anna Karasińska, Teatr Nowy w Warszawie
Kartoteka rozrzucona, reż. Radosław Rychcik, Studio teatrgaleria

Bio

Jolanta Nabiałek

| Filolożka i kulturoznawczyni
Absolwentka filologii polskiej i kulturoznawstwa na Uniwersytecie Wrocławskim, słuchaczka podyplomowych gender studies w IBL PAN w roku 2017/2018. Publikowała w Internetowym Magazynie Teatralnym „Teatralia” i w Dzienniku Teatralnym. Obecnie zajmuje się promocją w Wydawnictwie Krytyki Politycznej. Prowadzi fanpage „Nie więcej niż pięć linijek”, na którym publikuje mikrorecenzje książek.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.