Teatr

Wyspiański w San Escobar

Wyzwolenie-Garbaczewski

Czy gdyby to mężczyzna wygłaszał na scenie 50-minutowy monolog, ktokolwiek mówiłby o nadużyciu? Nie sądzę. Czy fakt, że Konrad u Mickiewicza i Wyspiańskiego był mężczyzną, ma jakieś znaczenie? Oj, ma. Nowe spektakle Garbaczewskiego i Słobodzianka / Spišáka.

Nowe Epifanie. Gorzkie Żale 2017. VIII Interdyscyplinarny Festiwal Wielkopostny. „Łomatko!” – można by zawołać za tytułem jednego z prezentowanych spektakli. Na tej przydługiej, pompatycznej nazwie kuriozalność przedsięwzięcia organizowanego przez Centrum Myśli Jana Pawła II się nie kończy. W materiałach promocyjnych festiwalu odnajdziemy takie np. zdanie – „Umarł Konrad, narodził się Jan Paweł II”. Można się zniechęcić, ale niekoniecznie warto.

Do udziału w festiwalu organizatorzy zaprosili m.in. artystów, którzy raczej nikomu nie kojarzą się z propagowaniem idei chrześcijańskich, z myślą Karola Wojtyły na czele. Wśród nich znaleźli się Krzysztof Garbaczewski i Tadeusz Słobodzianek. Ten pierwszy postanowił się zmierzyć z dramatem Wyspiańskiego, przy czym nie bardzo przejął się mottem festiwalu („Oto Matka Twoja”). Z kolei ten drugi napisał sztukę na swój ulubiony, polsko-żydowski temat, a na deskach Teatru Dramatycznego wystawił ją Ondrej Spišák.

Garbaczewski piątym wieszczem

Wyzwolenie Garbaczewskiego siłą rzeczy jest porównywane do Klątwy Frljicia, ale poza sięgnięciem po teksty tego samego klasyka oba spektakle łączy niewiele. Chorwacki reżyser zrobił rzecz mocną, odważną i doskonale czytelną. Garbaczewski zaciemnił, skomplikował i wywołał konsternację.

„Klątwa” – ta sztuka to koszmar dobrej zmiany

Już sam dramat Wyspiańskiego wcale nie jest jasny. Momentami poetycko wspaniały, momentami bełkotliwy, powstał na początku XX wieku i miał się rozliczać z romantycznymi mitami, a przede wszystkim z samym wieszczem Mickiewiczem. Wskrzeszony w nim mickiewiczowski Konrad z Wyzwolenia to porte-parole samego Wyspiańskiego. Konrad tworzy spektakl i kiedy na końcu wszyscy aktorzy, a także reżyser, wychodzą z ról i wracają do domów, on jakoś nie może. Podczas przedstawienia wykłóca się z całym tłumem masek, które, przedstawiając poszczególne, jak zaznacza autor – fałszywe myśli, stanowią też coś w rodzaju jego wewnętrznego wielogłosu. Mowa jest o ideach jak najwznioślejszych, takich jak naród, sztuka, bohaterstwo, artyzm – a co z tego wynika, to już od stu lat z okładem usiłują ustalić badacze i badaczki twórczości Wyspiańskiego. Z pewnością kompromitacja czy też nieprzystawalność do rzeczywistości niektórych romantycznych haseł, co w jakiejś mierze jest aktualne i dzisiaj, ale to przecież banał.

Co z tym zrobił Garbaczewski? Według mnie – wziął, z całym dobrodziejstwem inwentarza, wstawił na scenę i patrzył, co z tego wyniknie.

Wyspiański jest momentami bełkotliwy? Proszę bardzo, Garbaczewski przyjął z otwartymi ramionami ten bełkot i dorzucił nieco swojego. Wyspiański rozlicza się z romantycznymi mitami? Garbaczewski idzie krok dalej. Pokazuje, że nie tylko romantyczne mity są mocno zużyte, ale także ta wiekopomna polemika z nimi brzmi dzisiaj jakoś groteskowo i mętnie. Wyspiański krytykuje współczesną sobie politykę? Garbaczewski też coś wspomina o San Escobarze i wrzuca w tło monologu kilka haseł z odbywających się ostatnio strajków kobiet.

Wyspiański jest momentami bełkotliwy? Proszę bardzo, Garbaczewski przyjął z otwartymi ramionami ten bełkot i dorzucił nieco swojego.

A skoro już o kobietach mowa – 50-minutowy monolog wygłasza na scenie jedna z aktorek, Anna Paruszyńska. To chyba najbardziej zdumiewający i jednocześnie najostrzej krytykowany fragment spektaklu. Co jeszcze ciekawsze – chyba jedyny, który w interesujący sposób koresponduje z Klątwą Frljicia. W tej ostatniej jedna z aktorek wygłasza płomienną mowę o szowinizmie reżyserów, o tym, że używają kobiet na scenie do tego, aby je poniżać i molestować. No to proszę, u Garbaczewskiego przez większość czasu Konrad jest kobietą. Czy może raczej – kobieta jest Konradem.

wyzwolenie-Garbaczewski-2
Fot. Krzysztof Bieliński / Teatr Studio

Moim zdaniem Paruszyńska zdołała udźwignąć tę rolę. Odegrała partię dialogu Konrada z maskami. Zamiast masek mieliśmy wirtualnego interlokutora, a aktorka wypowiadała swoje kwestie w słuchawkach do laptopa, być może w trakcie „rozmowy” na Skype (podobno tak naprawdę powtarzała monolog Treli z realizacji Swinarskiego, ale nie sposób się było tego domyślić, więc pozostanę przy swojej interpretacji). Wydobyła wszystko to, co wyczytuję w tekście Wyspiańskiego – sprzeczności, patos i histerię, a także pewną, celową raczej, bełkotliwość. Przez jakiś czas myślałam, że oddaje psychiczny konstrukt prawej strony sceny politycznej. Później – że lewej w sumie też. Ostatecznie – że utożsamia przepuszczony przez współczesność mit romantyczny – nieznośny, irytujący, karykaturalny, a jednak wciąż obecny, chociażby w histeryczno-narcystycznym widzeniu Polaków jako narodu wybranego.

Pojawiają się głosy, że reżyser nadużył aktorki, każąc jej wygłaszać morderczy monolog. I że fakt odegrania przez kobietę męskiej roli nie ma w tym przypadku uzasadnienia. Czy gdyby to mężczyzna wygłaszał na scenie 50-minutowy monolog, ktokolwiek mówiłby o nadużyciu? Nie sądzę. Czy fakt, że Konrad u Mickiewicza i Wyspiańskiego był mężczyzną, ma jakieś znaczenie? Oj, ma. To kolejny spadek po polskim romantyzmie, kwestie narodowe to taka „męska rzecz”. Tego przekonania Wyspiański nie podważał, cieszę się, że zrobił to Garbaczewski.

To kolejny spadek po polskim romantyzmie, kwestie narodowe to taka „męska rzecz”.

Kobieta jako Konrad broni się zdecydowanie lepiej niż nadrzędny wniosek, który płynie z całego spektaklu – mity romantyczne to obciążające dziedzictwo. Zresztą wszelka polemika z nimi dobudowuje kolejną cegiełkę do tego obciążenia. I w końcu, jaki tam Wyspiański antyromantyczny, skoro nazywany był „czwartym wieszczem”, a na urodziny dostał tort z liczbą „44” i nie był to gest ironiczny. Garbaczewski piątym wieszczem? Szykujmy tort.

Słobodzianek w strefie komfortu

Jak już wspomniałam, u Garbaczewskiego matki ze świecą szukać. U Spišáka i Słobodzianka przeciwnie – matka to jeden z podstawowych tematów. Drugim jest tożsamość.

Historia Jakuba opowiada inspirowane prawdziwymi wydarzeniami dzieje tytułowego Jakuba (Łukasz Lewandowski), który przez większą część spektaklu znany jest jako Marian. Jako żydowskie dziecko został w czasie wojny oddany przez biologicznych rodziców parze Polaków. Ci wychowali go jak własnego syna, nie informując go o jego pochodzeniu. Jako dorosły mężczyzna Marian zostaje księdzem, studiuje filozofię, robi doktorat w Paryżu i dowiaduje się, że jest ocalonym Żydem. Tutaj zaczyna się jego dramat. Kocha matkę, która go wychowała, i jednocześnie jest ciekawy tej, która go urodziła. Odnajduje w Izraelu swoich dalekich krewnych, chce zostać prawdziwym Żydem, nie rezygnując jednocześnie z bycia katolickim księdzem. Okazuje się, że świat nie jest skłonny mu na to pozwolić. Przełożeni kościelni rugają go za głoszenie prożydowskich kazań. W kibucu, w którym zamieszkuje, nie pozwalają mu nosić krzyżyka i jeździć na msze. Gdy trafia do katolickiego kibucu, zrzeszającego księży i zakonników, jemu, który ma doktorat, przeznaczają miejsce w pralni. Jako doskonale wykształcony, o umiarkowanie niekonserwatywnych poglądach ksiądz-intelektualista-Żyd, jest dziwaczną hybrydą, wobec której każdy ma jakieś zastrzeżenia.

Wzruszająca to historia, elegancko opowiedziana, temat słuszny i w antysemickiej Polsce wiecznie aktualny. Nie mogłam się jednak opędzić od myśli, że spektakl skrojony jest jakby idealnie pod Nowe Epifanie. Wątki, które porusza, są wręcz cudownie niekontrowersyjne. Rzeczywiście, dowiedzieć się, że się jest ocalonym żydowskim dzieckiem, to niebłaha sprawa. A jak się jest księdzem, no to już w ogóle. Wiadomo, że własna tożsamość stanie się wtedy co najmniej problematyczna. I że będzie się chciało złożyć w jedną całość Matkę Polkę i Matkę Żydówkę, a to się nigdy nie uda i będzie źródłem cierpień. I oczywiście, że prawdziwa wolność, to taka, kiedy możesz być Żydem-księdzem-intelektualistą. I że takiej wolności jakoś nie wywalczyliśmy, ani w Polsce, ani, jak widać, w Izraelu. Można się tylko zgodzić, westchnąć i pokiwać głową. I przyczepić do tego, że może to już było, ale na to mamy gotowy argument, że przecież każda ludzka historia, zwłaszcza taka jak ta, niepowtarzalną jest i godną opowiedzenia jest.

Można się tylko zgodzić, westchnąć i pokiwać głową.

Jeśli od teatru oczekujemy miłych, poruszających i zacnych opowieści, możemy się wybrać na Historię Jakuba, wzruszyć, zamyślić i zadumać. Jeśli jednak chcemy doświadczyć przesuwania granic artystycznej eksploracji, poszukiwania katharsis, prób stworzenia nowego języka, awangardy, eksperymentu, słowem – czegokolwiek, do czego nie pasuje określenie „zacny” – zdecydujmy się na coś innego. Może lepszym wyborem będzie spektakl Garbaczewskiego, który, w przeciwieństwie do Spišáka i Słobodzianka, przynajmniej próbował wyjść poza strefę komfortu.

„Wyzwolenie”, reż. Krzysztof Garbaczewski, Teatr Studio w Warszawie
„Historia Jakuba”, reż. Ondrej Spišák, Teatr Dramatyczny w Warszawie

Bio

Jolanta Nabiałek

| Filolożka i kulturoznawczyni
Absolwentka filologii polskiej i kulturoznawstwa na Uniwersytecie Wrocławskim. Przez lata związana była z Internetowym Magazynem Teatralnym „Teatralia”. Współpracowała z wrocławską Fundacją Centrala 71, organizując comiesięczne spotkania z dramatem czytanym. Jej najnowszy projekt to fanpage „Nie więcej niż pięć linijek”, na którym publikuje mikrorecenzje książek.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.