Teatr

Teatr, który ma się w co wtrącać

mefisto-agnieszka-blonska

Prawo i Sprawiedliwość wspiera odważne wizje artystyczne. Serio! Jolanta Nabiałek obejrzała „Mefista” i „Superspektakl” w Teatrze Powszechnym w Warszawie.

Dwie gorące nowości w Teatrze Powszechnym pozostawiają po sobie dwa zupełnie różne wrażenia. Pierwsze z nich to „dobra zmiana służy teatrowi”. Drugie – „dobra zmiana dobrą zmianą, ale szantaż emocjonalny ma się dobrze niezależnie od sytuacji społeczno-politycznej”.

Jest jeszcze wniosek bardziej generalny – w obecnym klimacie teatr niepolityczny jest niemożliwy.

Na początku była Klątwa

Nie wiem, ile to jeszcze potrwa, ale od dłuższego czasu bardzo trudno jest napisać recenzję teatralną, nie nawiązując do tego spektaklu, który stał się Dziadami Deymka bis. Samo przedstawienie, moim zdaniem, ani złe, ani dobre, nie zostałoby we mnie jakoś szczególnie długo, gdyby nie to, że wokół niego rozgrywa się dużo lepszy spektakl – kto widział protestujących z Maryją na sztandarach, ten wie. Mefisto Agnieszki Błońskiej nawiązuje do Klątwy wprost, przede wszystkim formą, zapożyczając ją sobie po prostu i przyznając się do tego bez cienia zażenowania. Zacząć jednak wypada od nieco starszych inspiracji.

Postpolityczny spektakl pod Teatrem Powszechnym

Pierwsza to powieść Klausa Manna Mefisto. W skrócie – opowiada ona historię niemieckiego aktora Hendrika Höfgena, przed wojną lewicującego, po dojściu Hitlera do władzy – grającego dla nazistów. Druga to węgierska ekranizacja tejże powieści z 1981 roku, wyreżyserowana przez Istvána Szabó. Trzecia to adaptacja teatralna Mefista z 1983 roku, wystawiona na deskach tego samego Teatru Powszechnego. W której to realizacji wystąpiła m.in. Maria Robaszkiewicz, a dzisiaj możemy ją ponownie podziwiać w tym samym (no… prawie) spektaklu. Ot, historia zatoczyła koło i pytanie, które stawia nam Hendrik Höfgen, po raz kolejny stało się aktualne. Czy aktor, jak twierdzi bohater, jest tylko aktorem, który ma grać, wszystko jedno co i dla kogo, bo taka jest jego, nomen omen, rola? Słowem – czy artyści z teatru, który się wtrąca (dzisiejsze motto Teatru Powszechnego), mogą sobie być twarzami „dobrej zmiany” lub twarzami neutralnymi, czy też mają przyklejać sobie czarną taśmę na usta i aktywnie, również swoją pracą, wspierać szeroko rozumianą opozycję? Są to rozważania na temat konformizmu, które dobrze znamy, i właściwie wszystko, co na ten temat można powiedzieć, zostało już powiedziane.

Teatr, który się wtrąca, takich wątpliwości raczej nie przeżywa. Być może Powszechnemu można coś zarzucić, ale na pewno nie konformizm. Koronnym na to dowodem właśnie Klątwa, która, jestem tego pewna, gdy historia będzie rozliczać „dobrą zmianę”, stanie się symbolem oporu przeciwko tejże. Aktorzy / aktorki Powszechnego nie są tylko aktorami  /aktorkami, o czym mówią nam w Mefiście wprost. Oczywiście z dużą dozą autoironii, bez której współczesny lewicujący teatr jakoś nie bardzo potrafi.

Czyj jest teatr narodowy? [rozmowa z Oliverem Frljiciem]

Nieplanowany sukces „dobrej zmiany”

Być może Powszechnemu można coś zarzucić, ale na pewno nie konformizm.

Historia Hendrika Höfgena to dla Agnieszki Błońskiej tylko punkt wyjścia. Zaraz na początku spektaklu aktorzy i aktorki krótko ją streszczają, cytują film Szabó, wspominają Mefista z 1983 i łopatologicznie wykładają interpretację tej historii. A następnie, podobnie jak to było w Klątwie, pogrążają się w metakomentarzu zarówno do własnego spektaklu, jak i do wszystkich innych wymienionych przeze mnie dzieł. Ich głównym, co nie przeszkadza temu, że ironicznym, celem, jest przeprosić za Klątwę. Podobnie jak w tejże przedstawiają się z imion i nazwisk, wymieniają przestępstwa, których dopuścili się w spektaklu, płaczą i tłumaczą, że to było jakieś zamroczenie, a tak w ogóle, to oni są tylko aktorami i po prostu chcieli grać. Morał, który się z tego wyłania, ma konstrukcję jak z obrazów Eschera – artyści i artystki dokonują iście PRL-owskiej, ale ironicznej, autokrytyki, że kierowani konformizmem niczym Hendrik Höfgen, zagrali w spektaklu przeciwko władzy, zamiast kierować się konformizmem niczym Hendrik Höfgen i w nim nie zagrać. Przyznaję – z logicznego punktu widzenia ciężko jest być aktorem w tych czasach.

Choć z drugiej strony – „dobra zmiana” służy teatrowi. Daje mu pretekst do odgrzebania starych dylematów moralnych, które jeszcze kilka lat temu trąciły myszką, a dzisiaj nie dość, że są aktualne, to jeszcze zadziwiająco świeże. Wrzucone w nowoczesne wizje teatralne, tworzą zupełnie nową jakość. Spektakle komentują rzeczywistość, wchodzą ze sobą w dialog i wywołują szeroki rezonans społeczny. Czego wielbiciele i wielbicielki tej sztuki mogliby chcieć więcej? Chyba tylko tego, żeby „dobra zmiana” nie przejęła Warszawy i nie ukróciła radosnych harców Powszechnego, Nowego, Studia i paru innych. No i jeszcze tego, żeby oddała nam wrocławski Polski i krakowski Stary… No, może dobrze to nie jest, ale coś się dzieje, czego za starych, dobrych, neoliberalnych czasów wyraźnie w teatrze brakowało.

W Krakowie już jebło

Kiepski target robi przedstawienie

Żeby jednak nie było, że Teatr Powszechny to tylko wystawia premiery, a potem myk myk, do prokuratury – w ostatnim czasie Justyna Sobczyk i Jakub Skrzywanek zrealizowali tu Superspektakl. Rzecz zapowiada się zacnie – bo nie dość, że ma wartość integracyjną (koprodukcja z Teatrem 21, pracującym z osobami z zespołem Downa), to jeszcze jest o superbohaterach. W tym kontekście bardzo żałuję, że niewiele ciepłych słów jestem w stanie powiedzieć o tym przedstawieniu.

No właśnie, żałuję, a, cholera, nie powinnam. Nie powinnam poddawać się temu emocjonalnemu szantażowi, że jeśli grają aktorzy i aktorki z niepełnosprawnością intelektualną, to trzeba się zachwycać, wszystko jedno, co pokazują. Bo podziw dla niepełnosprawnych artystów i artystek za wygranie z własnymi ograniczeniami oraz dla reszty ekipy za podjęcie się tego niełatwego wyzwania to jedno. A nuda, która towarzyszyła mi w trakcie oglądania, to drugie. I o tym drugim też trzeba napisać.

Najpierw jednak te ciepłe słowa, o których pisałam powyżej. Kilka chwytów w spektaklu złapało mnie za gardło. Pierwszym było publiczne odczytanie odpowiedzi od project manager pewnej firmy, będącej w posiadaniu praw do wykorzystania znaków towarowych, jakimi są Superman, Batman i inni superbohaterzy, niejakiej pani Magdy. Pani Magda wyraziła ogromny szacunek, podziw i szereg innych pozytywnych emocji wobec twórców i twórczyń, ale na wykorzystanie znaków towarowych się nie zgodziła. Powodów nie podała. I tutaj artyści i artystki nie poprzestali na konstatacji, że na majtkach można drukować logo Supermana, ale w spektaklu wykorzystać go nie wolno. Poszli dalej – list od pani Magdy potargali i uznali, że w takim razie stworzą własnych superbohaterów. Swoją drogą – nie zazdroszczę pani Magdzie. Jak się domyślam, decyzja nie należała (tylko) do niej, ale przechodząc obok Powszechnego, będzie teraz musiała zasłaniać twarz.

21 gorących nazwisk polskiego teatru (albo coś koło tego)

Odczytanie i potarganie listu to było takie pokazanie języka kapitalizmowi, do którego chętnie się przyłączę. Gest tyleż piękny, co naiwny, ale artyści i artystki wcale naiwni nie są. Jedna z końcowych scen przebija polukrowany, różowy balonik, dmuchany przez aktorów i aktorki przez cały spektakl. Kiedy każde z nich stworzyło już swojego superbohatera, kiedy postanowili utworzyć partię polityczną z miłością i czułością wpisaną w program, nastąpiło otrzeźwienie. Jeden z bohaterów (Jacek Beler) zwrócił się do swoich kolegów i koleżanki z zespołem Downa (Aleksandra Skotarek, Jan Adam Kowalewski, Michał Pęszyński, Piotr Swend) ze słowami – co wy robicie, nikt was nie słucha, co to za naiwne hasła wypisane na brystolu, nikogo nie obchodzicie. Odpowiedziała mu wściekłość tyleż zasadna, ile bezsilna.

Rzeczywiście, osoby dotknięte niepełnosprawnością mało nas obchodzą. Mogą sobie krzyczeć i grać w spektaklach, a i tak zawsze będą miały najgorzej. One, ich opiekunowie – to kiepski target wyborczy (za mało ich, żeby mogli być języczkiem u wagi), komercyjny (przeważnie pieniądze wydają na terapię, nie na skarpetki z Supermanem) i nawet artystyczny (wobec globalnych dylematów moralnych – co ciekawego można powiedzieć o osobach z zespołem Downa?). Nie wiem, jak innym widzom, ale mnie ten wniosek stanął kością w gardle.

Superspektakl to nie superspektakl

Rzecz jednak w tym, że polukrowany, różowy balonik, mimo końcowego zdekonstruowania, wypełnia swą nieznoszącą sprzeciwu słodyczą większość spektaklu. A przedstawienie trwa 110 minut, więc napatrzeć się możemy na niego do przesytu. Oglądamy więc, jak aktorzy i aktorki kolejno konstruują postać swojego superbohatera, jak zakładają partię polityczną i dają sto milionów punktów na pięć aktorowi, który startuje w konkursie na kolejnego superbohatera. Bierzemy udział w dopisywaniu postulatów do listy, proponując tak oryginalne pomysły, jak „mniej biurokracji w szkole” czy „więcej wiedzy o sztuce w szkole”, które następnie są długo i dokładnie dyskutowane. Wysłuchujemy, czego aktorzy i aktorki się boją i co by zrobili, gdyby mogli założyć kostium Supermana. Że naprawiliby świat, mówiąc najoględniej.

A ja tak sobie siedziałam, patrzyłam, słuchałam, nudziłam się, dławiłam banałem i myślałam o tym, że widziałam genialne spektakle, w których brały udział osoby z zespołem Downa, np. Edyta Stein. W pośpiechu do nieba wrocławskiego Teatru Arka, więc to chyba nie jest tak, że jestem uprzedzona. I choć pytania o etyczny wymiar takich przedsięwzięć artystycznych są zawsze aktualne, to w efekcie dochodzę do wniosku, że takie spektakle są potrzebne, ważne i mogą być dobre. W tym kontekście jeszcze bardziej zżymam się na szantaż emocjonalny zafundowany mi przez Teatr Powszechny i Teatr 21.

Bo to nie był superspektal. Poza wspomnianym już przeze mnie banałem, którym częstowano widzów, był zwyczajnie niedopracowany. Miałam wrażenie, że aktorzy i aktorki bez niepełnosprawności są nieco skrępowani sytuacją sceniczną, grali nienaturalnie, jakby za karę. Jakby zabrakło mądrych mentorów, którzy zbudują pomost między dwoma światami w tym niełatwym przecież zadaniu aktorskim, jakby artyści i artystki zdani byli trochę na siebie, własny instynkt i empatię, co nie do końca zdało egzamin. Zdecydowanie nie podobało mi się też – nieznaczne, ale jednak – infantylizowanie artystów i artystek z zespołem Downa, zwracanie się do nich, dorosłych przecież ludzi, jak do słodkich dzieciaczków. To chyba pierwsze, co należałoby wyeliminować – wzorem niech będzie wrocławski Teatr Arka, w którym osoby z niepełnosprawnością intelektualną są pełnokrwistymi współtwórcami i współtwórczyniami spektakli.

Co jeszcze można powiedzieć dobrego o Superspektaklu, to to, że nie stroni od dyskusji politycznej, jak można by się było spodziewać. Nie bez powodu wspomina o napisie „won” wymalowanym na drzwiach lokalu, w którym zatrudnione są osoby z niepełnosprawnościami. W świecie „dobrej zmiany” wspominani często w spektaklu dziarscy chłopcy z ONR, maszerujący z flagami i hasłami o białej Europie 11 listopada, nie przewidują miejsca na inność, więc nikt z zespołem Downa nie może się czuć bezpiecznie. A mieć zespół Downa i grać w Teatrze Powszechnym, odpowiedzialnym za Klątwę, to jakby podwójne piętno. Teatr ostatnich dni świadomie lub mimo woli, z chęcią lub też mimo chęci, nie tylko musi, nie tylko powinien – on po prostu jest polityczny.

Nie można dłużej dyskutować o kulturze z apolitycznych pozycji [rozmowa z Pawłem Wodzińskim i Bartoszem Frąckowiakiem]

*
Mefisto, reż. Agnieszka Błońska, Teatr Powszechny w Warszawie
Superspektakl, reż. Justyna Sobczyk, Jakub Skrzywanek, Teatr Powszechny w Warszawie, Teatr 21

Bio

Jolanta Nabiałek

| Filolożka i kulturoznawczyni

Absolwentka filologii polskiej i kulturoznawstwa na Uniwersytecie Wrocławskim. Przez lata związana była z Internetowym Magazynem Teatralnym „Teatralia”. Współpracowała z wrocławską Fundacją Centrala 71, organizując comiesięczne spotkania z dramatem czytanym. Jej najnowszy projekt to fanpage „Nie więcej niż pięć linijek”, na którym publikuje mikrorecenzje książek.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.