Teatr

Szklany sufit dla sztuki spoza instytucji

komuna-warszawa

Nie jesteśmy hobbystami, tylko artystami i producentami od lat tworzącymi niepubliczną instytucję kultury. Rozmowa z Grzegorzem Laszukiem i Aliną Gałązką z Komuny// Warszawa.

Agata Diduszko-Zyglewska: Zmartwiłam się, widząc, że pierwszy raz w swojej historii robicie zrzutkę, żeby móc doprowadzić do końca produkcję spektakli – i to spektakli świetnych reżyserek, Anny Smolar i Marty Ziółek. Pamiętam, że kiedy rozmawialiśmy dwa lata temu, martwiliśmy się, że teatry pozainstytucjonalne, które działają w ramach organizacji pozarządowych, nie są traktowane wystarczająco poważnie przez mecenat publiczny i bez względu na swój dorobek muszą co roku budować swój budżet od zera, startując w konkursach tak samo jak nowicjusze i hobbyści. Wygląda na to, że wasza sytuacja od tamtego czasu jeszcze się pogorszyła. To koniec Komuny//Warszawa?

Alina Gałązka: Tak to wygląda. Niestety z powodu nadejścia tzw. dobrej zmiany straciliśmy naszego wieloletniego sprzymierzeńca, czyli Ministerstwo Kultury. Drugi mecenas publiczny, miasto Warszawa, wspiera nas nadal, jednakże mamy poczucie, że nie traktuje nas wystarczająco poważnie. Cały czas się przeciwko temu buntujemy, bo nie jesteśmy hobbystami, tylko artystami i producentami tworzącymi od lat niepubliczną instytucję kultury, z której wyszło nie tylko wiele teatralnych nazwisk obecnych teraz na scenach teatrów publicznych, ale i pomysłów na działanie, które są wprowadzane w instytucjach, jak coraz powszechniejszy open call.

Komuna Warszawa: Na offie rewitalizacji się nie przewiduje [rozmowa]

Przeczytałam niedawno felieton Łukasza Drewniaka na portalu teatralny.pl, w którym jednym tchem wymienia Nowy Teatr, Komunę//Warszawa i Scenę Prezentacje. Ten wątek pojawia się też co roku w podsumowaniach sezonu, robionych przez miesięcznik „Teatr”. Krytycy teatralni widzą w nas instytucję. Instytucję nowego typu. Tylko że zasadnicza różnica pomiędzy nami a Sceną Prezentacje czy Nowym Teatrem polega na tym, że oni mają stałe dofinansowanie i o wiele większą możliwość zwiększenia dotacji w ciągu roku. Jesteśmy w środowisku postrzegani jako istotny dla kultury gracz, a jednocześnie musimy robić nasze duże i ważne projekty „po partyzancku”, częściowo bez budżetu. Jeśli nie uda się zmienić sytuacji, o której mówimy, to faktycznie jest koniec. Dalej tak nie da rady.

Jak to możliwe, że wasza działalność jako domu produkcyjnego, w którym zadebiutowali w Warszawie lub rozwinęli skrzydła znani i uznani już teraz artyści (m.in. Wojtek Ziemilski, Iza Szostak, Marta Ziółek) nie przekłada się na relacje z urzędem miasta?

AG: Też zadaję sobie to pytanie.

Głuchy jest Inny w sposób radykalny [rozmowa z Wojtkiem Ziemilskim]

Od kilku lat jesteście w grupie organizacji pozarządowych prowadzących tzw. dialog społeczny, które próbują przekonać miasto do uznania formuły „niepublicznej instytucji kultury”. Ta formuła pozwoliłaby takim organizacjom jak wasza działać na bardziej solidnych podstawach, a miastu dałaby możliwość zróżnicowania współpracy z organizacjami pozarządowymi w zależności od ich dorobku i stopnia profesjonalizacji. Nic z tego nie wyszło?

AG: I tak, i nie. W naszej sytuacji nic się nie zmieniło. Nadal aplikujemy do każdego możliwego konkursu i nigdy na początku roku nie wiemy, co uda nam się zrobić. To sprawia, że jesteśmy niestabilnym partnerem dla artystów, którzy mają plany zawodowe na rok czy dwa naprzód. Ale coś się zmieniło – w teorii miasto zaakceptowało pomysł istnienia „niepublicznej instytucji kultury”. Jest to zapisane w programie poprawy zarządzania instytucjami profesora Hausnera, przygotowanym przez niego na zlecenie Biura Kultury. Jednak z istnienia programu nic nie wynika. Był wprawdzie ogłoszony konkurs dotacyjny dla NGO na tzw. „miejsca kultury”, ale zarówno jeśli chodzi o rozstrzygnięcia, jak i przyznawane kwoty, niczym nie różnił się od wcześniejszych konkursów. Nie mamy szansy przejść z myślenia projektowego na myślenie o stałej działalności.

Warszawska kultura musi być bardziej społeczna [rozmowa z Thun-Janowskim]

Grzegorz Laszuk: Nasza działalność od kilku lat udowadnia, że w Warszawie potrzebny jest nowatorski dom produkcyjny, kuratorskie miejsce o szczególnym, interdyscyplinarnym profilu, w którym artyści mogą debiutować albo pokazywać swoje spektakle przygotowywane w mniejszych miejscach. Jesteśmy coraz bardziej rozczarowani tym, że horyzonty urzędników miejskich nie wychodzą poza myślenie, że należy trzymać się jednego rodzaju instytucji kultury: miejskiej, opartej na zespole teatralnym, która ewentualnie skonsumuje co lepsze pomysły.

Horyzonty urzędników miejskich nie wychodzą poza myślenie, że należy trzymać się jednego rodzaju instytucji kultury: miejskiej, opartej na zespole teatralnym, która ewentualnie skonsumuje co lepsze pomysły.

Nie wiem, czy urzędnicy chcą mieć pełną kontrolę, czy nie wyobrażają sobie, że organizacja pozarządowa będzie dobrze gospodarowała pieniędzmi. Jeśli spojrzy się na nasz budżet, to widać, że dobrze gospodarujemy każdą złotówką. Wyciskamy z siebie i z naszego miejsca tyle, ile można, aby stworzyć dobry program. Niestety najwidoczniej program, publiczność i efektywność to za mało. A przecież przez dobrych kilka lat Warszawa miała ambicję bycia wzorcem, jeśli chodzi o współpracę z tzw. kultura niezależną, to miało budować jej markę.

Ostatnio byliśmy w Sopocie i tam opowiadaliśmy o Komisjach Dialogu Społecznego. Tamtejsi artyści otwierali szeroko oczy ze zdumienia i prosili o zrobienie szkolenia, żeby wyjaśnić, jak to działa… Więc jest z czego być dumnym. Warszawa jednak jakby zawróciła z tej drogi i teraz najciekawsze rzeczy na polu tej współpracy dzieją się gdzie indziej – choćby w Poznaniu, gdzie pozainstytucjonalna Scena Robocza zarządza gigantycznym budynkiem, ma dofinansowanie i ciągle się rozwija.

AG: A tymczasem w Komunie sukces goni sukces. W zeszłym roku Marta Ziółek dostała nagrodę za reżyserię Zrób siebie na festiwalu w Katowicach, spekziemitakl objechał mnóstwo miejsc na całym świecie, teraz jedzie do Nowego Jorku. Na premierową PIXO nie wszyscy się zmieścili, choć graliśmy trzy razy. Cezary idzie na wojnę, jeden z ostatnich wyprodukowanych przez nas spektakli, dostał w tym roku zaproszenie na festiwal Boska Komedia w Krakowie. Dla małej instytucji to sukces.

Może chcemy po prostu łatwo dostępnej wolnej miłości i marihuany?

A co mówią na to artyści, którzy robią te spektakle u was? Czy oni wiedzą, jak wygląda wasza sytuacja? Czy to ich interesuje?

GL: Artyści traktują nas jako normalną instytucję. Zawieramy z nimi umowy, honoraria u nas są porównywalne z tym, co dostaje się w mniejszych miejskich teatrach…

AG: …pomijając szalone wynagrodzenia niektórych gwiazd reżyserskich…

GL: Jesteśmy pracodawcami. Dajemy im miejsce, obsługę, wynagrodzenia – przychodzą, bo wiedzą, że u nas mogą zrobić coś innego niż w dużym teatrze. Tam jest presja sukcesu kasowego, frekwencyjnego. U nas otoczeni przyjazną atmosferą i swobodą twórczą mogą zrobić coś, na co nie mogliby sobie pozwolić w innym teatrze. I publiczność to ceni.

W kuluarach wiele mówi się o tym, że taki sam „produkt artystyczny” jest inaczej wyceniany – nie tylko przez urzędy, ale i przez festiwale – w zależności od tego, czy jego producentem jest NGO, czy instytucja publiczna. To także problem wewnątrzśrodowiskowy. Przecież wyceny dokonują reżyserzy, kuratorzy, dyrektorzy festiwali. A skoro oni sami stosują podział, w ramach którego praca tego samego artysty ma różną wartość w zależności od tego, czy powstaje w instytucji publicznej, czy pozarządowej, to co miałoby skłonić do zmiany myślenia urzędników? W wielu krajach dopiero układy zbiorowe zbudowane na solidarności środowiskowej pozwoliły uregulować tę sytuację.

AG: Dlatego nazywam to „szklanym sufitem”. Jest archaiczna bariera między instytucjami publicznymi a profesjonalnymi organizacjami pozarządowymi, których zresztą nie ma zbyt dużo, więc nie jest to dla miasta problem finansowy. Nawet najgorzej działająca instytucja jest dużo lepiej traktowana niż my.

GL: Pamiętam podobną refleksję wielu osób przy okazji konferencji organizowanych przez obecne Ministerstwo Kultury. Na jednej z nich był podział na różne panele. W jednym brały udział teatry prywatne, w drugim teatralne NGO-sy, gdzie naszą działalność połączono ze sztuką ludową i działaniami amatorskimi. Tymczasem historia kultury pokazuje, że w wypadku zawodów artystycznych często to nie dyplom ukończenia państwowej uczelni artystycznej decyduje o klasie artysty i jakości jego wkładu w dziedzinę twórczą, którą się zajmuje.

Zresztą w obecnej sytuacji politycznej szukają u nas zatrudnienia i możliwości robienia własnych projektów artyści z wszelkimi rodzajami dyplomów, którzy spodziewają się, że będą traktowani godnie. To sprzyjający moment, żeby uświadomić sobie , że wszyscy jedziemy na tym samym wózku i chodzi o to, żeby wszystkie koła tego wózka były dobrze napompowane. Jeżeli utrzyma się obecna władza, która promuje bardzo ograniczony obszar kultury, czyli tzw. „kulturę narodową”, wielu artystów nie znajdzie dla siebie miejsca w instytucjach publicznych. Wtedy my będziemy instytucją, gdzie będą mogli zarobić na życie. To już się dzieje. Także dlatego urzędnicy zajmujący się kulturą powinni rozumieć, dlaczego wspieranie niezależnych instytucji kultury z doświadczeniem i renomą ma sens. Nie jesteśmy kółkiem hobbystycznym zbierającym znaczki pocztowe… Skala naszych działań oraz jakość propozycji artystycznych, które u nas powstają, już dawno przekroczyła poziom podwórkowej zabawy i wymaga profesjonalnego traktowania przez urząd naszej publiczności, o której się tak dużo mówi, współpracujących z nami artystów i artystek, a także nas samych.

Społecznie odpowiedzialne instytucje kultury

To znikanie miejsc pracy w instytucjach publicznych jest już faktem, co chyba pośrednio odbiło się już także na was. Chodzi mi o sytuację związaną z konkursem na Scenę Prezentację. Kiedy czytałam program tego konkursu, miałam poczucie, że w ogromnej mierze jest on zbieżny z programem Instytutu Sztuk Performatywnych, który wraz z grupą kuratorów założyliście jakiś czas temu i którego ucieleśnieniem są wasze docenione producenckie projekty jak Re//Mixy czy Mikro Teatr. Dlatego nie zaskoczyła mnie decyzja o starcie związanego z Instytutem duetu Plata / Gałązka w konkursie. To był ten moment, kiedy miasto mogło docenić i zabezpieczyć instytucję od lat prowadzącą ważną kulturotwórczą robotę na jego terenie. Jednak do konkursu stanęły też ciekawe ekipy twórców, którzy właśnie stracili możliwość pracy w innych miastach, i komisja ostatecznie najwyżej oceniła projekt duetu Wodziński / Frąckowiak oparty na współpracy z zaopatrzoną już w budżet miejski instytucją publiczną, czyli TR Warszawa. Póki warszawski samorząd nie padnie ofiarą „dobrej zmiany”, coraz więcej artystów będzie szukało schronienia w stolicy. Czy to znaczy, że warunki dla wszystkich będą coraz trudniejsze? Czy waszym zdaniem jest jakieś wyjście awaryjne z tej sytuacji?

AG: W tej sytuacji tym bardziej potrzebne są miejsca, które nie mają stałych zespołów aktorskich, natomiast mogą dać możliwość pracy większej liczbie twórców. Można nazwać to liberalnymi poglądami, ale ja uważam, że działalność prowadzona przez nas od lat, czyli prowadzenie tzw. open calli, cykli kuratorskich i pozwalanie różnym osobom niebędącym członkami Komuny na sprawdzenie się, ma sens. Ten pomysł został podchwycony i skonsumowany – zobaczymy, jaka będzie jego realizacja.

Nie można dłużej dyskutować o kulturze z apolitycznych pozycji [rozmowa z Pawłem Wodzińskim i Bartoszem Frąckowiakiem]

W kontekście zwiększania się liczby artystów w potrzebie warto też podnieść drugi warszawski problem. Miasto prowadzi politykę dawania każdemu po trochu. To widać po teatrach miejskich, których jest sporo. Uważam, że część z nich powinna działać w innej formule. Myślę tu na przykład o teatrach komercyjnych, które mają nadmiar publiczności w stosunku do rozmiarów swoich siedzib, w kontraście do innych instytucji, które mają niedosyt publiczności w dużych siedzibach. Praktyka dawania każdemu po trochu jest też realizowana wobec kulturalnych organizacji pozarządowych. Obcinanie każdemu części dotacji, żeby było więcej dotowanych, jest nagminne. Nie przebija się pomysł, że warto wspierać jakość, nie ilość. To zło. Bo wszyscy wiemy, że stosunkowo łatwo jest założyć fundację i stanąć do konkursu o dotację. I tak to się właśnie dzieje: nie misja, tylko dotacja.

Wszyscy wiemy, że stosunkowo łatwo jest założyć fundację i stanąć do konkursu o dotację. I tak to się właśnie dzieje: nie misja, tylko dotacja.

GL: I to jest także nieracjonalne finansowo. Każdy mały teatr działa w osobnej piwniczce, za której wynajem płaci pieniędzmi z otrzymanej dotacji – tak jak za technika i cztery kupione reflektory. Dla tych twórców większy sens miałby dostęp do dużego, dobrze wyposażonego teatru: żeby mogli tam próbować i pokazywać swoje spektakle. Wiemy to, bo takie rozwiązania sprawdziły się już w różnych miejscach, np. Kaserne Basel w Szwajcarii czy Kampnagel w Hamburgu, CENTQUATRE w Paryżu. To duże domy produkcyjne, organizujące duże festiwale, a równocześnie zgodnie ze swoim statutami działające jako miejsce prezentacji lokalnych grup teatralnych. Także miejsca działań sąsiedzkich. Tam się regularnie wystawia lokalne teatry, które dostają na tydzień dużą salę prób, potem dużą scenę na pokazy. I potem, jeśli spektakl jest naprawdę dobry, to jest włączany do repertuaru! U nas praktyka jest taka, że daje się dziesięć tysięcy na spektakl, który zostanie pokazany raz, bo nie starcza pieniędzy na eksploatację.

Zapytam was jeszcze o waszą – i kilku innych grup artystycznych – siedzibę przy Lubelskiej 30/32. Miasto miało pomóc zrobić z tego miejsca „kamienicę artystyczną”, m.in. poprzez remont. Coś się wydarzyło?

GL: No cóż, na razie nie. Jesteśmy w stałym kontakcie z burmistrzem Pragi Południe. Chcemy go przekonać, że wokół tego miejsca można stworzyć coś, co promieniowałoby na całą Warszawę. Tylko trzeba pozwolić nam to miejsce sprofilować, nadać mu wyrazisty charakter. Jest jednak totalna blokada, urzędnicy powtarzają: nie można czegoś takiego zrobić – nie możemy oddać wam tego miejsca, żebyście urządzili je sobie tak, jak potrzebujecie. To nieprawda. Formalnie jest to możliwe. My chcemy z Lubelskiej zrobić profesjonalne miejsce poświęcone sztuce. Niestety teraz panuje chaos. Planowany jest remont, ale po to, żeby powstało jeszcze kilkanaście miejsc do wynajmu. A można byłoby tam urządzić salę koncertową, kawiarnię itp. Miejsce, które stałoby się centrum dzielnicy. Ale to się nie uda, jeżeli urzędnicy nie dopuszczają pomysłu, żeby działało to według spójnej koncepcji.

No dobrze, to jakie są wasze plany? Będziecie dalej próbowali przekonać urząd miasta do uznania waszej pracy i wsparcia kręgu artystów skupionych wokół was?

AG: Tak, składamy w biurze kultury propozycję konkursu z inicjatywy własnej. To prawna możliwość złożenia tzw. oferty realizacji zadania publicznego zgodnie z art. 12 ustawy o pożytku. To jak najbardziej formalna droga – w taki sposób powstało Centrum Sztuki Tańca, które ma siedzibę w Domu Kultury „Kadr”. Miasto może ten pomysł zaakceptować i ogłosić na to konkurs, może też go odrzucić.

Dla sportu obserwuję sobie przetasowania budżetu urzędu miasta w BIP i relacjach z Rady Warszawy. Spodziewam się, że usłyszymy, że nie ma kasy, więc przytoczę liczby: na teatry miejskie w 2015 poszło 99 863 000 zł (dotacji podmiotowych i celowych), w 2017: 107 442 000 zł. W tym roku np. TR Warszawa otrzymał dwukrotnie zwiększenie dotacji, inne instytucje również. Zatem pieniędzy jest coraz więcej, tylko my wciąż nie mieścimy się w priorytetach.

21 gorących nazwisk polskiego teatru (albo coś koło tego)

GL: Kolejny raz spróbujemy przekonać urząd, że jednak jesteśmy „fajni” i że warto w nas zainwestować. Jeśli nic z tego nie wyjdzie, to będziemy musieli się zwinąć. Staramy się działać odpowiedzialnie. Byliśmy gotowi na to, że jeśli zbiórka, która ma nam umożliwić dokończenie produkcji spektakli, się nie uda, weźmiemy kredyty i zapłacimy z prywatnych pieniędzy. Natomiast w przyszłym roku zrealizujemy plan minimum, bo na to jeszcze nas stać. Będziemy utrzymywać miejsce i zrobimy dwie premiery. Do tej pory naszą praktyką było robienie sześciu premier i kilkudziesięciu pokazów. Szukamy też możliwości współpracy z zagranicą, ale do tego potrzebny jest finansowy wkład własny i pieniądze na podróże do tych zagranicznych partnerów, z którymi mamy coś wynegocjować. Więc znów koszty…

Powiedzmy więc, jak można was wesprzeć.

AG: Zapraszamy wszystkich do wsparcia naszej zbiórki na polakpotrafi.pl, która trwa już tylko do 10 listopada. Możecie też wpaść na benefis – karaoke w Barze Studio 9 listopada o godz. 21.00. Przyjaciele, także z teatrów instytucjonalnych, zdecydowali się nam pomóc – wspaniali aktorzy i aktorki będą śpiewać piosenki. Będzie ekstra!

*
Wśród prezentów, które można otrzymać w zamian za wsparcie zbiórki Komuny//Warszawa są także książki Wydawnictwa Krytyki Politycznej, m.in. Jasia Kapeli i Michała R. Wiśniewskiego.

Pomoc w opracowaniu materiału: Konrad Pytka.

Bio

Agata Diduszko-Zyglewska

| Publicystka Krytyki Politycznej
Dziennikarka, animatorka kultury, aktywistka miejska; współautorka dokumentu „Miasto kultury i obywateli. Program rozwoju kultury w Warszawie do roku 2020”; absolwentka Instytutu Anglistyki UW oraz Akademii Praktyk Teatralnych w Gardzienicach; studiowała też w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW oraz Instytucie Sztuki PAN.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
stoicki obserwator

Nie siedzę za bardzo w sztuce więc pozwolę się spytać - czy ta niepubliczna, postępowa i alternatywna "instytucja" zajmowała się tym samym co inne alternatywne i postępowe instytucje pozbawione finansowania przez kaczofaszystowski reżim totalitarny?

Bo wiecie, ostatnio ja Krypie wychwalano jakieś dzieło w którym banda grubasów pomalowana kolorowymi farbami pełzała po scenie i robiła blowjob manekinowi a wy żeście nazywali to sztuką wysoką 😀

PS Czy państwo ma dotować nierentowne piekarnie?

Pytanie tylko z jakich powodów my, obywatele mamy utrzymywać z publicznych pieniędzy tzw. artystów? Jeśli chcą żyć ze sztuki to niech uprawiają ją w taki sposób aby nie być obciążeniem dla reszty społeczeństwa. W innym wariancie ich aktywność nie ma racji bytu.

Sprzedajcie więcej biletów, to będzie więcej pieniędzy. Nie wiem, z jakiego powodu ten skowyt.

Czy wzmiankowana w tekście Anna Smolar jest tożsama z córką wspieranego przez Fundacje Batorego Aleksandra Smolara? Jeśli tak to czy nie mogłaby poprosić aby zamiast mieszkańców Warszawy (czy ogólnie podatników) na utrzymanie wzięła ją i ten cały teatr właśnie ta fundacja? Ponoć kasy mają jak diabeł liści.