Teatr

Niezwykła podróż w głąb oka

Dlaczego nie nudziłam się na „Robercie Roburze”.

Najnowsze dziecko Krzysztofa Garbaczewskiego niejednego może znużyć. Bo długie, bo dziwne, bo większość akcji oglądamy na ekranie, a przecież chcielibyśmy, żeby jak dawniej, aktorki pląsały w krynolinach… Bo nie ma wyraźnego przesłania, bo barokowość użytych środków może przytłoczyć, bo stroboskop daje po oczach. I jeszcze z paru innych względów. Oddawszy sprawiedliwość tym, którzy się nudzili, mogę spokojnie przejść do wyjaśnienia, dlaczego ja się nie nudziłam.

A nie nudziłam się, ponieważ w spektaklu dostrzegłam nie tyle pastisz, nad którym rozwodzi się w wywiadach współautor adaptacji Jakub Żulczyk, co historię jednostki opętanej senno-narkotyczną wizją, w której piękno i cierpienie zlewa się w jeden absurdalny i fascynujący twór.

Śmiać się czy bać?

Wspomniany wcześniej ekran to kluczowy znak teatralny, organizujący główną oś spektaklu. Umieszczony został wewnątrz psychodelicznego oka z niepokojąco wyrazistym mięskiem łzowym. Oglądamy na nim zdarzenia, które odgrywane są w piwnicach teatru. Trudno się jednak opędzić od myśli, że zaglądamy do mózgu tytułowego bohatera, Roberta Robura (docelowo ponoć Dawid Ogrodnik, póki co – Paweł Smagała z głosem Justyny Wasilewskiej). Jako że sama historia jest m.in. o tym, że twórcy seriali (w tym wypadku jednego, konkretnego serialu) kształtują naszą moralność, pozorując rzeczywistość, w której będzie im wygodnie nami manipulować, mamy tu do czynienia z piętrzeniem się subiektywizmu, relatywizmu i pozoru. W świecie Robura nie ma wyraźnego rozdziału między jawą, snem, urojeniem. Rzeczywistością jest wszystko i jednocześnie nie jest nią nic. Robert Robur to spektakl postmodernistyczny, nasuwający skojarzenia z teoriami Baudrillarda, Lyotarda czy Lacana.

Kusi, żeby ekran-oko, na którym oglądamy większość wydarzeń, odczytywać jako boskie oko Wielkiego Brata, czyli korporacji produkującej serial, dzięki któremu ma on wgląd i pełną kontrolę nad ludzkimi umysłami.

Ten trop wydaje mi się jednak fałszywy – oko symbolizuje raczej zapośredniczenie rzeczywistości, percepcyjny filtr. Jego karykaturalna monstrualność i groteskowo-naturalistyczny wygląd sugeruje, że nie należy tego odczytania traktować z przesadną nabożnością. W końcu wszystko to wiemy już od dawna, obecnie możemy się już tylko z tego śmiać. Albo tego bać.

Trzech autorów

Robert Robur powstał na przecięciu przynajmniej trzech wizji artystycznych: Krzysztofa Garbaczewskiego, Mirosława Nahacza i Jakuba Żulczyka. O tym pierwszym pisano swego czasu, że jest ostentacyjnie niepostmodernistyczny, że szuka prawdy pośród ponowoczesnego chaosu, chętnie korzystając jednak ze środków artystycznych, które ów chaos oferuje: budując swoje dzieła na wzór kolażu, nawiązując do popkultury czy wreszcie wprowadzając w przestrzeń sceniczną wyżej wzmiankowany ekran.

Książka, na podstawie której powstał spektakl – Niezwykle przygody Roberta Robura – to niedokończona powieść młodego pisarza Mirosława Nahacza, który w 2007 roku popełnił samobójstwo. Rzecz przyjęta przez krytykę chłodno – zarzucano jej, że stanowi zapis neurotycznych stanów świadomości autora i nie dorównuje jego poprzednim powieściom.

Wspomniany już współautor adaptacji teatralnej, Jakub Żulczyk, w swoich własnych książkach lubuje się w kreowaniu rzeczywistości jako rządzonej przez nieuchwytne i niemożliwe do pokonania siły zła, tzw. onych, którzy zniszczą cię, jeśli tylko staniesz im na drodze, a świat się nawet nie dowie. Nie ma przed nimi ucieczki.

W Robercie Roburze neuroza, a może nawet psychoza głównego bohatera wydobyta została m.in. przy pomocy bardzo prostego, wyrazistego środka. Paweł Smagała, który gra jego rolę, niewiele mówi. Słyszymy jednak jego myśli, które mają kobiecy głos, co sugeruje rozszczepienie osobowości.

Tymczasem potężna firma produkuje serial Wściekłość i wrzask, kontrolując przy jego pomocy społeczeństwo, i usuwa tych, którzy stają na jej drodze. Jej wszechobecność i wszechwładza wywołuje efekt osaczenia.

A wszystko to zawieszone jest w kolorowej, sklejonej z wizji Robura rzeczywistości, jednocześnie odrażającej i fascynującej. Psychodeliczne kolory, które nasycają od czasu do czasu przestrzeń sceniczną, przypominają niesamowite wizje po LSD. Wydobywane są przez światło. No właśnie – światło.

Światło jest mroczne

Twórcy wywracają świat do góry nogami – to ciemność i mrok są dobre, otulające i chroniące. Światło to zło. Strach otworzyć oczy, bo wiązka światła wpadająca w źrenicę oznacza, że kończy się sen, trzeba się zgodzić na rzeczywistość i na to wszystko, co wydarzyło się wczoraj. W jednej z pierwszych scen przyglądamy się bohaterce Wściekłości i wrzasku Joasi (Agnieszka Żulewska), która staje przed koniecznością opuszczenia bezpiecznego, zamkniętego pokoju i wyjścia do rzeczywistości. Płacze i jest przerażona, a jej zachowanie małego dziecka oraz kostium przypominający błony płodowe przywodzą na myśl największą ludzką traumę – poród.

Wyjście do rzeczywistości to wyjście do światła, które potrafi czynić rzeczy straszne – wydobywać kolory, zmuszać do działania, ukazywać świat w całej jego ohydzie.

Kult światła wyznają też twórcy serialu Wściekłość i wrzask. Dla nich światło to pełna kontrola. W świecie, który tworzą, największą zbrodnią jest anonimowość, wyjście z domu bez dokumentów. Robertowi Roburowi powierzają zadanie napisania ostatniego odcinka serialu, który ma być zwieńczeniem ich wiekopomnego dzieła – narzucenia społeczeństwu absolutnego relatywizmu moralnego. W tym momencie zaczyna się gra w kotka i myszkę – Robert jednocześnie chce i nie chce podjąć się tego zadania, firma zaczyna go prześladować, a wszyscy ludzie wokół sprawiają wrażenie albo wciągniętych w spisek, albo będących jego ofiarami. Przy czym nie wiadomo dokładnie gdzie i czy w ogóle gdzieś przebiega granica między rzeczonym spiskiem a szaleństwem bohatera.

Tam, gdzie są odpowiedzi

Na tym tle zaskakujące jest zwieńczenie spektaklu. W ostatnim akcie znika ekran i przenosimy się gdzieś do (prawdopodobnie) łemkowskiej wsi, pośród bohaterów ubranych w tradycyjne stroje.

Z psychodelicznego świata spektaklu zostają tylko szczątki, głównie – porozrzucane po scenie gipsowe odlewy monstrualnych rozmiarów ludzkich członków. Aktorzy witają nas okrzykiem „idźcie stąd, złe nam przynosita”.

W takiej scenerii Robert Robur bierze ślub. Zza tego sztafażu wyłaniają się jednak powoli reminiscencje dobrze znanej nam z wcześniejszych aktów rzeczywistości. Ślubu udziela Profesor Abel Zimmerman (Lech Łotocki), główny ideolog firmy produkującej Wściekłość i wrzask. Obrzęd polega na tym, że wszyscy uczestnicy piją tajemniczą miksturę, po której tracą władzę nad własnym ciałem. Złe, o którym mowa jest na początku aktu, zostało już przyniesione, a z ponowoczesnej rzeczywistości nie ma ucieczki, powrót do tradycyjnej wspólnoty jest niemożliwy. Dobitnie podkreślone jest to w zwieńczeniu spektaklu, kiedy na scenę wraca uparte, drażniące oko, złowrogo mrużąc powiekę. Być może to jest właśnie ostatni odcinek Wściekłości i wrzasku, napisany przez Roberta Robura. A być może stosowniej byłoby przyjąć interpretację, którą w sposób dosłowny podsuwa sam spektakl – „odpowiedzi są tam, gdzie zaczynają się pytania”. I pozostać przy intuicyjnym odbiorze Roberta Robura jako senno-narkotycznej wizji cierpiącego umysłu, o czym wspomniałam na początku. Światłem stroboskopowym (ani żadnym innym) się nie zrażać.

Robert Robur, reż. Krzysztof Garbaczewski, Teatr Rozmaitości w Warszawie

***

Jolanta Nabiałek absolwentka filologii polskiej i kulturoznawstwo na Uniwersytecie Wrocławskim. Przez lata związana była z Internetowym Magazynem Teatralnym „Teatralia”. Współpracowała z wrocławską Fundacją Centrala 71, organizując comiesięczne spotkania z dramatem czytanym. Jej najnowszy projekt to fanpage „Nie więcej niż pięć linijek”, na którym publikuje mikrorecenzje książek.

**Dziennik Opinii nr 170/2016 (1370)Jacek-Melchior-Kochanek

Bio

Jolanta Nabiałek

| Filolożka i kulturoznawczyni

Absolwentka filologii polskiej i kulturoznawstwa na Uniwersytecie Wrocławskim. Przez lata związana była z Internetowym Magazynem Teatralnym „Teatralia”. Współpracowała z wrocławską Fundacją Centrala 71, organizując comiesięczne spotkania z dramatem czytanym. Jej najnowszy projekt to fanpage „Nie więcej niż pięć linijek”, na którym publikuje mikrorecenzje książek.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.