Teatr

Neron i inne biesy

neron-wiktor-rubin

Głoszę chwałę, choć chwalę raczej mało. Jolanta Nabiałek o „Biesach”, „Sprawiedliwości” i „Neronie”.

Ruchy rewolucyjne, PZPR-owski aparat władzy, narcystyczny satrapa – diabeł niejedno ma imię i może się wcielać w bardzo różne postaci. Tak przynajmniej ująłby to głoszący kazanie ksiądz. W teatrze zło jest problematyzowane, niejednoznaczne i nieoczywiste. Chwała za to teatrowi. A co tam, chwała nawet Natalii Korczakowskiej, mimo że jej Biesy są raczej niestrawne.

Chwała także Michałowi Zadarze, któremu w Sprawiedliwości udało się zaproponować całkiem nową formułę teatru zaangażowanego, a także chwała Wiktorowi Rubinowi, który w Neronie próbował nas chyba nieco zgorszyć, ale raczej nas trochę ululał.

Kto artystce zabroni

Natalia Korczakowska ostatnio buduje swoją markę na realizacjach scenicznych twardej prozy. Nie tak dawno sięgnęła po prozę z gatunku zapomnianych, z czego wyszedł jej całkiem niezły Berlin Alexanderplatz. Naprawdę nic nie wskazywało na to, że doświadczoną, utalentowaną reżyserkę przygniotą Biesy.

Wspólnota bezradnych

Postaram się nie robić zbyt długiego wstępu, bo Dostojewskiego każdy zna. Biesy to opasła powieść, mieszcząca przytłaczającą ilość wątków i w sumie, żeby poruszyć wszystkie, trzeba by było zdecydować się na spektakl à la Krystian Lupa. Korczakowska próbowała tego dokonać w zaledwie trzy godziny i w sumie powinnam być jej wdzięczna, bo sześciu godzin tej sieczki raczej bym nie wytrzymała.

Pochwalić należy aktorów i aktorki. Jako dyrektorka artystyczna Studio, Korczakowska odświeżyła zespół, co jej się teraz zwraca z nawiązką. Halina Rasiakówna, Bartosz Porczyk czy zawodowy tancerz Robert Wasiewicz to perły w koronie teatru. Tym razem także cała obsada świetnie się sprawdziła – wszyscy, bez wyjątku. Wielkie brawa.

Co do reszty spektaklu, można to ująć w dwóch słowach: chaotycznie i efekciarsko.

Zaczyna się całkiem nieźle, w ogóle – część przedstawienia do przerwy najbardziej nadaje się do ocalenia. Scenograficzny miks niemalże norweskich, pustych, białych przestrzeni z pojedynczymi symbolami „rosyjskości” (samowar!) robi wrażenie. Podobnie jak rozmowa pani Szygalow (Halina Rasiakówna; u Korczakowskiej Szygalow jest kobietą) z gubernatorem von Lembke (Bartosz Porczyk). Szygalow chce zwrotu swoich notatek do pisanej przez nią rewolucyjnej utopii, Lembke zarekwirował je jako dowód w sprawie dotyczącej kółka rewolucjonistów. Nerwowość i rozkojarzenie Szygalow w zestawieniu z technokratyczną diabolicznością von Lembkego wciągają, zmuszają do zastanowienia się, kto jest górą w tym starciu osobowości.

Pięknie poprowadzona jest też postać szalonej Marii Lebiadkin (Monika Obara), nieszczęśliwej ofiary problemów osobowościowych swojego męża oraz brata. Wrażenie robi monolog Nikołaja Stawrogina (Krzysztof Zarzecki) o uwiedzeniu 12-letniej dziewczynki. Właściwie to jedyny moment, w którym Korczakowska oddaje przemyślenia Dostojewskiego na temat istoty nihilizmu, jego mrocznego, bolesnego uroku.

Lupę boli sumienie i ja to rozumiem

A poza tym jest nudno i bez sensu. Okrągłe zdania na temat rewolucji przeplatają się z okrągłymi zdaniami na temat etyki i nic z tego nie wynika, poza kilkoma banałami. Pachnie w spektaklu nie tylko rewolucją październikową, o której Dostojewski, pisząc Biesy, wiedzieć nie mógł, ale to całkiem uprawniona kontynuacja jego przeczuć. Pachnie również sowiecką Rosją, która Dostojewskiemu raczej się nawet nie śniła, ale Natalia Korczakowska ma większą niż on wiedzę na ten temat, dlatego bez żenady wrzuciła na scenę kulturowe symbole ZSRR w postaci niedziałającego telewizora i zdezelowanych, metalowych krzeseł. Dość daleko posunięta, choć w ogóle nierozwinięta, interpretacja dzieła. No, ale kto artystce zabroni.

Nikt też nie zabronił jej ani sięgania po monumentalną prozę bez najmniejszego na nią pomysłu, ani szafowania efekciarskimi rozwiązaniami scenicznymi, które nie dodawały sensu spektaklowi. Zamieniła więc Biesy w bełkotliwą sieczkę.

Korczakowska: Obecna władza panicznie boi się wolności

Reżyserskie śledztwo

Porzucamy Rosję, by przenieść się do Polski. Mamy rok 1968, z naszego kraju na skutek działań państwa wyjeżdża, czy, mówiąc ściślej, zostaje wypędzonych, około 13 tysięcy Żydów.

Wszyscy to znamy z historii do znudzenia, choć, jak się okazuje, rozliczeni z tym wcale nie jesteśmy. Michał Zadara w Sprawiedliwości postanawia dociec sprawiedliwości i proponuje nam coś na kształt reżyserskiego śledztwa. Jak to możliwe, jak to się stało, czy ktoś poniósł za to odpowiedzialność?

Uwaga! Posłanka PO odpowiedzialna za zbrodnie przeciwko ludzkości!

Kindze Dunin śledztwo Zadary nie przypadło do gustu, a mnie – owszem. Sam pomysł wydaje mi się nowatorski i świeży. Nie czepiałabym się, jak Kinga, szczegółów (w wersji spektaklu, którą widziałam, zespół nie mówi, że po wypędzeniu Aleksander Ford nie nakręcił już żadnych filmów, tylko żadnych znaczących) i odpuściła sobie definiowanie prawdy. Oczywiście, spektakl głosi dumnie, że mowa w nim jest tylko o faktach. Oczywiście, są to nie tylko fakty, ale przede wszystkim interpretacje. Jednak na tyle precyzyjnie uargumentowane (np. w kwestii porównania rozwiązań prawnym zastosowanych wobec polskich obywateli żydowskich do ustaw norymberskich), że moim zdaniem nie może być mowy o nadużyciu. Podkreślić chcę także fakt, że żadne oskarżenie ze sceny nie jest rzucone w kierunku osoby, której, jeśli żyje, nie poproszono o zabranie stanowiska.

Za losy polskich Żydów w latach 1968-1971, kiedy nastąpił ich masowy exodus, twórcy i twórczynie odpowiedzialnymi czynią: polskie władze, pracodawców zwalniających Żydów z pracy, dziennikarzy i dziennikarki piszących szkalujące artykuły, celników i celniczki rabujących ich mienie na granicy oraz atmosferę, na którą składały się wrogie reakcje tzw. zwykłych ludzi.

„Władze były świadome polskiego antysemityzmu, a mimo tego go użyły” [rozmowa z Andrzejem Paczkowskim]

Spośród wyżej wymienionych sprawców i sprawczyń do odpowiedzialności da się dzisiaj pociągnąć troje. Reszta albo nie żyje, albo nie da się wykazać ich współudziału. Ta trójka natomiast w omawianych czasach parała się dziennikarstwem i popełniła haniebne, antysemickie artykuły. Wśród nich jedna z dziennikarek napisała tekst kwalifikujący się raczej do włączenia do repertuaru kabaretowego niż pod sąd, inny dziennikarz jest niewidomy i stracił pamięć. Pozostaje jedna osoba. Iwona Śledzińska-Katarasińska, dzisiejsza gwiazda opozycji, autorka dwóch żenujących antysemickich tekstów. Nie najważniejszych, nieopublikowanych w żadnym znaczącym tytule, ale jednak. Co z tym fantem zrobić? Zwłaszcza w świetle tego, że, jak wykazują twórcy i twórczynie, nagonka na Żydów z lat 1968-1971 kwalifikuje się jako zbrodnia przeciwko ludzkości. Mówiąc krótko, Zadara zastanawia się, czy Śledzińska-Katarasińska nie powinna być oskarżona jako odpowiedzialna za zbrodnię przeciwko ludzkości. A to, w przeciwieństwie do zarzutu o znieważanie i szkalowanie, czym w istocie były jej artykuły, się nie przedawnia. W związku z tym należałoby… nie zdradzę, co by należało, bo to jest całe clou spektaklu.

„Boli mnie fakt, że zostałem zmuszony do wyjazdu”

Podoba mi się elegancja, z jaką spektakl został przygotowany. Żadnych plugawych oskarżeń, żadnych personalnych wycieczek, jedynie rozważania prawne i etyczne. Śledzińska-Katarasińska, choćby bardzo chciała, nie wygra procesu o zniesławienie, gdyby taki planowała. Do tego pewne skrupuły – czy należy podsuwać obozowi rządzącemu nóż, którym może okaleczyć opozycję? Czy należy skupiać wzrok na jedynej osobie, która publicznie przyznała się i przeprosiła za swój wkład w nagonkę na Żydów? Czy to czasem nie jest kreowanie kozła ofiarnego? I do tego forma spektaklu – połączenie formuły śledztwa, programu publicystycznego i konferencji naukowej. Dla mnie bomba.

Dajcie nam zeżreć prawdziwe płody

A teraz przenieśmy się do Rzymu i cofnijmy o parę lat, choć w sumie to nie musimy, bo mowa będzie o spektaklu niezwykle współczesnym. W Neronie Wiktora Rubina jest bardzo dużo gołych pup, penisów i piersi. Można też sobie zjeść ciasteczko w kształcie ludzkiego płodu i poczuć się jednym z pierwszych chrześcijan, bo dla chętnych są miejsca na krzyżach. Niby fajnie, a jednak trochę nudno.

Najciekawsza w całym przedsięwzięciu jest dogłębna analiza narcyzmu. Grany przez Michała Czachora Neron jest fascynująco obleśny, nihilistyczny, zakochany w sobie ze znacznym przekroczeniem granicy śmieszności, pewny swej wielkości, a jednocześnie zupełnie jej niepewny, niestabilny w swej męskości, uwikłany w relacje z matką (w roli Agrypiny Julia Wyszyńska). I to by było na tyle, bo mimo że twórcy i twórczynie, jak głoszą materiały promocyjne spektaklu, zafascynowali się współczesnymi technikami sprawowania władzy, to w spektaklu tego raczej nie widać. Widać pupy, piersi, penisy i ogromną chęć przekraczania dawno przekroczonych granic, choćby cielesnego kontaktu z widzem.

Kilka scen zasługuje na odnotowanie – konkurs na jak najszybsze zjedzenie wspomnianych ciastek w kształcie płodów, Agrypina decydująca się na śmierć z przejedzenia czy symbolizująca niepopularną wśród starożytnych elit cnotliwość Oktawia (Magdalena Koleśnik), chodząca z workiem na głowie i strofowana przez swoją matkę-nimfomankę Messalinę (Anna Ilczuk). A poza tym – no cóż – nuda.

Może to tak jak z Neronem, który chciał przygotować najwspanialszą ucztę świata, ale cały czas się bał, że goście nie będą się dobrze bawić mimo pięknego oświetlenia ogrodów płonącymi chrześcijanami. Wiktor Rubin i autorka scenariusza Jolanta Janiczak być może chcieli przygotować najbardziej perwersyjne i przekraczające granice przedstawienie, ale żeby tą metodą wywrzeć wrażenie na współczesnym, zblazowanym, nihilistycznym widzu (i widzce), musieliby chyba naprawdę spalić na scenie jakiegoś chrześcijanina (lub chrześcijankę). Same ciasteczka w kształcie płodów, jakkolwiek urocze i zabawne, nie wystarczą. Dajcie nam zeżreć prawdziwe płody albo…

… albo szukajcie tego, czego jeszcze nie było w mniej oczywistych obszarach. Bo spośród trzech spektakli, o których powyżej pisałam, w jakikolwiek sposób świeży i odkrywczy był ten, w którym, jako w jedynym, nie było gołych ciał i uporczywego łamania tabu. Było za to inteligentnie, z pomysłem i z argumentami. Taki inteligentny, oszczędny w środkach i ideologiczny teatr to dobra rzecz na te czasy.

Żądam patosu!

Biesy, reż. Natalia Korczakowska, Studio teatrgaleria w Warszawie
Sprawiedliwość, reż. Michał Zadara, Teatr Powszechny w Warszawie
Neron, reż. Wiktor Rubin, Teatr Powszechny w Warszawie

Bio

Jolanta Nabiałek

| Filolożka i kulturoznawczyni
Absolwentka filologii polskiej i kulturoznawstwa na Uniwersytecie Wrocławskim, słuchaczka podyplomowych gender studies w IBL PAN w roku 2017/2018. Publikowała w Internetowym Magazynie Teatralnym „Teatralia” i w Dzienniku Teatralnym. Obecnie zajmuje się promocją w Wydawnictwie Krytyki Politycznej. Prowadzi fanpage „Nie więcej niż pięć linijek”, na którym publikuje mikrorecenzje książek.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.