Teatr

Dyrektorka teatru ogląda „Artystów”

W serialowym Teatrze Popularnym każdy zajęty jest wyłącznie sobą.

Ja chyba pracuję w innym zakątku teatralnej branży, myślałam oglądając Artystów – emitowany w telewizji publicznej (i wciąż dostępny w internecie) serial duetu Strzępka (reżyseria) / Demirski (scenariusz). Wiem, podobne miejsca istnieją i mają podobne problemy, może nie wszystkie naraz, a twórcy czerpali garściami z własnych i cudzych doświadczeń. Ale serial ten przedstawia tak przygnębiający obraz polskiego teatru, że zastanawiam się, jak trafna jest to diagnoza, jak zasłużona (choć pewnie nie do końca zamierzona) krytyka. Czy nasze sceny publiczne to rozpadające się budynki i skłócone zespoły, folwarki cynicznych urzędników żerujących na braku silnych liderów i dobrych procedur? Wcale nie tak trudno znaleźć ludzi teatru (z bardzo różnorodnych światów artystycznych), którzy zupełnie inaczej mówią o swojej pracy: trudnej, niepozbawionej kłopotów, ale jednak dającej satysfakcję nie tylko im samym, ale całym zbiorowościom, zespołom twórczym, pracownikom, wreszcie widzom.

Serial jest tak skonstruowany, że w miarę oglądania rośnie nasze przeczucie nadciągającej katastrofy. Przewidywałam kilka bardzo złych zakończeń, od klamry w postaci kolejnego samobójstwa dyrektora po zamknięcie teatru. Myślę, że Teatr Popularny, którego losy śledzimy w serialu. prędzej czy później przestanie istnieć. Mnożące się, całkowicie zasłużone kryzysy, brak systemowego podejścia, które pomagałoby je rozwiązywać i zapobiegało następnym, wreszcie bezradność wobec wrogiego świata i koncentracja na sobie (w sensie zbiorowym i jednostkowym) odbierają teatrowi rację bytu.

Teatr instytucjonalny ma dwa podstawowe zadania: produkcję przedstawień (proces twórczy i równolegle organizacyjny) oraz ich eksploatację – czyli regularną prezentację publiczności (praca kreatywna i organizacyjna). W Teatrze Popularnym obserwujemy tylko pierwsze z tych zadań – realizację premier, głównie od strony procesu twórczego, choć drobne aspekty produkcyjne także są ukazane. W ogóle nie widzimy olbrzymiej strony działalności teatru, jaką jest układanie repertuaru, zdobywanie widowni i codzienne granie spektakli – pracy trudniejszej i dużo mniej ekscytującej, a jednak bazowej, nadająca teatrowi sens.

Wbrew ekranowej wizji codzienność teatru napędzają raporty przedsprzedaży i wpływy do kasy, starania o widza, próby wznowieniowe, montaże i demontaże scenografii, cowieczorna charakteryzacja i wychodzenie na scenę, by przekonać się, czy spektakl po raz kolejny „zażre”, czy zostanie skwitowany brakiem emocji po drugiej stronie.

Czy Teatr Popularny gra dużo czy mało? Bo to też ma ogromny wpływ na kondycję instytucji. W ogóle jakiej wielkości jest to teatr? Na oko wygląda na scenę z widownią na 300 miejsc. W Warszawie mamy takich około pięciu. Jak Popularny wygląda na tle pozostałych scen tego miasta? Skonstruowanie serialowego teatru z doświadczeń instytucji z całej Polski, a następnie umieszczenie go w stolicy sprawia, że otrzymujemy obraz daleki od rzeczywistości. A jest ona taka, że teatr w Warszawie i teatr w każdym innym miejscu w Polsce to zupełnie różne światy. Inna praca, inne wyzwania i trudności, inne sukcesy. Więc decyzja o umieszczeniu akcji w stolicy ma konsekwencje szersze niż tylko nawiązanie do reprywatyzacji nieruchomości czy zamykania scen. I znowu – konsekwencje te dotyczą aspektów w serialu niepokazanych. To konkurencja nie tylko z innymi teatrami, ale przede wszystkim z setkami innych sposobów spędzania wolnego czasu, którego jest mniej, bo dalej się mieszka i dłużej dojeżdża. Konkurencja w informacji – jak sprawić, by napisano czy powiedziano właśnie o nas, gdy o teatrze prawie się nie pisze i nie mówi. Konkurencja o aktorów, którzy wydatnie korzystają z szerokich możliwości centrali polskiego szołbiznesu i rzucają rolami wcale nie dlatego, że urażono ich ambicję.

Nieobecność widza w Artystach jest chyba najbardziej symptomatyczna. W serialu widzimy kilka przedstawień premierowych, widownia jest zapełniona, ale rozumiemy też, że to nie jest publiczność, która w teatrze znalazła się na mocy własnej decyzji o spędzeniu tam wieczoru. Widzimy widzów ściągniętych w ostatniej chwili, którzy ratują sytuację, widzów podstawionych, którzy demonstrują przeciwko, widzów zaproszonych, dla których obecność na premierze to jeszcze jeden zawodowy obowiązek – właściwie wszyscy przedstawieni widzowie są w teatrze z konieczności lub obowiązku. Nie widzimy takich, którzy przyszli do teatru z własnej woli. A właściwie widzimy jedną taką osobę, w ostatniej scenie serialu. Starszą panią, która bez lęku przedziera się przez kordon kibiców i policjantów, by zakupić bilet na godz. 19.

To zakończenie demonstruje beznadziejny optymizm – wiarę, że teatr nie zginie, bo zawsze będzie widz gotowy spędzić w nim wieczór. Obserwacja przemian kulturowych każe zachować większą ostrożność w przewidywaniu przyszłości. Jednak na co dzień coraz więcej wysiłku musimy wkładać w przekonywanie społeczeństwa, że warto wybrać teatr.

Być może najtrudniejszym czekającym ludzi teatru zadaniem jest praca na rzecz utrzymania statusu teatru jako sztuki, która cieszy się żywym odbiorem, i jako sposobu spędzania czasu, rozwoju osobistego, budowania kompetencji społecznych i kulturowych.

Skoro mowa o ludziach teatru i pracy, popatrzmy, jak Artyści pokazują ten aspekt życia teatralnego. Na ekranie widzimy teatr, w którym nikt nie działa w sposób, który można uznać za zawodowy. Dyrektor nie zna szczegółów funkcjonowania instytucji, nie zna przepisów, ma wiele momentów bezradności, podejmuje decyzje impulsywnie lub unika ich podejmowania, boryka się z wynikającymi z tego kryzysami. Z jednej strony ma bardzo dobre usprawiedliwienie: jest debiutantem, ma prawo do błędów, brak doświadczenia nadrabia entuzjazmem. Ale z drugiej strony jego kompetencje są co najmniej dyskusyjne. Uczy się na błędach, ale jest to jeden rodzaj nauki, polegający na przyjmowaniu reguł gry otoczenia. Nie stara się być sprawczy, narzucać własnych zasad i egzekwować ich, nie umie korzystać z władzy, by osiągać wyznaczone cele. Próbę poznania granicy własnych możliwości kończy na pijackim przemarszu przez miasto, a mógłby choćby spotkać się z prawnikiem pracującym dla teatru i dowiedzieć, co mu wolno. Ten brak potrzeby organizowania rzeczywistości, choć niewątpliwie przydarza się dyrektorom, zwykle prowadzi na manowce zarówno teatr, jak i ich samych.

Pozostałe postaci również objawiają symptomy braku zawodowstwa, za to mają nadmiar emocji związanych z pracą. Dyrektor ekonomiczny nie rozumie kontekstu swojej pracy, podejmuje decyzje dla teatru niszczące (przysłowiowy „menedżer po SGH”). Księgowa na silnych lekach boi się miejsca i ludzi. Pracownicy techniczni wykonują scenografię na podstawie źle odczytanych planów. Aktorzy dziwią się reakcjom widzów, kwestionują propozycje reżyserów, spierają między sobą. Najlepiej relacjami w zespole zarządzają sprzątaczka, bufetowa i portier.

Te zdarzenia i sytuacje niewątpliwie zostały wzięte z rzeczywistości. Prawda, którą nam przekazują – że w teatrze nie można działać technicznie, egoistycznie, potrzeba ludzkiego podejścia, wspólnoty, uważności na ducha (duchy) właściwego tej sztuce – nie spotyka się nigdzie z obrazem dbałości o tego ducha czy tę wspólnotę. Każdy zajęty jest wyłącznie sobą. Dobitnie pokazuje to język postaci, które swoje wypowiedzi zaczynają przeważnie od „ja”.

Jeżeli teatr ma uratować wspólnota (co próbuje pokazać ostatni odcinek serialu), to trzeba dużo więcej mozolnej, codziennej pracy niż romantyczny zryw w obliczu zagrożenia.

Jeżeli teatr ma uratować wspólnota (co próbuje pokazać ostatni odcinek serialu), to trzeba dużo więcej mozolnej, codziennej pracy niż romantyczny zryw w obliczu zagrożenia. Potrzeba też – tego słowa świat artystyczny boi się najbardziej – zarządzania: ludźmi, procesami, wiedzą.

Bardzo widoczne jest, że w Teatrze Popularnym nie uzgadnia się spraw. To dziejowo sprawdzona, skuteczna metoda organizowania pracy tak, by udawały się powzięte zamiary. W serialu nie widzimy procesu planowania ani podejmowania decyzji, przeważnie ktoś decyzję oznajmia lub widzimy już konsekwencje. Dyrektor na co dzień pracuje wyłącznie z sekretarzem, a raczej przyjmuje za dobrą monetę wszystko, co tamten robi. Pracownicy demonstrują efekty swoich działań. Nie ma zebrań, narad, omówień, konsultacji, wymiany maili – jednak chleba powszedniego w świecie złożonych organizacji. W tym świetle żaden problem, z jakim borykają się bohaterowie, nie wydaje się dziwny ani zaskakujący. Wszyscy zasłużyli na kłopoty, działając na własną rękę.

Popularny jest teatrem miejskim, stołecznym. Niemal w każdym odcinku widzimy sceny, w których urzędnicy na różne sposoby wpływają na jego działalność. Jest to wpływ przeważnie negatywny, polegający na zmniejszaniu dotacji, próbach decydowania o kolejnych premierach, zatrudnienia konkretnych osób, czy wreszcie na decyzji o samym istnieniu teatru. O takich lub podobnych sytuacjach słyszymy nieustająco z różnych miejsc w Polsce, budzą nasze oburzenie i chęć protestu przeciwko nadużyciom władzy. W końcu prawo gwarantuje instytucji artystycznej i jej dyrektorowi dużą autonomię, urzędnik nie decyduje o tym, kogo dyrektor ma zatrudnić czy jakie spektakle realizować; teoretycznie istnieje także gwarancja finansowania. To oczywiście zabrzmi banalnie, ale w praktyce wszystko zależy od ludzi, ich wiedzy, kompetencji, umiejętności, celów, nastawienia. Są też w tym kraju miasta, gdzie aktualnie sprawujący mandat urzędnicy rozumieją teatr i nie działają na jego szkodę.

Drugą, mniej chętnie dostrzeganą stroną medalu jest fakt, że tak samo jak z urzędnikami bywa z dyrektorami. Jedni postrzegają władzę jako złą siłę, która z zasady niszczy sztukę i ogranicza wolność twórczą. Inni widzą w niej nieuniknionego partnera, z którym trzeba współpracować, i rozumieją, że często mają większy wpływ na jakość tej współpracy, niż to się może wydawać w powszechnym postrzeganiu. Jedni bez szemrania poddają się wpływom, inni walczą z uporem godnym lepszej sprawy, jeszcze inni podejmują negocjacje z wiarą lub wiedzą, że kompromis to właściwie jedyne dopuszczalne zwycięstwo. Jednoznacznie negatywny obraz władzy w serialu jest raczej tendencyjny, co wbrew pozorom nie przysparza chwały samemu teatrowi. Po obu stronach tej sztucznie tworzonej barykady stoją ludzie wykształceni w jednym systemie edukacyjnym, wychowani w jednej kulturze, powodowani często tymi samymi pobudkami: chęcią dokonania zmiany, pragnieniem władzy czy wiarą we własne kompetencje. Bywa, że różnią się gustem, systemem wartości, ale naprawdę nie sposób jednoznacznie ocenić, kto z nich ma rację, a kto zasługuje na potępienie.

Serial to wizja jego twórców. Ja pozwalam sobie oceniać rzeczywistość, jaką przedstawia, opierając się na tym, że tak wiele znalazło się w nim prawdy: udokumentowanych lub przekazanych w anegdocie sytuacji, które miały miejsce w Polsce w ciągu ostatnich lat. Moją niezbyt pochlebną ocenę można oczywiście skwitować argumentem, że Artyści to opowieść o nieszczęsnym teatrze w ponurym świecie. Niech zatem będzie, że inną, jaśniejszą opowieścią o teatrze jest codzienna praca bardzo wielu teatralnych zawodowców i amatorów – porządkowanie rzeczywistości, dbanie o ludzi, szacunek dla twórczości, służenie widzom.

Joanna Nawrocka – teatrolożka, menedżerka teatru. Od 2010 roku dyrektorka Teatru Ochoty – Ośrodka Kultury Teatralnej w Warszawie. Pracowała w Teatrze Narodowym, Instytucie Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego, Szwajcarskiej Fundacji dla Kultury Pro Helvetia oraz w Stowarzyszeniu Studio Teatralne Koło. Doktorantka Studiów Doktoranckich na Uniwersytecie Humanistycznospołecznym SWPS. Praktycznie i teoretycznie zajmuje się zarządzaniem w kulturze w sferze publicznej i pozarządowej, politykami kulturalnymi, miejscem teatru w kulturze i społeczeństwie, komunikacją z odbiorcami kultury.

 

**Dziennik Opinii nr 342/2016 (1542)

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.