Sztuki wizualne

Pamięć to potężne i groźne narzędzie dla reżimów

Patrycja Dołowy

Polscy sąsiedzi mówili do siebie: „Wojna wojną, ale chwała Bogu, że Niemcy zrobią w końcu w Polsce z Żydami porządek”. Czy będzie jeszcze wolno o tym w Polsce pisać? – PiS-owska ustawa o IPN z góry nadpisuje prawo na jakiś fantazmat, „naród”, i robi się problem. Bo w narodzie są i mordercy, i kolaboranci, i sprawiedliwi, i ci, którzy byli obojętni – pisze artystka, pisarka i działaczka społeczna Patrycja Dołowy.

No i się rozlało. A ja nie mogę przestać myśleć, jak łatwo było zniszczyć tę żmudną, delikatną, subtelną robotę, która wymagała tylu lat czułości i wysłuchania, by powoli i cicho zaczynały pojawiać się niewypowiadane wcześniej słowa, odsłaniać spychane w niebyt znaczenia, wracać szepty z dna szafy. Chodzi oczywiście o ustawę o IPN i to, co po niej nastąpiło.

Chcieliście polskich obozów koncentracyjnych, no to je macie

Problem polega na tym, że ludzie przez wiele lat bali się mówić o tym, o czym teraz nie będzie im już wolno mówić. Obowiązujące narracje nie dopuszczały niczego, co nie mieściło się w ich granicach. A w przypadku żydowskich historii jest jeszcze strach związany z powszechnym antysemityzmem. Nie mówiło się o nim, nie uczyło w szkole. Przyjmowało się postawę, że lepiej milczeć. Efektem tego są kompletnie nieprzerobione przez naszą zbiorowość sprawy, które powodują, że nie jesteśmy w stanie funkcjonować w Polsce bez głęboko ukrytego poczucia winy czy wstydu, które często wypływa w postaci jawnej nienawiści i rozlewa się na różne sfery naszego życia. Władze w różnych momentach potrafiły to wykorzystać, bo to słabość zbiorowości – łatwo się nią zarządza, prowokuje, antagonizuje. Ale bardzo żmudna, oddolna, delikatna i uważna praca z pamięcią prowadzona w wielu miejscach w Polsce przez ostatnie 30 lat dawała nadzieję i przynosiła zmiany, zwłaszcza lokalnie.

Niezdolni do wstydu

Co stanie się dzisiaj, po nowelizacji ustawy o IPN? Ponowne nałożenie lęku na ujawnianie historii spowoduje de facto powrót cenzury. „Czy na pewno pamięć to coś, co jest udokumentowane?”. W „dużej” historii, w dokumentach i w materialnych świadectwach, wszystko to, co nie pasuje, jest bowiem szybko eliminowane – na tym polega problem i trudność pracy ze świadectwami. Tam, gdzie władza narzuca kontrolę tego, co może być wypowiedziane, napisane czy w inny sposób przedstawione, eliminować jest najłatwiej.

Najprościej ten mechanizm analizować, gdy jest się na zewnątrz zbiorowości. Ja miałam okazję przyglądać się temu, gdy z Pawłem Passinim pracowaliśmy nad spektaklem Dziady. Twierdza Brześć na Białorusi kilka lat temu. Jeżeli w ustawie przeforsowanej przez PiS chodziłoby rzeczywiście o możliwość interwencji w sytuacjach, w której ktoś jest wbrew faktom szkalowany, to przecież dysponujemy już prawnymi mechanizmami, by w takich sytuacjach interweniować i domagać się sprawiedliwości. Tymczasem ustawa o IPN z góry nadpisuje prawo na jakiś fantazmat – naród – i robi się problem. Bo w narodzie są i mordercy, i kolaboranci, i sprawiedliwi, i ci, którzy byli obojętni. Pewna (znacząca) część polskiego narodu jest między innymi współodpowiedzialna (czynem lub zaniechaniem) za zbrodnie popełnione na tych terenach przez III Rzeszę, a mówienie o tym jest ważne – właśnie dlatego, żebyśmy mogli wreszcie sami sobie (jako zbiorowość) przebaczyć i zacząć budować, a nie niszczyć i dzielić.

Od 2011 roku zakopuję w przestrzeni miast małe obrazki: Widoczki. Każdemu z nich towarzyszą urywki historii – tych przemilczanych, nieopowiadanych, takich, które funkcjonowały tylko w czterech ścianach domów (lub nawet tam nie). U mnie w rodzinie też tak było. Ja zawsze podskórnie wiedziałam, że to są takie historie, których nie należy opowiadać na zewnątrz. Że to są tylko takie NASZE rodzinne historie. Lecz jak dorosłam, zaczęłam dostrzegać strzępy podobnych opowieści: u innych ludzi, w innych rodzinach, to tu, to tam.

Gdy chodziłam ulicami mojego miasta (nie było jeszcze wtedy na warszawskim Muranowie Muzeum POLIN, które zmieniło obecność żydowskich narracji w dzielnicy, ale to na inną opowieść) – nic tam nie było na wierzchu. Moje miasto (jak wiele innych miast w Polsce) było uderzająco dziwnie podzielone. Jakby przecięte grubą kreską. Po jednej stronie tej kreski były polskie pomniki, kwiaty, znicze, nazwy wielkich ulic, bohaterów i placów – historia, której uczestnicy zostali uobecnieni, a po drugiej stronie – cisza. Bezimienność. Właściwie nic namacalnego. Mur getta, choć nie ma go już od dawna, nadal wyznaczał strukturę miasta – odgradzał pamięć od niepamięci.

J.T. Gross: Postawcie pomniki wywiezionym z miasteczek Żydom zamiast Kaczyńskiemu

Czułam, że te historie gdzieś są: pochowane pod ziemią, wyłażące piwnicznymi okienkami, duszące się na strychach. Sięgnęłam po dziecięcą zabawę w chowanie sekretów. Śliczne obrazki – kompozycje z wstążek, kwiatków, świecidełek – układa się w tej zabawie pod szkiełkiem, przysypuje ziemią, odsłania na chwilkę, woła się koleżankę, podziwia, a potem zakopuje i właściwie więcej już się do tego nie wraca. I nie pamięta się, gdzie to było schowane. A nawet jeżeli, to te kwiatki więdną, wstążeczki blakną… A jednak ważny jest moment, kiedy zakopywałyśmy nasz widoczek i świadomość, że teraz on już tam jest. Że już żyje w tkance miasta, rozkłada się, przenika ziemię.

Dziś ja zdejmuję odlewy gipsowe ze swojego ciała i łączę je z fotografiami, skrawkami fotografii, skrawkami historii – tych, co się ich nie opowiada. Zakopuję te kawałki w przestrzeni miast. I paradoksalnie przez ten akt chowania (w ziemi) historie zaczynają się ujawniać. Przychodzą do mnie ludzie ze swoimi skrawkami historii. I nagle okazuje się, że tych historii jest bardzo dużo, całe morze, że łączą się i przenikają, potwierdzają nawzajem.

Potem poszliśmy jeszcze dalej i z Pawłem Passinim, Zuzą Srebrną, Marią Porzyc i resztą netTheatre zbudowaliśmy przestrzeń do słuchania – performance Kryjówka, w którym różne historie – te o winie, ofierze, milczeniu – mogły się ze sobą bezpiecznie spotkać i wsłuchać w siebie nawzajem. Każdy spektakl to spotkanie, tak jak każdy akt zakopania widoczka jest spotkaniem z przemilczanymi opowieściami. Praktyka słuchania, która wiąże się z szacunkiem i pamiętaniem, jest oddolną, często niełatwą pracą, bez spektakularnych, szybkich efektów. Słuchanie to początek rozmowy. Za nim idzie przywracanie pomijanych narracji, ułatwiające wzajemne zrozumienie.

Więc jeżdżę po Polsce i słucham ludzi. Mieszanka ich poczucia niesprawiedliwości i nieprzepracowanych wydarzeń z przeszłości to moim zdaniem klucz do zrozumienia wielu współczesnych antagonizmów. Na takim gruncie duża historia musi być niebezpiecznym narzędziem, gdy służy do budowania w społecznej świadomości jednostronnych, ograniczonych obrazów – wykluczających się wzajemnie obrazów Ja i Innego (Nas i Was).

Widoczki są urywkami historii, które w bezpiecznej przestrzeni mogły się pojawiać. Nowa ustawa o IPN właśnie tę przestrzeń chce nam odebrać. Pamięć to potężne i groźne narzędzie dla reżimów. Każda władza boi się pamięci. Trzymając ludzi w okowach zamkniętych, jedynie słusznych narracji, można ich łatwo dzielić na wielu poziomach, też np. ekonomicznym. Wytłumaczeniem niedostatku, biedy czy wykluczenia zawsze nie będziemy My, tylko Oni – chciwi Żydzi czy pazerni uchodźcy.

W pamiętaniu chodzi o nigdy-nie-zapominanie, ale i o wybaczanie.

Widoczki. Pamięć miasta/pamięć ciała

– Wróciły Żydówy! – Tak je powitali sąsiedzi, gdy dotarły do miejsca, które kiedyś było ich domem. Miały za sobą getto, transport, Auschwitz, marsz śmierci, ucieczkę i długą wędrówkę. I nie, nie wyglądały jak na fotografii. Raczej skóra i kości. Bez wieści o Oli, Jakubie, Ariem, Feliksie, Szymonie, Ludku, Iśku, Józku i innych.
– Dlaczego właściwie wy nie próbowaliście uciec z łódzkiego getta?
– Ze strachu! W getcie wtedy jeszcze było bezpieczniej. Na zewnątrz czyhali na nas Polacy. W odróżnieniu od Niemców umieli nas rozpoznać bezbłędnie.

Patrycja Dołowy "Widoczki"
Fot. Patrycja Dołowy.

*
Abram był przed wojną szewcem. A po wojnie, bo udało im się przeżyć, został obwoźnym sprzedawcą butów i jeździł z tymi butami najczęściej na jednej trasie Kielce – Lublin. Jego żona zawsze strasznie się bała. Tak bardzo się bała, że nie mogła spać, nie mogła jeść, zawsze błagała, żeby nie jeździł z tymi butami. Ich mały synek Tosiek zupełnie nie rozumiał: czego ona się tak boi, przecież wojna się skończyła? Ale ona bała się tak bardzo, że w końcu zdecydowali się wyjechać z Polski na zawsze. Wrócił tylko Tosiek po latach, gdy już był dorosły, by tu zamieszkać. Kiedyś jechał pociągiem na tej samej trasie Kielce-Lublin, którą jeździł jego ojciec z butami. To było 1 listopada w święto zmarłych. Na tej trasie za Pionkami jest gęsty las. Przy lesie wzdłuż torów Tosiek zobaczył palące się jeden przy drugim znicze. Zapytał współpasażerów, o co chodzi. Nikt nie wiedział. Po kilku miesiącach, gdy był w Kielcach, znajoma przypadkiem opowiedziała mu historię. Na tej trasie, właśnie za Pionkami, pociąg stawał, wpadały do niego bandy z lasu. Gdy pociąg ruszał, chodzili po wagonach i wyrzucali Żydów. Martwe ciała wyrzuconych z jadącego pociągu ludzi leżały wzdłuż torów. Po latach jeden z morderców na łożu śmierci opowiedział tę historię swojemu wnukowi. I to właśnie ten wnuk, co roku, na pierwszego listopada, przyjeżdża i zapala światełka. Na razie tyle może zrobić.

Patrycja Dołowy "Widoczki"
Fot. Patrycja Dołowy.

 *
Miejsca przy torach kolejowych. Przytułki dla opuszczonych historii. Tu spotykają się cztery siostry, które w rzeczywistości nigdy nie wrócą na swoje miejsce. Rozjadą się po świecie. A każde miejsce, w którym będą się razem spotykać, będzie miejscem na nowo tworzonym na wizerunek tamtego. Spotkania, pociągi, powroty, niemożność powrotu. Już nigdy nie nasze miejsca. Już nigdy nie nasze, ale zawsze miejsca. A chciałoby się, by były nie-miejscami. By stały się ulotne, jak wspomnienie o nich. Tymczasem one tam boleśnie trwają. Moja Babcia mówiła, że o tym, że jest Żydówką, to się dowiedziała, jak ją do getta wsadzili, bo wcześniej to ona była po prostu stąd. A Szlomo, którego wywieźli do Kazachstanu, dopiero po powrocie:

– Abram, Saroczka, wy Żydzi, to wy żyjecie? Jak udało wam się przeżyć? – w niedowierzaniu jest nutka pretensji i lekki posmak rozczarowania.

Patrycja Dołowy "Widoczki"
Fot. Patrycja Dołowy.

*
70 lat temu Ghetto Litzmannstadt było już puste. No prawie puste. Biegały jeszcze psy. Wychudzone, wygłodzone, samotne, ale wierne. Nie dawały się udomawiać. Zostawały po kolejnych wywózkach z getta. Zbierały jakieś resztki i wracały do wiejących pustką opuszczonych rozkradzionych mieszkań swoich państwa. Jeśli nikt wcześniej nie zwinął łóżka, to kładły się w nogach i czekały cierpliwie.

I był też 6-letni chłopiec wraz z mamą i wujkiem. Mieszkali w jednym z opuszczonych mieszkań za magiczną szafą. W nocy zbierali resztki i wracali. Magiczne drzwi otwierały się. Potężna gdańska szafa była tak ciężka, że nikt, mimo usilnych prób nie dał rady wynieść jej z tego mieszkania. Wujek i mama doskonale wiedzieli o tym, konstruując kryjówkę. Długo jej wcześniej szukali. Za szafą była wnęka metr na metr. Mieściła się do niej koza, co w zimie miało być nie bez znaczenia. Miniaturowy świat. Życie w małym pudełku. Nie wiadomo, jak długo, może już na zawsze wszystko będzie takie zminiaturyzowane? I zamiast do kramu na rogu, będzie się chodzić na łowy.
– Wujku opowiedz jak mieszkałeś za magiczną szafą?
–  Za magiczną szafą? Ach za tą… – sprawiał wrażenie bardzo zdziwionego, zaskoczonego, że kogoś mogłoby to interesować. – Ot taka zwykła historia z dzieciństwa…

Patrycja Dołowy "Widoczki"
Fot. Patrycja Dołowy

*
– Dobrze tak Żydkom – słychać krzyk z czyichś ust wypełnionych kanapką ze szmuglowaną szynką, krzyk z lepszej strony drzwi od szafy. – Małe Żydki w pudełku, zapakowane laleczki. Reszta do zniszczenia. Na śmietnik. Won!

Jak ta dziewczynka z grupy Lodzika. Jej mama poszła do apteki po luminal dla niej i jej siostry, ale się skończył. I Lodzik nie wie, jak dalej potoczyła się ta historia. Może luminalu nie było, ale miły pan miał pod ladą cyjanek? Dość, że już jej więcej nigdy nie spotkał. Ani jej mamy. Ani siostry.

Patrycja Dołowy "Widoczki"
Fot. Patrycja Dołowy

*
Dziś schowałam pierwszy Widoczek. Ulica Franciszkańska 18, gdzieś tu była kiedyś Nalewki 28. Tu Fanni podała najpierw cyjanek małemu Jurkowi, a potem ona i Aleksander zażyli go razem. Nie dostali ich. W getcie była dentystką, wspomina o niej Henryk Makower w swoich pamiętnikach i Donia wiele lat po wojnie swojemu synowi, a on potem mnie. Wtedy, gdy Doni już nie ma, a ja rozpaczliwie szukam jej śladów. Różnych, nie tylko tamtych. Ale do tamtych docieram rozrywając ziemię palcami. Już na zawsze je mam, bo nie da się ich po prostu znów zakopać.

Przyjechali do Warszawy zaraz po tym, jak w Łodzi wyglądało już na to, że nic dobrego się nie zdarzy. Oboje wcześniej tu studiowali. W stolicy, wiadomo, musi być bezpieczniej. Nie mogę już dłużej nieść tej historii. Tu muszę ją zostawić.

Patrycja Dołowy "Widoczki"
Fot. Patrycja Dołowy

*
B
yła z mamą w kryjówce. Było tam ciemno i nie można się było poruszyć. Mama mówiła jej z pamięci wiersze naszych poetów, wieszczy. I M. je znała wszystkie na pamięć. A potem po wojnie jej powiedzieli, że to nie są jej wiersze, nie jej język, że ona nie ma do nich prawa. A ona ma właśnie podwójne prawo – mówi. I jeszcze wtedy nie zna historii mezuzy przechowanej z narażeniem życia przez mamę. Mezuzy, która symbolicznie przetrwała Zagładę, ale potem po wojnie, równie symbolicznie, została wciśnięta do walizki jednej z ciotek opuszczającej Polskę na zawsze, bo „co ja tutaj z nią zrobię? Przecież jej sobie na drzwiach nie powieszę?”, a pytanie „Dlaczego?” zawiśnie w powietrzu przez kolejne pokolenia. Bez odpowiedzi.

Patrycja Dołowy "Widoczki"
Fot. Patrycja Dołowy

*
Gdy byłam mała, dzieci wracały do domu z kluczem na szyi. Ale nie ja, bo najczęściej o nim zapominałam. Zostawał porzucony na stole, na kołku, na blacie kuchennym. Orientowałam się, przeważnie już po naciśnięciu ciężkiej klamki. Siadałam w rogu przestronnej klatki schodowej przy kaloryferze. Zimą zaczynałam od przyłożenia do niego skostniałych z zimna dłoni, po czym sięgałam do tornistra po obgryzione kredki i podarte świstki papieru. Zanim zdążyłam rozłożyć warsztacik, jak spod ziemi na klatce wyrastała pani Dusia i zabierała mnie do siebie. Na ścianach w jej mieszkaniu wisiały Maryjki i wszyscy święci oraz drewniane krzyże z mosiężnymi Jezuskami. Owe przedmioty niosły za sobą historie, ale jakoś czuło się, że te historie były przeszczepione, nietutejsze. Pani Dusia nie była ostentacyjnie bogobojna. Dawała mi wielki kawał chały i sok malinowy własnej roboty. W sposobie mówienia i w sposobie troszczenia się o innych miała coś, co lata później rozpoznam u kilku przyszywanych cioć i wujków, i czego mgliste wspomnienie dotyczyć będzie moich babć. Gdy dębowy zegar wybijał godzinę drugą, pani Dusia napinała twarz w nerwowym oczekiwaniu. Zwykle pięć po drugiej zjawiała się w domu Krysia, jej córka. Miła, uczynna, cicha, ale wnosiła do pokoi niepokój, nerwowość, która ciągnęła się za nią jak zapach perfum i na długo pozostawała w powietrzu. Krysia bywała u matki dzień w dzień. Musiała być punktualna. Każde spóźnienie budziło lęk, lęk budził migrenę i ciszę. Cisza to było samo zło. U pani Dusi radio cichło tylko w nocy. Kilka lat po śmierci mamy, pani Krysia wprowadziła się do jej mieszkania. Też nigdy nie wyłączała radia, lecz zmieniła stację na Radio Maryja. Nie wiadomo dokładnie, jak i kiedy nastąpiła przemiana miłej, uczynnej, cichej Krysi w syczącą nienawiścią do INNEGO, zgorzkniałą starszą panią. Kiedy zaczęła wyzywać za głośno bawiące się na podwórku dzieci? Kiedy zaczęła węszyć w działaniach spółdzielni mieszkaniowej żydowski spisek?

Jakiś czas później usłyszałam od pani Zosi kilka strzępów opowieści, na przykład, że gdy Krysia była małą dziewczynką, chodziła do szkoły z wielkim krzyżem na szyi. I kiedyś dzieciaki zerwały jej ten krzyż i krzyczały, że nie ma prawa go nosić. I Krysia nic a nic z tego nie rozumiała. A pani Dusia ponoć powiedziała, że to nic, to bzdury i nie ma co do tego wracać. Więc gdy przydarzały się jakieś „bzdury”, to Krysia już na wszelki wypadek milczała. I tego też nauczyła swojego syna.

Patrycja Dołowy "Widoczki"
Fot. Patrycja Dołowy

*
A panna Salcia tańczyła i tańczyła. I śmiała się, wirując. I chłopcy rozmawiali z nią i śmiali się. I miała ładną suknię, którą uszyła jej mama, a na niej gwiazdę. A to było tam.

Dziś pani Stasia mówi, że wojna była straszna, straszna, ale ona pamięta te tańce, bo była wtedy młoda i ładna. Mama pani Stasi umarła wkrótce po tym, jak tę suknię uszyła. A pani Stasia, a piękna Salcia trafiła jednym z ostatnich transportów do Auschwitz.

A dziś jest tu. A dziś nie nazywa się już Salcia i nie jest już piękna ani młoda. Lecz nogi wciąż rwą jej się na wspomnienie tańca.

– Do swojego nazwiska już nie wracałam, bo mnie się nie chciało. Tyle to kłopotów. I po co? Czy to ważne? To nazwisko?

Patrycja Dołowy "Widoczki"
Fot. Patrycja Dołowy

*
Zdjęcia w pamięci. Na stosiku wyblakłych kadrów te dwa są wyraźne – ostre.  Na pierwszym biegnący żydowski chłopiec, słychać strzał, chłopiec pada i leży w kałuży krwi. Na drugim nagie ciało tego chłopca odarte ze wszystkiego. Ludzie z pobliskich domów podchodzili i po kolei zabierali jego rzeczy, aż nie zostało nic.

Patrycja Dołowy "Widoczki"
Fot. Patrycja Dołowy

*
Marsz śmierci w drodze z Auschwitz. Donia upadła i powiedziała, że już dalej nie idzie, niech ją zabiją. Wtedy podszedł do niej ten niemiecki strażnik, dał jej kawałek chleba i wodę, i prosił: „Wstań. Ty musisz dalej iść. Dasz radę. Już niedługo. Teraz to wy wygracie, a my przegramy”. Wstała. Takie one właśnie były. Potem podjęły decyzję. Każda uciekała sama, na własną rękę. Razem nie miałyby szans. Ukradkowe spojrzenia, szybkie, czułe, z oddali. Bo mogły być już ostatnie. Może nie zobaczą się już nigdy więcej. Pójdą w mrok. W śnieg. W pustkę styczniowej nocy. Licząc na to, że nikt już nie będzie miał siły, by zareagować.

Sima pierwsza trafiła do opuszczonego domu. W dzień ich urodzin czekała na Donię z przyjęciem. Spiżarnia była pełna, bo mieszkańcy też uciekali. W popłochu przed nadchodzącą Armią Radziecką zostawiali całe swoje dobytki.

28 stycznia. Nawet nie wiedziały, że obóz już jest wyzwolony.

Żyły. Prze-żyły.

I co z tego, że potem z ocalonych sióstr tylko Donia została w Polsce. I co z tego, że potem zamknęli granice i przez wiele lat się nie widziały.

– Które swoje urodziny pamiętasz najlepiej?
 A to tamte właśnie.

Patrycja Dołowy "Widoczki"
Fot. Patrycja Dołowy

*
Tam we wsi, gdzie Hela ma działkę starszym kobietom się czasem zbierało na wspominki. I płakały i zawodziły nad tym, jak było kiedyś. I nad tym, ile się złego zdarzyło:

– Dużo tam Żydów zginęło, bardzo dużo, i paru ludzi też… – mawiały.

Patrycja Dołowy "Widoczki"
Fot. Patrycja Dołowy

*
A Waldek dobry człowiek był. Dbał o rodzinę. Znalazł w swoim zbożu i wydał granatowym kolegę z ławki, Szaję. A przecież kiedyś grali w zośkę na podwórku. Szaja był pewien, że Waldek mu pomoże. Żona i córka Szai nie wyglądały na Żydówki, więc udało im się gdzieś skutecznie ukryć. Waldek wyciągnął najpierw z pola Szaję, a potem jeszcze wysłał chłopców w pogoń za Szlomą, sześcioletnim synkiem Szai. Złapali go i przyprowadzili. Szaja patrzył w oczy Waldka: „Jak możesz, byłeś mi jak brat”. Waldek wezwał granatowego. Ten zastrzelił najpierw dzieciaka, potem Szaję. Szaja do końca patrzył na Waldka, a w powietrzu wisiało to samo pytanie.

Patrycja Dołowy "Widoczki"
Fot. Patrycja Dołowy

*
Stała za rękę z mamą, a ludzie szli na śmierć, upychani do wagonów. Dzieci, starzy, młodzi, wszyscy. Kobiety z niemowlakami przy piersi. I jedna z tych kobiet odwróciła się do mamy (to chyba była jej przyjaciółka, a może wcale nie) i miała łzy w oczach. Poprosiła tylko o jedną rzecz: Nie zapomnijcie nas.

 Staruszka rozpłakała się i nie mogła przestać.

– Koniec na dziś, moja Kochana – zwróciła się do mnie, odprowadzając mnie do drzwi. Zostałam na klatce schodowej. I stałam tam, stałam i stałam. Jeszcze długo.

Patrycja Dołowy "Widoczki"
Fot. Patrycja Dołowy

*
– A po wojnie – opowiada pani Zosia – mieszkałyśmy w kamienicy, a obok pijak z żoną i trzyletnią córką, Basią. Córka zawsze przychodziła do mojej mamy. Pijak też, bo nikt w kamienicy, oprócz niej, nie chciał już mu pożyczać pieniędzy. Mama pożyczała, za co ją wylewnie całował po rękach i nigdy nie oddawał.

Raz na schodach pani Zosia słyszy jak trzyletnia Basia mówi uprzejmie do jej mamy: Dzień dobry, pani Żydówa. Na to mama: a dlaczego ty, dziecinko, tak do mnie powiedziałaś?

– Tatuś tak zawsze o pani mówi – odpowiada beztrosko mała.

Patrycja Dołowy "Widoczki"
Fot. Patrycja Dołowy

*
Do Bielskiego Żydowskiego Domu Sierot przywożono po wojnie dzieci z różnych stron. Bo tu było bezpieczniej. Tu trafiła część dzieci z Rabki, gdzie dom sierot został napadnięty przez grupę związaną z antykomunistycznym podziemiem, i z Kielc, zaraz po pogromie. Na zdjęciach twarze, w dokumentach imiona. A przecież każde dziecko ma imię i za każdym imieniem jest dziecko. Tylko to wszystko ucieka, czas ucieka i już nie bardzo wiadomo.

Patrycja Dołowy "Widoczki"
Fot. Patrycja Dołowy

*
Gdy była małą dziewczynką, nie mogła pojąć, dlaczego jej mama reagowała histerycznym krzykiem na sąsiadów wyprowadzających psy na wzgórzu parkowym. Wstydziła się jej wtedy. A potem zmieniła szkołę i już tamtędy nie chodziły. A potem wyjechała z Białegostoku i dopiero wtedy dowiedziała się, że przed wojną tam właśnie był cmentarz żydowski. Na wzgórzu parkowym wkrótce po jej wyjeździe stanął pomnik Bohaterów Ziemi Białostockiej: Bóg, Honor, Ojczyzna.

Patrycja Dołowy "Widoczki"
Fot. Patrycja Dołowy

*
Było to w miasteczku na Podlasiu, z którego pochodzi moja przyjaciółka i tata pana S. Od razu po wojnie akowcy zastrzelili tam pięciu Żydów i dzieciaka, którzy przyjechali do swojego domu, szukać rodziny.

Rodzina S. wyszła z kryjówki, z tego dołu, w którym przetrwali w niebycie, nie-byciu, nie-mówieniu, nie-oddychaniu. „Wojna się skończyła” – usłyszeli od radzieckich żołnierzy – „możecie wyjść.” I poszli. Do swojego domu. Niewiele tam zostało, ale byli u siebie. Mówiło się o nich w M., bo chodzili i pytali o swoich krewnych. Czy przeżyli. „Nikt” – słyszeli w odpowiedzi. Ale szukali dalej. Oddział wpadł do (ich) domu nad ranem. Blumka – 2,5-letnia dziewczynka siedziała na nocniku. Puścili ogień. Pięć dorosłych ciał i to małe – Blumki – na nocniku.

Patrycja Dołowy "Widoczki"
Fot. Patrycja Dołowy

*
Konin. Widoczek bez opowieści na cmentarzu, którego nie ma. Do jedynego po nim śladu błądzi się bez pamięci. A na tablicy informacyjnej przy parku widnieje napis: „Lata 1939-45 bardzo trudny i ponury okres w dziejach parku, tak jak w dziejach miasta i jego mieszkańców”. I tyle. Ani słowa o czerwonej od krwi oddychającej ziemi. Ani słowa o pobliskiej ulicy wybrukowanej macewami w latach 40. Nic o opuszczonych budynkach kawałek dalej, w których hula wiatr. Skąd przyjdą słowa?

Patrycja Dołowy "Widoczki"
Fot. Patrycja Dołowy

*
Włodek, jego brat Edek, siostra Estusia, mama i tata znaleźli się w czasie wojny w getcie. Włodek i Estusia byli już na tyle duzi, że razem z mamą i tatą udało im się dostać pracę w szopach, co było trochę bezpieczniejsze. Było mniejsze prawdopodobieństwo dostania się do łapanki. Edek był jeszcze mały, więc gdy reszta rodziny wychodziła do pracy w getcie, Edka zostawiali w domu. Kładli go na łóżku, a na nim kładli kilka warstw pierzyn i mówili: zaścielamy Edka. Tatuś zawsze bardzo się bał, że Edek może się udusić, ale tak się nigdy nie stało i zawsze, gdy wracali, Edek wesoło wyskakiwał spod pierzyn i ich witał.

Ale któregoś dnia była łapanka, i mamę, i Estusię pognali na Umschlagplatz, z którego odjeżdżały pociągi do obozów zagłady. Tata i Włodek jeszcze coś próbowali zrobić, znali jednego policjanta. Ale nie udało się. I nigdy więcej już ich nie zobaczyli. Gdy wrócili do domu, Edek jak zwykle wesoło wyskoczył spod pierzyn. Spojrzał na nich i już wiedział… I wtedy zaczął płakać. Płakał bez przerwy przez dwa dni. Aż wypłakał wszystkie łzy. Od tej pory już nigdy więcej nie płakał. On jest teraz starszym panem. A jego wnuki mówią: nasz dziadek to jest taki dzielny! On nigdy nie płacze!

Patrycja Dołowy "Widoczki"
Fot. Patrycja Dołowy

*
Gdy zaczęła się okupacja, Mietek miał 10 lat. Rodzice umieścili go w kryjówce u jednych państwa. I to była całkiem przyjemna kryjówka. Po prostu nie mógł wychodzić na zewnątrz i podchodzić do okien. I tylko jak ktoś przychodził do nich, musiał wchodzić do szafy. Na początku rodzice go odwiedzali. Ale potem przestali przychodzić. A końcu ci państwo powiedzieli, że już nie jest bezpiecznie i musi się schować w piwnicy. I kiedy siedział tam sam w piwnicy, w zupełnych ciemnościach, myślał tylko o jednym: o swoim podwórku i o swojej koleżance z podwórka, Helence o pięknych oczach. I myślał, że jak tylko stąd wyjdzie, to pójdzie na to podwórko i spojrzy w piękne, wielkie oczy Helenki. Któregoś dnia ci państwo przyszli i powiedzieli, że już koniec, że wojna się skończyła, że może już wyjść. Nie wiedział, co ze sobą zrobić. Był sam. Wyszedł, chodził ulicami i doszedł na swoje dawne podwórko. I była! Była tam piękna Helenka. Podszedł do niej, a ona spojrzała na niego tymi pięknymi wielkimi oczami i powiedziała: Mietek, ty przecież Żydek jesteś? To co ty tu jeszcze robisz?

Patrycja Dołowy "Widoczki"
Fot. Patrycja Dołowy

*
Taki obrazek. Już byłaś po aryjskiej stronie. Jedziesz z nową mamą tramwajem. Płonie getto, a w tramwaju jedna kobieta mówi do drugiej: Palą się wreszcie te wszy. Najgorszy to był ten strach w oczach. W twoich się taki musiał pojawić, bo ta baba nagle na ciebie spojrzała. Zanim zdążyła się odezwać, mama chwyciła cię mocno za rękę i pociągnęła w stronę granatowego policjanta. Zapytała go niby o drogę. Ale ta baba nie wiedziała, o co pyta i na wszelki wypadek się odwróciła.

Patrycja Dołowy "Widoczki"
Fot. Patrycja Dołowy

*
Pamiętam taką scenę tuż sprzed wojny – opowiadała pani Irena. Jechałam tramwajem z Marszałkowskiej do Ogrodu Saskiego. Miałam się z kimś spotkać. W tramwaju siedzieli ludzie i jakiś pan, wyglądający bardzo kulturalnie, mówił, że wojna wojną, ale chwała Bogu, że Niemcy zrobią w końcu w Polsce z Żydami porządek. To mnie utwierdziło w przekonaniu, że nie mam tu na co liczyć. Z domu wyszłam w jednej sukience. I w tej samej sukience po 6 lat wróciłam. A właściwie miałam ją w tobołku, bo wróciłam w mundurze.

Patrycja Dołowy "Widoczki"
Fot. Patrycja Dołowy

Żydowska opowieść nie musi krzepić polskich serc

**

dr Patrycja Dołowy  artystka multimedialna, pisarka, działaczka społeczna, popularyzatorka nauki i sztuki. Od lat zajmuje się problematyką trudnej pamięci, podejmuje działania w przestrzeni miejskiej i w przestrzeniach lokalnych. Działa na pograniczu dyscyplin artystycznych. W swojej pracy bazuje na historii mówionej i świadectwach, przeprowadziła dziesiątki wywiadów ze świadkami historii, wysłuchała setki opowieści. Ma na koncie ponad 60 wystaw w Polsce i zagranicą. Prace i teksty publikuje w pismach artystycznych i kulturalnych, w prasie i w magazynach wielkonakładowych. Współautorka książek: Miasto oczami kobiet (2012, z Justyną Biernacką), 25 rozmów na 25-lecie (2016), rozdziałów w publikacjach zbiorowych, sztuk teatralnych (m.in. Wanda, 2013, z Sylwią Chutnik, Hideout/Kryjówka, 2014, Dziady. Twierdza Brześć, 2015, Hindełe, siostra Sztukmistrza, 2017 w reżyserii Pawła Passiniego).

Prowadzi bloga widoczki.patrycjadolowy.pl.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.