Sztuki wizualne

Narodowe #dziadostwo

Przygotowaną przez Andrzeja Szczerskiego wystawę można potraktować jako zapowiedź nadchodzących obchodów stulecia polskiej niepodległości. Przede wszystkim jest to jednak manifestacja pozycji krakowskiego muzeum, które jak do tej pory jest największym muzealnym beneficjentem „dobrej zmiany”.

Gdy w listopadzie ubiegłego roku oficjalnie rozpoczęły się obchody Roku Awanagardy, zdania na temat tego wydarzenia były podzielone – sceptycyzm mieszał się z nadzieją, głosy krytyczne z tymi bardziej zdroworozsądkowymi, wskazującymi na Rok Awangardy jako narzędzie być może trudnego, ale koniecznego przecież dialogu środowiska artystycznego z obecną klasą rządzącą. Więcej, teoretyczną stawką Roku Awangardy było dowartościowanie polskiej sztuki awangardowej i zaznaczenie jej roli w budowaniu narodowego dziedzictwa. Biorąc pod uwagę lewicowy rodowód awangardy, taki projekt faktycznie mógłby być wybuchowy; w praktyce oznacza jednak dosyć instrumentalne użycie tego pojęcia, a sam program jubileuszu, tak poprawny politycznie, jak to tylko możliwe, wieje po prostu nudą (wyjątkiem jest tu może Muzeum Sztuki w Łodzi, które przygotowało na jubileusz kilka spektakularnych wystaw). Gdy zaś przychodzi co do czego, okazuje się, że narracją najbardziej perferowaną przez władzę i tak jest ta, która z awangardą nie ma nic wspólnego i służyć ma tylko dowartościowaniu polskich zasług, zwycięstw i sukcesów. Taką opowieść o Polakach znajdziemy właśnie na wystawie #dziedzictwo w Muzeum Narodowym w Krakowie, którą pod koniec czerwca oficjalnie otworzył prezydent Andrzej Duda (on też jej patronuje).

Przygotowaną przez Andrzeja Szczerskiego wystawę można potraktować jako zapowiedź nadchodzących obchodów stulecia polskiej niepodległości. Przede wszystkim jest to jednak manifestacja pozycji krakowskiego muzeum, które jak do tej pory jest największym muzealnym beneficjentem „dobrej zmiany”. Równolegle do #dziedzictwa na pierwszym piętrze muzeum trwa przecież uroczysty pokaz Damy z gronostajem Leonarda da Vinci, którą rząd polski zakupił, razem z resztą kolekcji Fundacji Książąt Czartoryskich, za 100 mln euro (wartości kolekcji wynosiła 10 mld złotych). Z kolei przechadzając się z po #dziedzictwie, w pewnym momencie jesteśmy zaproszeni do zajrzenia przez niewielkie okienko, z którego widać hotel Cracovia – kolejny zakup Ministerstwa Kultury dla muzeum, gdzie powstać ma jego nowoczesna odnoga.

Żmijewski: PiS wiele nauczył się od artystów wizualnych

Na samej wystawie znajdziemy tylko prace i artefakty z kolekcji MNK – na co ostatnio w „Polityce” utyskiwał Piotr Sarzyński, ale taki wybór kuratora nie wydaje się przypadkowy. Chodzi w końcu o pokazanie jak ważne jest właśnie to krakowskie muzeum i że to właśnie w jego zbiorach znajdują się bezcenne dla polskiego dziedzictwa przedmioty. Dotychczasowe wsparcie ministerstwa było więc zasadne, a i dalsza pomoc muzeum powinna być ważnym elementem polityki historycznej PiS-owskiego rządu. Co więcej, kolekcjonowanie i przekazywanie darów to też piękny polski obyczaj, o czym przypomina otwierająca wystawę #dziedzictwo Księga Darów Muzeum Narodowego w Krakowie. To dzięki pierwszemu darowi – Pochodniom Nerona Henryka Siemiradzkiego – mogło powstać muzeum, dlatego też obok księgi znajdziemy statut muzeum i akt erekcyjny. Znaczenie gestu przekazywania dzieł sztuki dla muzeum i jego kulturotórcza rola są tu trudne do podważenia.

Henryk Siemiradzki, Pochodnie Nerona

Jeśli ktoś jednak nadal miałby wątpliwości, czy faktycznie zapomoga w postaci 100 mln euro z pieniędzy publicznych jest muzeum potrzebna, niech spojrzy na samą wystawę. Jak przyznaje sam Szczerski, w tworzeniu tej ekspozycji ważna była dla niego inna wystawa pokazywana niegdyś w krakowskim muzeum – konkretnie Polaków portret własny z 1979 roku, której organizatorem był Marek Rostworowski. Koncentrująca się na prezentacji historycznych portretów Polaków i zaczynająca od wielkiego lustra, w którym każdy zwiedzający mógł zobaczyć siebie, miała działać krzepiąco i przypominać o utraconej tożsamości. #dziedzictwo również krzepi, ale nie tylko za pomocą portretów artystokacji i intelektualnych elit, ale także dzięki bezmiarowi pamiątek przywołujących najważniejsze momenty z polskiej historii. Wygrzebane z magazynów, zwykle niepokazywane pobliczności, teraz wracają do nas jako patriotyczne wota, które mają zadziwiać i wzbudzać zadumę nad losami kraju.

Fot. Bartosz Cygan

Podzielona na pięć segmentów wystawa (kolejno, opatrzone stosownym hasztagiem: #geografia, #język, #obywatele, #obyczaj, #sztukawspółczesna) rozpoczyna się od wiekowych map, na których możemy podziwiać Polskę, co ciekawe – raczej tą z czasów największej świetności. Jest więc mapa Polski przedrozbiorowej z 1772 roku, powstała z inicjatywy „oświeconego Sarmaty” księcia Józefa Aleksandra Jabłonowskiego, a o roli Rzeczypospolitej jako przedmurza chrześcijaństwa przypomina mapa Dniepru, na której zauważyć możemy chrześcijańskie bastiony i ich muzułmańskie odpowiedniki. Są mapy i widoki ważnych gospodarczo i symbolicznie miast, jak Gdańsk, Kraków, kopalnia soli w Wieliczce czy XIX-wieczny widok Wadowic; o pięknie polskiego pejzażu przypomniają obrazy Wyczółkowskiego, Witkiewicza czy Szwarca; wreszcie są tu liczne przedstawienia miejsc słynnych bitew – Smoleńsk, Jasna Góra, Trembowla czy Samosierra. W tym zestawie brakuje co prawda mapy rozbiorów Polski (czy jej nie było w archiwach?), możemy za to zapłakać nad wielką, przedrozbiorową Rzeczypospolitą, wyhaftowaną włosami przez pannę Filipinę Pełczyńską lub nad kasetką z pamiątkami narodowymi, zawierającą ziemię z miejsc ważnych dla historii Polski.

Leszek Sobocki, Ukrzyżowanie (Miejsce w Europie), fot. MNK

Burzliwe dzieje RP komentują też dwa dzieła współczesne – obraz Kolebka chrześcijaństwa i tygiel demokracji Włodzimierza Pawlaka oraz Ukrzyżowanie Leszka Sobockiego. Na tym pierwszym widzimy Polskę we wszystkich jej granicach, a rozpostartemu na pół Europy krajowi towarzyszą wizerunki jego władców i bohaterów, od Mieszka I i Dobrawy do Lecha Wałęsy. Obecność Sobockiego to znowu odniesienie do wystawy Polaków portret własny, gdzie prace artysty odgrywały dużą rolę. Pokazywane na #dziedzictwie kiczowate Ukrzyżowanie odsyła do męczeństwa Polaków pod okupacją radziecką (Chrystusem narodów byliśmy w końcu nie tylko za czasów Mickiewicza) i bezpośrednio odnosi się do protestów sierpniowych w 1980 roku.

Wspomniane burzliwe dzieje przekładały się na dużą mobilność Polaków i na wystawie możemy prześledzić liczne wyprawy i przemieszczenia naszych krajanów. Australia, Ameryka Północna, Afryka, Kamczatka, Indie i Celjon, a nawet Haiti – gdzie to my nie byliśmy, czegośmy w tych krainach nie robili (gwoli przypomnienia, zajmowaliśmy się np. tropieniem grubego zwierza lub zdobywaniem gór)! Spektakularnym podsumowaniem sekcji polskich eskapad jest wyeksponowane na samym środku wystawy, jako święty Graal polskiego #dziedzictwa, tzw. monumentum zygmuntowskie, czyli egzemplarz O obrotach sfer niebieskich Mikołaja Kopernika z biblioteki Zygmunta II Augusta. A więc, szanowni państwo, tak! – Polakowi nawet kosmos niestraszny.

Fot. Bartosz Cygan

Dzieło Kopernika to nie tylko osiągnięcie geograficzne, ale także drukarskie, stanowi więc istotną część literackiej sekcji wystawy, na której muzeum chwali się zbiorem rękopisów i wydań dzieł wybitnych. O głębokich korzeniach kultury słowa w Rzeczypospolitej przypominają więc dokumenty polityczne i religijne (np. Statut Wielkiego Księstwa Litewskiego, Biblia Ostrogoska z 1581 roku) oraz dzieła wielkich poetów, wieszczy i narodowych narratorów – Jana Kochanowskiego, Juliana Ursyna Niemcewicza, Henryka Sienkiewicza (na wystawie pokazano dość niezwykłą, „cyberpunkową” okładkę Ogniem i mieczem wykonaną przez Juliusza Kossaka) czy Stanisława Wyspiańskiego; zaakcentowana została również państwowtórcza rola języka – zasady ortografii polskiej spisano w końcu już w 1513 roku i nawet po zniknięciu Polski z mapy Europy wydawano polskie elementarze. Co ciekawe, do obowiązującej na wystawie narracji o polskiej innowacyjności wpisane zostało także esperanto Ludwika Zamenhofa, dzięki któremu opowieść o języku zyskała międzynarodowego sznytu. Jednak dla bardziej krytycznego widza będzie to jeden z wielu zgrzytów na wystawie, która uwodzi sympatycznym obrazkiem Polski wielokulturowej i otwartej, a całkowicie pomija jej drugą, dużo mniej tolerancyjną twarz. Dziwnie w końcu podziwiać obraz Władysława Strzemińskiego z cyklu Moim przyjaciołom Żydom czy zdjęcia cerkwi świętego Jura we Lwowie, kiedy wiadomo, że w II Rzeczpospolitej szerzył się antysemityzm, a we współczesnej Polsce kwitnie rasizm i ksenofobia, a debatę w polityce nakręca strach przed uchodźcami. Esperanto Ludwika Zamenhofa powstało jako odpowiedź na obserwowane przez niego nieprzyjazne stosunki między Polakami, Żydami, Rosjanami i Niemcami, które pomimo upływu lat i dramatycznych rewolt historycznych nie poprawiły się ani na jotę – na #dziedzictwie ten problem jednak w ogóle się nie pojawia. Sam kurator natomiast w wywiadzie dla „Plusa Minusa” z zadowoleniem podkreślał, że: „(…) w czasach, kiedy w Niemczech wybijano szyby w żydowskich sklepach i profanowano synagogi, państwo polskie kolekcjonowało świadectwa żydowskiej obecności w Polsce”.

Cały naród ratuje swoich Żydów

Dziwność wystawy w MNK nie wynika jednak tylko z idealizującej Polaków kuratorskiej narracji, ale także z samej specyfiki zbiorów muzeum. Ciężko bowiem oczekiwać, że w kolekcji MNK znajdziemy np. pamiątkę z Auschwitz czy wspominki na temat pogromów Żydów w Polsce. Przyglądając się #dziedzictwu, pomyślanemu jako opowieść o Polakach, szybko także zdajemy sobie sprawę, że jest to opowieść tylko o niektórych Polakach, którzy do kreowania oficjalnej narodowej narracji byli przez wieki dopuszczeni. Dosyć dobitnie świadczy o tym dział #obywatele, gdzie w przeważającej większości znajdziemy wizerunki przedstawicieli polskiej arystokracji i inteligencji. Więcej, #obywatele to w optyce muzeum przede wszystkim rządzący, politycy i bohaterowie – Mieszko I, Władysław Jagiełło, Jan III Sobieski, Hugo Kołłątaj, Emilia Plater, Józef Piłsudski; czasem wielkie gwiazdy teatru, jak Helena Modrzejewska, lub te niedoszłe, jak Karol Wojtyła. Co ciekawe, #obywatelami mogą być także (i chyba są przede wszystkim) darczyńcy MNK, jak Erazm Borącz. Reprezentanci innych grup społecznych – mieszczanie, chłopi, robotnicy, Żydzi – funkcjonują tu raczej aninimowo i w formie wyestetyzowanej, czyli tak, jak ich mogły elity odmalować. Weźmy na przykład chłopstwo – przyjazne, kolorowe, zastygłe w rozmodlownych pozach. Wśród tych rumianych oblicz próżno szukać twarzy Jakuba Szeli czy jakiegokolwiek innego reprezentanta powstań chłopskich.

Fot. Bartosz Cygan

Biorąc pod uwagę specyfikę zbiorów muzeum, mniej dziwi także dział #obyczaj, koncentrujący się na zwyczajach szlacheckich, ubiorze kleru i gładko przechodzący w militaria (artystokratyczne obyczaje to w końcu także rycerstwo, pamięć o zwycięstwach Sobieskiego i walce o niepodległość Polski). Frapujący jest tutaj z pewnością wątek kobiecy – kobiety w Rzeczypospolitej to nie tylko cnotki haftujące z włosów mapę Polski, ale także modnisie, wprowadzające nad Wisłę zachodnie zwyczaje, obce hołdującym szlacheckiej tradycji partiotom. Na jednym z obrazów pokazywanych na wystawie zobaczymy więc karykaturalną scenę golenia wąsów, do czego zmusza męża-sarmatę żona modna i chyba trochę głupia; dwuznacznych wrażeń dostarcza także portret Tekli Kościuszkowej, nieszczególnie pięknej matki Tadeusza, ubranej za to w szykowną francuską suknię, z malutkim pieskiem na kolanach. Podążanie za modą zachodnią – co przecież nie wiąże się tylko z ubiorem, ale przyjmowaniem zachodnich obyczajów i propagowaniem określonych nurtów intelektualnych, wreszcie mecenatem artystycznym, czym często zajmowały się kobiety – na dobrą sprawę na #dziedzictwie nie zaistniało jako interesujący temat.

Siodło i rząd koński po hetmanie Stefanie Czarnieckim, fot. MNK

W wszystkich działów najsłabiej prezentuje się jednak ten dedykowany sztuce współczesnej. To, że sztuka współczesna zaistniała na #dziedzictwie jako temat autonomiczny, jest samo w sobie warte uwagi i świadczy o ambicjach kuratora wystawy. Andrzej Szczerski jest w końcu współcześnikiem, specjalistą od modernizmu Europy Środkowo-Wschodniej i jego narodowych konotacji. Brak sztuki współczesnej w tej wielkiej opowieści o polskim dziedzictwie w jego przypadku nie wchodził w grę, tym bardziej, że przecież trwa Rok Awanagardy. Na poziomie realizacyjnym wychodzi to jednak średnio – na #dziedzictwie powracają niczym zły sen narodowi kiczyści, jak wspomniany Sobocki czy Tadeusz Boruta – bo takich artystów współczesnych, którzy zajmowaliby się chwaleniem zasług Polaków nie ma znowu aż tak dużo. Szczerski nie jest też aż takim dysydentem artystycznym jak Piotr Bernatowicz, były dyrektor poznańskiego Arsenału a obecnie kurator-freelanser, który nauki swojego mistrza Piotra Piotrowskiego przekuwa na prawicową narrację i zaprasza do współpracy „artystów wyklętych”. Model instytucji preferowany przez Szczerskiego to raczej muzeum bezpieczne i jak on sam deklaruje: „Muzeum narodowe nie może być polem konfliktu, ale przestrzenią spotkania i debaty”. Z braku materiału Szczerski skupił się więc na innym swoim koniku, czyli dizajnie. Dział współczesny to zatem przede wszystkim osiągnięcia polskiego współczesnego projektowania – Mapy (tych w końcu nigdy za wiele) Aleksandry i Daniela Mizielńskich, współczesne polskie kroje pism (które wykorzystano też w tytule wystawy), porcelanowy zestaw Marka Cecuły czy manekiny populacji polskiej wykonane przez Jakuba Gołębiewskiego, w skali 1:5 (w parach chłopak-dziewczyna).

Fot. Bartosz Cygan

Do tego zestawu dodano jeszcze kilku artystów, których prace w mniejszym lub większym stopniu odwołują do kolekcji MNK. Zobaczymy tam więc obraz Sytuacja się zmieniła Marcina Maciejowskiego z 2010 roku, wplatający się zgrabnie w narrację o sukcesie polskiej sztuki i przedstawiający wnętrza krakowskiego muzeum; Jakub Woynarowski, artysta celebrowany w środowisku krakowskim, przygotował z kolei wykres inspirowany postacią Feliksa „Mangghi” Jasieńskiego. Najciekawiej na tym tle wypada Robert Kuśmirowski, który na samą wystawę przygotował nieszczególnie spektakularną instalację złożoną z artefaktów muzeum, ale daje czadu przed gmachem, gdzie stoi aktualnie jego Tężnia. Monumentalna, złożona z bogatej kolekcji przedmiotów artysty i obliczona na zniszczenie, stanowi uzupełnienie, ale i zaprzeczenie #dziedzictwa.

Instrumentalne użycie sztuki współczesnej na #dziedzictwie – w którym artyści to co najwyżej podnajęci chałturnicy robiący laurki swojemu mecenasowi, w tym wypadku instytucji – dobrze podsumowuje ogólną atmosferę Roku Awangardy. Jest to paradoks tego jubileuszu, który z jednej strony ma akcentować rolę sztuki we współtworzeniu narodowego dziedzictwa, ale takie jej zdefiniowanie automatycznie cofa ją przedawangardowych, rzemieślniczych metod produkcji artystycznej. Być może jest to też najciekawszy wniosek płynący z #dziedzictwa: awangarda, jakbyśmy tego nie pragnęli, narodowym dziedzictwem do końca być nie może, przynajmniej nie w Polsce Anno Domini 2017. Jej zadaniem jest w końcu stawianie trudnych pytań i wywoływanie konfliktów, a za takie brewerie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego raczej nie zapłaci. Może za to obiemia rękami podpisać się pod wstecznictwem intelektualnym i nieetycznym samozadowoleniem, jakie propaguje wystawa w Muzeum Narodowym w Krakowie.

Chodząc po #dziedzictwie, czułam się jak w komedii Barei: otoczona narodowymi pamiątkami, mogłam je podziwiać przy akompaniamencie patriotycznych mazurków sączących się z offu. Wystawa teoretycznie ma budzić do dyskusji, ale zapronowany na niej sposób opowiadania o polskości, z interpretacyjnymi wytrychami w postaci haseł-hasztagów w zasadzie jakąkolwiek dyskusję wyklucza. Potencjalni wątpiący mogą najwyżej wejść w dyskusję z wolontariuszkami, przechadzającymi się po wystawie i zaskakującymi gości pytaniami w rodzaju: „Czy identyfikuje się pani z tym, co tu widzi? Czy uważa pani to za swoje dziedzictwo?”. Jeśli chodzi o mnie, niekoniecznie.

***

Karolina Plinta – krytyczka sztuki, redaktorka magazynu „Szum”. Właścicielka galerii Kubeł, gdzie od października 2016 roku trwa celebracja Roku Awangardy. 2017 rok galeria przywitała wystawą #dziedzictwo, złożoną z polskiego kołtuna, ziemniaka, buraka, Damy z gronostajem, ministra Glińskiego, polskiego szlachcica i księcia Adama Karola Czartoryskiego. Po pół roku leżakowania na balkonie, jako #dziadostwo, wystawa stała się nieoficjalną częścią otwarcia #dziedzictwa w Muzem Narodowym w Krakowie.

#dziadostwo na balkonie i w Muzeum Narodowym w Krakowie

 

PiS. Zwyczajna polska dyktatura

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Pamietajmy, ze to radni PiS w Bialymstoku glosowali przeciwko uchwaleniu roku 2017 rokiem Zamenhofa i zablokowali te inicjatywe. Dysonans miedzy sielankowoscia propagowana przez te wystawe a coraz bardziej ponura otaczajaca nas rzeczywistoscia narasta z dnia na dzien...

Czyli mamy coś na kształt oficjalnej rządowej sztuki. Dla kogoś kto interesuje się związkami między polityką, a kulturą to dobre wieści 😀

Właściwie to przeczytałem. I byłoby z ciekawością, ale to zdanie: "kolekcjonowanie i przekazywanie darów to też piękny polski obyczaj". Aha, czyli świat powinien się uczyć od Polaka. Czyli kołtuństwo po obu stronach. A zamiast kiczowatego Barei dzisiaj znanego już w przedszkolach, przychodzi mi do głowy Boy, że paraliż postępowy...

Zwykłe narzekactwo i przypierd@l@nie się...

Pamiątka z Auschwitz powinna być w niemieckim muzeum narodowym - najlepiej każdym. A co do antysemityzmu w II RP - przed 2 WŚ na trenie Polski nigdy nie było pogromów żadnej mniejszości. I to nas odróżnia od większości innych państw europejskich. U nas była prawdziwa tolerancja.

W pierwszych miesiącach istnienia Rzeczypospolitej dyskusjom na te­mat statusu prawnego Żydów towarzyszył niebywały wybuch antysemi­tyzmu. Już w symbolicznym dniu odzyskania niepodległości — 11 listopa­da 1918 r. — miał miejsce w Kielcach antyżydowski pogrom, który przy­niósł cztery ofiary śmiertelne oraz wielu rannych. Do najstraszniejszych wydarzeń doszło kilkanaście dni później we Lwowie. Po wyparciu z miasta Ukraińców przez wojsko polskie, ludnośc żydowska została zaatakowana za rzekome wspieranie strony ukraińskiej. W dniach 22-23 listopa­da na ulicach galicyjskiej stolicy zginęło 72. Żydów, a 433. zostało ran­nych, Spalono synagogę, zniszczono i ograbiono setki domów. W ataku­jącym tłumie znalazły się osoby cywilne oraz żołnierze i oficerowie polscy.

Wydarzenia lwowskie wywołały wstrząsające wrażenie zarówno w Polsce, jak i na świecie. Dotychczas nie dochodziło do tak drastycz­nych aktów przemocy ze strony Polaków. Przyszłość miała jednak po­kazać, że otwierały one dopiero długą listę antyżydowskich wystąpień. Wkrótce żydowska opinia publiczna została ponownie zaalarmowana zamordowaniem 35. Żydów w Pińsku 5 kwietnia 1919 r. Oddział woj­skowy aresztował 80. uczestników syjonistycznego zebrania pod zarzu­tem przygotowywania bolszewickiego zamachu na wojsko polskie sta­cjonujące w mieście. Z rozkazu majora Aleksandra Łuczyńskiego roz­strzelano 34., młodych w większości, Żydów, bez jakiegokolwiek śledz­twa. Jedna osoba została zabita podczas wkraczania wojska do Domu Ludowego, gdzie odbywało się zebranie. Specjalna komisja sejmowa, powołana do zbadania tych zajść, odrzuciła całkowicie posądzenie o próbę zorganizowania bolszewickiego spisku.

Podczas walk polsko-radzieckich na Kresach doszło niebawem do następnych pogromów: w Lidzie (16-17 kwietnia), w Wilnie (19 kwiet­nia) i w Mińsku na Białorusi (7 maja; miasto to ostatecznie nie weszło w granice państwa polskiego). Wszędzie tam, po zajęciu miasta przez wojska polskie, oskarżenia Żydów o sprzyjanie bolszewikom zaowoco­wały brutalnymi wystąpieniami przeciw całej ludności żydowskiej. W Lidzie według dostępnych danych zginęło 35 osób, w Wilnie — 52.

Inne podłoże miały zajścia antyżydowskie na Rzeszowszczyźnie na przełomie kwietnia i maja 1919 r. Rozruchy stanowiły wstęp do swo­istej rewolucji chłopskiej, która w tym bardzo ubogim i radykalnie usposobionym regionie kierowała się przeciw posiadaczom ziemskim, władzy państwowej, a pierwsze ujście znalazła w aktach przemocy wo­bec Żydów. Ci ostatni postrzegani byli przede wszystkim jako handla­rze, spekulujący brakującymi na rynku towarami. Pojawiały się także oskarżenia Żydów o sprzyjanie bolszewizmowi oraz o „mord rytualny”. Antyżydowskie rozruchy wybuchły w kilkunastu miejscowościach. Naj­tragiczniejszy przebieg miał pogrom w Kolbuszowej, gdzie ośmioty­sięczny tłum chłopów zaatakował policję i wojsko, a następnie — Żydów. Zginęło 12. Żydów, 2. żołnierzy, 1 policjant i przynajmniej 3. chłopów.

Oskarżenia o sprzyjanie komunizmowi i poddawanie w wątpliwość lojalności Żydów znalazły swój wyraz również podczas wojny polsko-radzieckiej w lecie 1920 r., kiedy władze wojskowe zapobiegawczo inter­nowały w Jabłonnie 17 tyś. żołnierzy i oficerów żydowskich. Dużą część internowanych stanowili ochotnicy, którzy dobrowolnie zgłosili się do wojska, inni na różnych frontach walczyli o niepodległość Polski już od kilku lat. Dlatego to posunięcie pozostawiło wyjątkowo gorzkie wrażenie w społeczności żydowskiej. Tym bardziej, że dała ona wiele dowodów przywiązania do Polski i poparcia niepodległościowych dążeń Polaków, zarówno w czasie l wojny światowej, jak i podczas powstań narodowych.

Szerokim echem odbiła się historia rozstrzelania rabina Chaima Szapiry w Płocku 27 sierpnia 1920 r. Oskarżono go o dawanie znaków, które miały pomóc wycofującym się wojskom radzieckim i na mocy wyroku wojskowego sądu doraźnego, który opierał się na dość powierzchow­nych przesłankach, rozstrzelano. Szapiro tymczasem stał na balkonie i modlił się, a sytuacja, w której to się wydarzyło, wskazywała, że żadne znaki z jego strony nie mogłyby zmienić przebiegu wojskowej operacji.

Jakie były przyczyny niespotykanej na ziemiach polskich fali prze­mocy wobec Żydów, która pojawiła się u progu niepodległości Polski? i Oskarżano ogół Żydów o popieranie wrogiego polskiej państwowości sowieckiego komunizmu. W rzeczywistości wpływy komunistyczne w społeczności żydowskiej były znikome, choćby z tego powodu, że Żydzi stanowili w swej większości środowisko konserwatywne. Para­doksalnie, stereotypowi „żydokomuny” towarzyszyły dawniejsze, wręcz odwrotne, gdy chodzi o treści społeczne, oskarżenia, a mianowi­cie, że Żydzi rządzą międzynarodowym kapitałem. Te uprzedzenia w warunkach skrajnej demoralizacji, wywołanej trwającą od kilku lat wojną, w obliczu trudności ekonomicznych i wybuchu nastrojów patriotycznych czy wręcz nacjonalistycznych, związanych z powstawaniem państwa polskiego, tworzyły wybuchową mieszankę, która łatwo powodowała gwałtowny wzrost antysemickich nastrojów.

Wystąpieniom antyżydowskim nie potrafiły zdecydowanie przeciw­stawić się władze. Sprawców karano niekonsekwentnie, wielu w ogóle uniknęło kary. Tylko częściowo można to wytłumaczyć brakiem pełnej kontroli w warunkach powstawania struktur polskiej władzy państwowej po 1918 r.

Nowe napięcia w stosunkach polsko-żydowskich przyniósł koniec roku 1922. Związane one były z politycznym uaktywnieniem się pol­skiej prawicy nacjonalistycznej, głównie endecji. Po wyborach, które odbyty się w listopadzie 1922 r., w Sejmie znalazło się 89. posłów mniejszości narodowych, w tym 35. posłów partii żydowskich. Prawi­ca, obawiając się, iż posłowie mniejszości narodowych będą popierać lewicę sejmową, wykreowała hasło „polskiej większości”, odmawiające mniejszościom narodowym, a szczególnie Żydom prawa do współ­decydowania o sprawach państwowych. To sprzeczne z Konstytucją hasło stało się bardzo nośne podczas wyborów pierwszego prezydenta RP przez Zgromadzenie Narodowe. Kiedy posłowie mniejszości oddali głosy wraz z lewicą na Gabriela Narutowicza, prawica stwierdziła, że to Żydzi narzucili Polsce prezydenta. Gwałtowna agitacja endecji przeciw Narutowiczowi, nosząca silne akcenty antyżydowskie, doprowadziła do zabójstwa pierwszego Prezydenta RP 16 grudnia 1922 r. Zamachowcem był fanatyczny zwolennik endecji.

Centroprawicowy rząd Witosa, który doszedł do władzy w maju 1923 r., zasadę polskiej większości zawarł nawet w umowie koalicyj­nej: „Narodowy polski charakter powinien być utrzymany w ustroju państwa i samorządu. W tym celu: podstawą większości parlamentar­nej winna być większość polska: rząd tworzyć będą wyłącznie Polacy”. ( Centroprawicowa większość sejmowa przystąpiła do realizacji swego antyżydowskiego programu. Próbowano m.in. wprowadzić zasadę numerus clausus (ograniczenie liczby przyjmowanych na studia Żydów) w szkołach wyższych oraz szereg ustaw godzących w byt gospodarczy ludności żydowskiej. Wydawało się, że zawarcie przez sejmowe Koło Żydowskie porozumienia z rządem Władysława Grabskiego w lipcu 1925 r, które nazwano ugodą polsko-żydowską, otworzy nowy etap w polityce polskiej wobec mniejszości żydowskiej. Rząd zobowiązał się do spełnienia szeregu postulatów zmierzających do faktycznego równouprawnienia Żydów w Polsce, w zamian za co Koło Żydowskie w parlamencie zapowiedziało poparcie dla rządu. Niewypełnienie przez rząd tych zobowiązań spowodowało, że Koło znów wróciło do opozy­cji, a oficjalne stosunki polsko-żydowskie — na swoje stare tory.

Zamach stanu Józefa Piłsudskiego w maju 1926 r. (tzw. przewrót majowy) został bardzo dobrze przyjęty przez społeczeństwo żydow­skie, które miało nadzieję, że odsunięcie od władzy endecji położy kres antyżydowskiej i niestabilnej polityce rządowej. Rzeczywiście, piłsudczycy, którzy objęli wówczas władzę w Polsce, dalecy byli od szerzenia antysemickich haseł i stereotypów oraz demonizowania kwestii żydow­skiej. W samym obozie piłsudczykowskim znajdowali się Polacy pocho­dzenia żydowskiego. Wielu z nich walczyło wspólnie z piłsudczykami w polskich formacjach zbrojnych w okresie walk o niepodległość.

Obóz rządzący chciał ułożyć stosunki z ludnością żydowską opiera­jąc się na zasadzie tzw. asymilacji państwowej, czyli prowadzeniu takiej polityki, która mając na celu dobro państwa nie wyrządzałaby szkody ludności żydowskiej. Nowy premier Kazimierz Bartel zapowiedział wal­kę z antysemityzmem gospodarczym oraz zniesienie ograniczeń w za­kresie równouprawnienia ludności żydowskiej, które pochodziły jeszcze z czasów zaborczych. Mimo iż piłsudczycy spełniali swe obietnice z du­żym ociąganiem, rządy Piłsudskiego uznawane są za najpomyślniejszy okres w stosunkach polsko-żydowskich w całym międzywojniu.

Piłsudczycy przyjmując jako naczelną wartość dobro państwa, pro­wadzili politykę blokującą rozwój organizacji nacjonalistycznych, rów­nież żydowskich. Stąd wynikał ambiwalentny stosunek do ruchu syjoni­stycznego. Żydów postrzegali piłsudczycy bardziej w kategoriach wyz­naniowych niż narodowych. Zwalczali w związku z tym Blok Mniejszoś­ci Narodowych, przyciągając do współpracy reprezentantów żydow­skich środowisk religijnych. Z list Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem w wyborach w 1928 i 1930 r. do parlamentu weszło kilku przedstawicieli ortodoksów żydowskich i sfer gospodarczych. Sojusz ten zaowocował uregulowaniem kwestii statusu prawnego gmin ży­dowskich oraz wsparciem dla szkolnictwa religijnego.

Połowa 1935 r. wyznacza początek niepomyślnej ery w stosunkach polsko-żydowskich. Śmierć Piłsudskiego umożliwiła ujawnienie się no­wych tendencji w podejściu do kwestii żydowskiej w obozie piłsudczy­kowskim, dotąd kontrolowanym i spajanym przez Marszałka. Do głosu doszło skrzydło akcentujące hasła nacjonalistyczne. Jednocześnie ugru­powania wywodzące się z endecji ze Stronnictwem Narodowym na czele, zintensyfikowały antyżydowską propagandę, traktując ją rów­nież jako oręż w walce o władzę z rządzącymi krajem piłsudczykami (tzw. sanacją). Piłsudczycy zaś zaostrzali swoje stanowisko w kwestii żydowskiej, obawiając się, że ogarnięte antysemickimi nastrojami społeczeństwo może wynieść do władzy endeków.

Negatywny wpływ na stosunki polsko-żydowskie wywierał trwają­cy w Polsce dłużej niż w innych państwach światowy kryzys gospodar­czy, który wybuchł w 1929 r. i potęgował napięcia społeczne na tle eko­nomicznym. Nie bez znaczenia była także zmiana podejścia do Żydów w sąsiednich Niemczech, gdzie w 1933 r. doszedł do władzy fanatycz­ny antysemita Adolf Hitler. Jego drastyczne antyżydowskie posunięcia nie wywołały specjalnych protestów opinii światowej. Wpływały też na radykalizację postaw wobec Żydów w Polsce.

Wkrótce po śmierci Piłsudskiego w polskich miasteczkach dały się zaobserwować pierwsze oznaki narastającego napięcia. Trudności go­spodarcze stały się łatwą pożywką dla prowadzonej przez endecję ak­cji bojkotu gospodarczego Żydów, który miał spowodować zmniejsze­nie żydowskiego udziału w handlu i rzemiośle, i umożliwić zatrudnienie w tych dziedzinach Polaków. Hasło „Nie kupuj u Żyda” stało się jed­nym z głównych sloganów Stronnictwa Narodowego. Posługiwano się różnymi metodami: poczynając od ulotek wzywających do bojkotowa­nia handlu żydowskiego, poprzez pikiety przed sklepami aż po użycie siły wobec żydowskich straganiarzy i sklepikarzy, a czasem także mimo wszystko kupujących u nich Polaków. Często wystąpienia takie przybierały groźną postać. Wywracano stragany, niszczono towary, bito sprze­dających. Czasem zajścia przenosiły się na okoliczne żydowskie domy, gdzie dochodziło do wybijania szyb i demolowania wnętrz. Czynne ataki na Żydów zdarzały się najczęściej na terenach województw centralnych — białostockiego, warszawskiego, łódzkiego i kieleckiego.

Symbolem antyżydowskich wystąpień tamtego czasu stało się nie­wielkie miasteczko Przytyk koło Radomia, gdzie wiosną 1936 r. doszło do pogromu ludności żydowskiej. Na tutejszych jarmarkach chłopi sprzedawali produkty rolne i zaopatrywali się w wyroby wytwarzane przez żydowskich rzemieślników. Wzrastająca od jesieni 1935 r. agita­cja bojkotowa Stronnictwa Narodowego znajdowała wielu zwolenni­ków w Przytyku i okolicach. Atmosfera stawała coraz bardziej napięta. Jeszcze w końcu 1935 r. — wobec rosnącego wśród Żydów poczucia za­grożenia — powstała żydowska samoobrona, do której należało około 20. młodych ludzi.

Na jarmark 9 marca zjechało ok. 2 tys. chłopów. W pewnym momen­cie przed żydowskim straganem jeden z członków Stronnictwa Narodo­wego próbował odwieść chłopów od kupowania tam chleba. Interwen­cja policji zakończyła się niepowodzeniem. Policjanci otoczeni i atakowa­ni przez tłum wycofali się na komisariat. W tym czasie inna grupa chło­pów zaczęła demolować stragany żydowskie, niszczyć towar i bić Żydów. Wówczas do zajść włączyła się żydowska samoobrona. Doszło do licz­nych bójek między Polakami i Żydami. Padły strzały, które zraniły troje Polaków. Na wieść o strzałach powracający już do domu chłopi porzucili swe wozy i uzbrojeni w orczyki zawracali do miasta, wybijając po drodze szyby w żydowskich domach. Z jednego z okien padł strzał, który śmiertelnie ugodził jednego z chłopów. Widok trupa rozpętał żądzę zemsty. Zniszczono kilkadziesiąt mieszkań i sklepów żydowskich, ciężko pobito ponad 20 osób. Policja bezskutecznie próbowała opanować sytuację. Najtragiczniejszy przebieg miał napad na mieszkanie rodziny Minkowskich. Josek Minkowski został zabity na miejscu, jego żona Chaja zmarła w szpi­talu. Wkrótce siły policyjne przybyłe z Radomia przywróciły porządek.

W związku z zajściami przed sądem stanęło 14. Żydów i 42. Pola­ków. Żyd oskarżony o zabicie polskiego chłopa otrzymał karę 8 lat wię­zienia, dwóch innych za strzelanie do chłopów — 6 i 5 lat. Czterej Pola­cy oskarżeni o zabicie Minkowskich zostali uniewinnieni (hańba!).

Do groźnych zajść doszło także m.in. w Grodnie (czerwiec 1935 r.), Mińsku Mazowieckim (czerwiec 1936 r.) i Brześciu nad Bugiem (maj 1937 r.), kiedy zamordowanie Polaka przez Żyda spowodowało odwet ludności polskiej na całej miejscowej społeczności żydowskiej.

Areną antyżydowskich wystąpień stały się także uniwersytety. Już od końca lat dwudziestych liczba studentów żydowskich spadała z ro­ku na rok, głównie w wyniku wymuszania przez organizacje endeckie numerus clausus. Mimo iż zasada przyjmowania na studia nie więcej niż 10% Żydów (co odpowiadało procentowi ludności żydowskiej w państwie) nie została oficjalnie wprowadzona, władze uczelniane prowadziły dyskryminację Żydów przy rekrutacji.

Poczynając od jesieni 1935 r. prawicowe organizacje studenckie z coraz większą natarczywością zaczęły domagać się wprowadzenia getta ławkowego, czyli oddzielnych miejsc dla Żydów w salach wykła­dowych. Siłą zmuszano opornych studentów żydowskich do zajmowa­nia miejsc po lewej stronie sali. Dochodziło przy tym do zajść, podczas których wielu studentów zostało poturbowanych i pobitych. Ich spraw­cy pozostawali w większości bezkarni, mając przychylność nie tylko ko­legów, ale i profesorów. Chociaż minister wyznań religijnych i oświece­nia publicznego oficjalnie wypowiedział się przeciw gettu ławkowemu, upoważnił na początku 1937 r. rektorów do zastosowania środków, które uspokoją sytuację na uczelniach wyższych. W praktyce oznaczało to zgodę na wprowadzenie getta ławkowego. Tylko część profesorów uniwersyteckich zaprotestowała przeciw tym zarządzeniom. Byli wśród m.in.: Tadeusz Kotarbiński, Stefan Czarnowski, Ludwik Krzywicki, Mieczysław Michałowicz, Maria i Stanisław Ossowscy.

Stosunek władz państwowych do antyżydowskich wystąpień nie był jednoznaczny. Z jednej strony władze zapowiadały zwalczanie eks­cesów, które zaburzały porządek publiczny do tego stopnia, że często musiała interweniować policja. W Odrzywole (powiat opoczyński) w końcu listopada 1935 r. doszło do groźnych starć policji z chłopami, którzy próbowali z posterunku odbić aresztowanych za udział w zajściach antyżydowskich. Policja użyła broni. Zginęło kilkunastu chłopów. Z dru­giej strony zdarzały się jednak przypadki, kiedy policja ociągała się z przystąpieniem do akcji. Podczas pogromu w Brześciu nad Bugiem po­licja rozpoczęła zwalczanie rozruchów dopiero w kilkanaście godzin po ich wybuchu. Pomimo iż sprawcy większych zajść stawali przed sądami, wymierzane kary były dość łagodne. Rząd nie wykazał także woli zwal­czania bojkotu gospodarczego, który często prowadził do przemocy.

Wystąpieniom antyżydowskim na ulicach i uniwersytetach, zwalcza­nym przez władze z różną intensywnością, towarzyszyło całkowite prze­orientowanie polityki państwa wobec dróg rozwiązania „kwestii żydowskiej” w Polsce. Rząd doszedł do wniosku, że sprawę może złagodzić tylko zmniejszenie liczby Żydów w kraju. Wkrótce postulat emigracji Żydów siał się podstawowym punktem programu rządowego w kwestii żydow­skiej.

Mimo iż ugrupowania prawicowe coraz częściej przedstawiały pro­jekty ustawowego pozbawienia Żydów praw politycznych i społecznych, w Polsce nigdy nie doszło do wprowadzenia antyżydowskiego ustawo­dawstwa na wzór hitlerowski. Niemniej Sejm w latach 1936-1938 przy­jął kilka ustaw skierowanych przeciw ludności żydowskiej. Na początku 1936 r. został złożony w Sejmie projekt ustawy o całkowitym zakazie ubo­ju rytualnego, uchwalony ostatecznie z rządowymi poprawkami, które zmierzały w kierunku ograniczenia, ale nie całkowitego zakazu. Pracę stra­ciło jednak wiele tysięcy żydowskich rzeźników. Przeciw Żydom — obywa­telom polskim, przebywającym na terytorium III Rzeszy, skierowana była ustawa o pozbawieniu obywatelstwa osób przebywających za granicą.

Inna ustawa, z maja 1938 r, umożliwiła ograniczenie dostępu Ży­dów do adwokatury. Podobne żądania wysuwało także środowisko lekarskie w stosunku do swoich żydowskich kolegów. Wyrazem anty­semickich nastrojów w tych środowiskach było przyjęcie przez część organizacji, zrzeszających adwokatów i lekarzy, tzw. paragrafu aryjskie­go, czyli zapisu o wykluczeniu Żydów z ich szeregów.

Dwuznaczny stosunek do zagadnienia żydowskiego prezentował także kościół katolicki. Potępiał przemoc stosowaną wobec Żydów, na­woływał, by widzieć w Żydach bliźniego, sankcjonował jednak bojkot ekonomiczny i stale ostrzegał przed złym moralnym wpływem Żydów na społeczeństwo polskie.

Wszystkie te wydarzenia wytwarzały wśród Żydów polskich poczu­cie upokorzenia i zagrożenia. Widać było, że ich sytuacja staje się coraz trudniejsza, a Polska zmierza wyraźnie do pozbycia się Żydów ze swe­go terytorium. Być może wiele osób zdecydowałoby się na emigrację, problem jednak leżał w tym, że Żydzi nie mieli dokąd wyjeżdżać i więk­szość nie miała także za co wyjechać. Wielka Brytania, sprawująca mandat Ligi Narodów nad Palestyną, wprowadzała kolejne ograniczenia imigracji żydowskiej, a przy tym pierwszeństwo mieli bardziej zagrożeni Żydzi niemieccy. Inne państwa również nie kwapiły się do przyj­mowania Żydów.

W tej sytuacji w społeczności żydowskiej nastąpiła radykalizacja po­staw, czego skutkiem był wzrost wpływów Bundu. Zyskiwał on nowych zwolenników także dlatego, że podjął zdecydowane działania w obro­nie Żydów przed antysemityzmem. Partia zorganizowała strajk protesta­cyjny wkrótce po wypadkach przytyckich w marcu 1936 r, w którym wzięło udział dwie trzecie ludności żydowskiej. Strajk uzyskał również poparcie działaczy Polskiej Partii Socjalistycznej, która wielokrotnie wy­powiadała się przeciwko antysemityzmowi.

Szczególnie boleśnie skutki antysemityzmu odczuwały osoby żydowskiego pochodzenia, zasymilowane do kultury polskiej. Dość często w prawicowej prasie zdarzały się niewybredne ataki na osoby znane, takie jak Antoni Słonimski, Julian Tuwim czy Bolesław Leśmian. Oskarżano ich o „szarganie mowy prawdziwych Polaków”, antypolskość i „kryptobolszewizm”, porównywano do zgnilizny, publikowano ich „krzywonose” karykatury.

Z jednej strony Polska jawi się więc jako miejsce, gdzie mogła roz­wijać się kultura żydowska, gdzie istniały szkoły — co prawda tylko pry­watne — z wykładowym językiem jidysz i hebrajskim, gdzie ukazywały się setki tytułów żydowskiej prasy i powstawała literatura żydowska. Była także jednym z niewielu krajów, gdzie działało całe spektrum par­tii żydowskich, a w parlamencie zasiadali posłowie żydowscy. Z drugiej strony stała się również miejscem braku tolerancji, narastającej wro­gości wobec Żydów, a nawet ich prześladowań i pogromów.

Pani autorka tego artykułu to osoba, o której prawie nikt nic nie wie, więc pewnie chce zabłysnąć ciętymi zdaniami w powyższym tekście. Zresztą, szkoda autorki, bo widać jak dużo kompleksów i hejtu jest w niej. Może kiedyś uda się jej coś osiągnąć i stać się prawdziwą, liczącą się "krytyczką sztuki", ale póki co to raczej wzbudza niesmak. Bo wystawa "#dziedzictwo" do idealnych nie należy, ale autorce powyższego artykułu można po prostu zarzucić niekompetencję, o czym świadczą choćby błędy w nazwiskach...

Jak można publikować tekst z tyloma błędami? Nie Trębowla, tylko Trembowla, nie hałturnicy, tylko chałturnicy, nie "raczej tą z czasów największej świetności" tylko "raczej TĘ z czasów największej świetności", nie Zamenhoff tylko Zamenhof. Wstyd!

Zatrudnienie korektora nie może przerastać możliwości finansowych Redakcji. To nie pierwszy artykuł z rażącymi błędami.

Nasza działalność jest możliwa dzięki ludziom takim, jak Ty.Wspieraj nas!