Sztuki wizualne

Rośliny robią swoje

Diana Lelonek, Instytut dla żywych rzeczy, 2016 (fot. Marcin Wysocki, za materiały wystawy Najpiękniejsza katastrofa CSW Kronika)

Sztuka ma siłę sprawczą tylko w projektach długoterminowych. W pracy krok po kroku czuję się najlepiej. Nie wierzę w działania chwilowe – ktoś przyjeżdża, robi coś i znika – mówi Diana Lelonek, laureatka Paszportu Polityki 2019 w kategorii sztuki wizualne.

Anna Cieplak: Czy – zgodnie z tytułem wystawy Najpiękniejsza katastrofa, w której brałaś udział w bytomskim CSW Kronika – wszyscy zginiemy?

Diana Lelonek: Prawdopodobnie. Po szczycie klimatycznym jakoś trudno być optymistką, że wyrobimy się z ograniczeniem emisji CO2 w ciągu tych 12 lat, które mamy, by powstrzymać katastrofę. Perspektywa jest dosyć przytłaczająca. Według mnie najsensowniej jest mówić o procesach globalnych za pomocą lokalnych kontekstów. Zajmuje się tym, co pochodzi z najbliższego mi świata. Wtedy jestem w stanie ogarnąć skalę i wierzyć w realne zmiany.

 

To skąd są twoje śmieciorośliny?

Wystarczy pojechać do lasu pod Biłgorajem: tam znalazłam pierwsze plastikowe „skały”, które stają się formami geologicznymi. Śmieciorośliny mają odpowiednie nazwy i często nawiązują do nazw korporacji. Na przykład but adidas, którego znalazłam w lesie, nazwałam „post-adidas environment”.

Diana Lelonek "Instytut dla żywych rzeczy", 2016, instalacja | wystawa: Najpiękniejsza Katastrofa (kurator: Jakub Gawkowski) | CSW Kronika, Bytom | 1.12.2018-4.01.2019 | fot. Marcin Wysocki

Opublikowany przez Kronika Sobota, 22 grudnia 2018

 

Śmieci – post-adidasy – zarastane są przez chwasty, czyli rośliny, których chcemy się pozbyć – kosimy je i plewimy.

Znalazłam kiedyś styropian porośnięty gatunkiem mchu, który zbadała później pracowniczka naukowa z Wydziału Biologii Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Zwykle jest tak, że obiekty zarasta roślinność, która najlepiej sobie radzi na zdegradowanych obiektach. A w tym przypadku styropianem zainteresował się gatunek, który rośnie na skałach i kamieniach, niezbyt pospolity. Potraktował go jak skałę – styropian wszedł w rolę kamienia.

Zaniosłaś go do ogrodu botanicznego z Poznaniu.

Jak idziesz do ogrodu botanicznego, zwykle nie oglądasz takich roślin – tylko ładne, wyselekcjonowane gatunki. By zwrócić uwagę na relacje roślin i obiektów, stworzyłam w poznańskim ogrodzie botanicznym Center of Living Things – Instytut Dla Żywych Rzeczy. Zainspirowały mnie prace naukowe na temat roślin pionierskich, które rosną na terenach postindustrialnych. To jest bardzo ważny temat, bo to są właśnie rośliny przyszłości. A one ciągle są uważane za biedarośliny, chwasty, są powszechne, więc się ich nie chroni.

Zaproponowałam stworzenie w ogrodzie botanicznym działu „postnaturalnego”. Skoro w takich miejscach odtwarza się roślinność wydm morskich, to dlaczego by nie odtworzyć roślinności hałd przemysłowych albo nie pokazać środowiska nielegalnych wysypisk leśnych? Przecież to równie ważne dla natury.

Sama od najmłodszych lat obserwowałaś krajobrazy, którymi się teraz zajmujesz. Dorastałaś w otoczeniu przyrody na postindustrialnych zgliszczach, mieszkałaś zaraz przy dąbrowskiej Hucie Katowice.

Tak, jestem z Dąbrowy Górniczej, gdzie rozpościera się krajobraz antropocenu. Dorastałam w otoczeniu pięknych jezior. Pływałam w nich, nie wiedząc, że to tak naprawdę antropogeniczne jeziora – zalane wyrobiska piasku. Spacerowałam po Pustyni Błędowskiej, która też powstała w wyniku działalności człowieka. Rosną tam gatunki roślin, które nie są właściwe dla tego regionu. Być może dzięki temu, że pochodzę z tych okolic, nigdy nie miałam wbudowanego klasycznego pojęcia natury – że to jest coś nietkniętego ludzką ręką. Dopiero dziś wiem, że miejsca, w które chodziłam jako dziecko, były pełne lasków brzozowych, bo te dobrze się przyjmują na zdegradowanym terenie, i że jest to wynik fuzji procesów naturalnych, industrialnych i kapitalistycznych. To chciałabym pokazać w Center of Living Things.

Bendyk: Klimat, środowisko i kapitalizm, czyli tania natura się kończy

Śmieciorośliny eksponujesz w różnych miejscach, nie tylko w ogrodzie botanicznym. Jednak najważniejsze dzieje się właśnie tam.

Moje obiekty znane są głównie z ekspozycji w galeriach. Natomiast moim zdaniem najciekawsze jest to, co dzieje się w ogrodzie botanicznym. Sztuka ma siłę sprawczą tylko w projektach długoterminowych. W pracy krok po kroku czuję się najlepiej. Nie wierzę w działania chwilowe – ktoś przyjeżdża, robi coś i znika. Nie potrafię wyartykułować wizualnie tego, co jest w ogrodzie botanicznym, żeby zaprezentować to w galerii. W galerii są gabloty, w ogrodzie ich nie ma. Przejęłam starą szklarnię, która nie ma szyb. Jest antytezą ogrodu botanicznego, bo nie jest zaplanowaną przestrzenią, tylko samoistnie się tworzącą. Wydało mi się to idealnym miejscem dla Instytutu.

Diana Lelonek "Instytut dla żywych rzeczy", 2016, instalacja | wystawa: Najpiękniejsza Katastrofa (kurator: Jakub Gawkowski) | CSW Kronika, Bytom | 1.12.2018-4.01.2019 | fot. Marcin Wysocki

Opublikowany przez Kronika Sobota, 22 grudnia 2018

 

Czy spacer po ogrodzie botaniczny może być aktywizmem?

Spacery po ogrodzie botanicznym pokazały mi, jak ważne jest docieranie do ludzi nieoczywistymi sposobami. Oprowadzając rodziny z dziećmi po śmiecioroślinach, miałam wrażenie, że robię coś ważnego, że to jest jakiś rodzaj aktywizmu. Umożliwiło mi to inne spojrzenie na obiekty i rozmieszczenie ich ze względu na gatunki roślin, wpisanie w przestrzeń. Jeśli coś zostało zebrane w lesie iglastym, trafiało do lasu iglastego. Każdy obiekt miał też tabliczkę z opisem. Ludzie entuzjastycznie podeszli do tego projektu, bo otworzył im oczy na to, że nielegalne wysypiska istnieją, że jest ich dużo. Poza tym śmieciorośliny są ładne.

Łagodzka: Nie oburza mnie estetyzacja cierpienia. Bardziej jego trywializacja

A pokazywanie takich ładnych obiektów to nie jest jakiś rodzaj przyzwolenia, estetyzacji zniszczenia?

Moje śmieciorośliny są ostrzeżeniem, a nie estetycznymi obiektami. Nadprodukcja już przekroczyła pojemność Ziemi. Sytuacja oceanu dobrze to oddaje. W przypadku rowów leśnych jest to mniej widoczne, ale wyspy śmieci stają się powodem ginięcia gatunków, bo np. ptaki zjadają śmieci, które wyglądają jak pożywienie, a potem umierają. Absorbują śmieci, ale to staje się też przyczyną ich śmierci.

W Cieszynie robiłaś projekt, w ramach którego łączyłaś upadek dóbr wspólnych (teren po dawnym dworcu PKS) z roślinnością, która wyrasta na jego gruzach. Co te rośliny mówiły nam o kapitalizmie?

W Cieszynie działania dotyczyły konkretnej sytuacji. Ważniejsze niż to, że rośliny wyrosły na zlikwidowanym miejscu, było to, że rośliny wyrosły w miejscu, gdzie sprzedano teren prywatnemu inwestorowi na wybudowanie w dawnej przestrzeni publicznej supermarketu. To miejsce niszczało przez kilka lat i zarosło ciekawymi roślinami. Ich obecność była dowodem na zaniedbania w sferze publicznej.

Cieszyn, czyli teleportacja

Sama pamiętam, jak czekałam na tym dworcu na autobus, gdy jeszcze istniał. Rośliny stały się nośnikiem do mówienia o tym, jak nieodpowiedzialne decyzje zostały tam podjęte. Dworzec został odgrodzony, zamknięty, zasłonięty. Miałam wrażenie, że jak pokaże się te rośliny w kwietnikach – w centralnej części miasta – to unaoczni się, co się stało.

Rośliny, które przesadziłaś z terenu zlikwidowanego dworca do donic w śródmieściu to silne rośliny, zdolne „zawirusować”.

Tak. Jeśli Miejski Zarząd Dróg w Cieszynie nie wymienia rok rocznie ziemi w donicach, można było założyć, że wyrosną ponownie, nawet jeśli nasadzą tam inne kwiaty. Tego typu rośliny są dla mnie symbolem rozsadzania zaplanowanej tkanki. Robią swoje.

Odkrywki to żaden biznes, tylko zwyczajna katastrofa

Pokazujesz ludziom śmieciorośliny w takiej formie, że nie mogą odmówić ich oglądania. Natykają się na nie w reprezentatywnych donicach, w galerii czy ogrodzie botanicznym. Apogeum tego założenia jest twoje ostatnie działanie na hałdzie rokitnikowej. Zrobiłaś soki z roślinności, która wyrosła na zdegradowanych terenach. A teraz ludzie je piją.

Rokitnik jest zasadzany przez kopalnię na terenach poodkrywkowych. Ta sama korporacja, która zdegradowała lokalne środowisko, w ramach rekultywacji nasadza rokitnik. On przyjmuje się łatwo i rozrasta szybko. Dlaczego więc nie mógłby stać się symbolem Konina – zamiast węgla? Jest zdrowy i dobry, a kopalnia zniszczyła już wystarczająco dużo. Region ma niewiele czasu, aby wymyślić alternatywy na przyszłość po zamknięciu odkrywek, a transformacja to obecnie największe wyzwanie. Rokitnik zazwyczaj rośnie na terenach wciąż należących do kopalni. Zbierając go, byliśmy takim minigangiem zbieraczy jagód, przechwytywaliśmy teren. Co odebraliśmy kopalni, przerobiliśmy na soki Rokitnikowa Hałda.

Ale tutaj nie chodzi o ekobranding?

Projekt świadomie nawiązuje do estetyki ekobrandingu. Jest też krytycznym spojrzeniem na procesy, w które kapitalizm wikła konsumenta i odpowiedzialność, jaką przenosi się na jednostkę, żeby odwrócić uwagę od systemowego problemu, z jakim mamy do czynienia. Z drugiej strony taki ekoregionalny produkt – rokitnik wielkopolski – może być początkiem ekonomii społecznej będącej alternatywą dla hegemonii konińskiej kopalni. Tu, w regionie, jak w soczewce skupiają się problemy i procesy globalne, bo to samo dotyczy też innych węglowych regionów na świecie. Żeby transformacja regionu była udana – tj. sprawiedliwa i zapewniająca mieszkańcom alternatywy na przeżycie – nie może być tak, że jedno wielkie  korpo zastępujemy innym wielkim korpo. Trzeba wypracować miks – mniejsze inicjatywy, firmy, kooperatywy, spółdzielnie zamiast jednego olbrzyma – bo jeśli tego zabraknie, wszystko się wali. Rokitnikowa Hałda to utopijna idea – zagłębia rokitnikowego zamiast węglowego, ale też inicjatywa przywracająca te postapokaliptyczne tereny z powrotem mieszkańcom.

Gromadzisz też słoiki z owocami – to opowieści o ludziach.

Słoiki, o których mówisz, pochodzą z miejscowości Izabelin, która wysiedlona została przez kopalnię w tym roku. Przy obu wysiedlonych domach, których fotografie umieściłam na słoikach, rosły brzoskwinie i gruszki. Razem z chłopakami z Konina, z którymi współpracuję przy realizacji Hałdy, wpadliśmy na pomysł, żeby zebrać te owoce – bo te drzewa miały je po raz ostatni. Za rok będzie tutaj już dziura w ziemi. Po Obozie Klimatycznym w gminie Wilczyn zaangażowałam się w te działania długoterminowo. Nie widzę tego jako pojedynczego zadania z efektem, ale jako długofalowy projekt. Dużo się przy tym uczę. Dostrzegam złożoność takich sytuacji: reakcje ludzi, globalność ich losów.

W Koninie jest specyficzna sytuacja. Istnieje tylko jedna kopalnia i jedno przedsiębiorstwo. Nie masz gdzie uciec. Ta odkrywka trzyma całą wschodnią Wielkopolskę. Jeżdżąc tam, zobaczyłam, jakie skutki wywołują odkrywki – nie tylko na ekosystemie, ale też na ludziach. Jedna firma wydobywcza nie tylko wysusza jeziora i lasy, ale też powoduje zmiany w tkance społecznej. Jeśli odkrywka posuwa się dalej, wysiedlane są kolejne miejscowości. Zrywa się więzi społeczne, traci sąsiadów. Niektórzy cieszą się, bo dostaną odszkodowanie i kupią w zamian mieszkanie w Koninie, ale większość – na przykład rolnicy, przywiązani do miejsca, posiadające duże pole – nie chcą go tracić. To szczególnie trudne dla osób starszych. Uważam, że to historie warte opowiedzenia.

„Powinni zamknąć tę kopalnię i iść w cholerę”

Odkrywka zmienia otoczenie tak jak budowa autostrady?

Jedna korporacja kształtuje wszystko, co dookoła – cały krajobraz. Odkrywka to ogromna powierzchnia. Nie było tam wcześniej wzgórz, a teraz są – to wzgórza po zwałach ziemi. Jest naturalny system jezior polodowcowych, ale te wysychają, w zamian powstają sztuczne zbiorniki. Określone gatunki roślin zaczynają zanikać, wysuszają się pola. Kopalnie decydują też o tym, którędy przebiegają drogi. GPS kieruje nas na drogi, których już nie ma, ale na Google Maps są też zaznaczone miejscowości, które zniknęły. Sama zaczęłam używać Google Street View jako archiwum – to jedyne miejsce, gdzie przetrwały pewne widoki. Można przejść się ludzikiem po miejscu, które zniknęło. Zobaczyć, jak wyglądały domy. Klikasz na dziury w ziemi, które nadal opatrzone są nazwą miejscowości z aktualną prognozą pogody dla nich. To jedyne co po nich zostało. Pogoda.

***

Diana Lelonek – artystka wizualna, autorka prac z pogranicza fotografii, instalacji i bioartu. Doktorantka Interdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu. Laureatka Paszportu Polityki 2019 w kategorii sztuki wizualne.

Bio

Anna Cieplak

| Animatorka kultury, pisarka
Animatorka kultury, aktywistka miejska, autorka książek "Zaufanie" (2015), "Ma być czysto" (2016). Na co dzień pracuje z dziećmi i młodzieżą (od 2009 w Świetlicy Krytyki Politycznej "Na Granicy" w Cieszynie), nagrodzona za działalność w zakresie kultury przez MKiDN (2014), stypendystka programu "Aktywność obywatelska" (2015).

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.