Kultura

Ratajczak: Niewidoczna praca redaktorek i redaktorów

W ostatnich latach rosła liczba publikowanych tytułów, malało za to zatrudnienie w wydawnictwach.

O rynku książki w Polsce mówi się jednocześnie bardzo dużo i bardzo niewiele, w zależności od tego, na co zwracamy uwagę – lub też czym dla nas jest ten rynek. Nie brakuje recenzji i omówień najważniejszych publikowanych tytułów, mamy rosnącą liczbę nagród literackich (kto wie, czy wkrótce rządowe agencje nie powołają nowych, dla literatury lepszego sortu?) oraz nagród za książkę naukową, dysponujemy prasą dla miłośników książek i dla fachowców z branży wydawniczej, a także regularnymi badaniami samego rynku książki oraz czytelnictwa. Można niemniej odnieść wrażenie, że o pewnych rzeczach wciąż się nie mówi.

Przemilcza się przede wszystkim pracę ludzi, którzy książki tworzą: od autorów i autorek, przez tłumaczy i tłumaczki, redaktorów i redaktorki, po mnóstwo innych profesji, które przyczyniają się do powstania towaru zwanego książką. I nie chodzi tu nawet o samą sztukę pracy z tekstem czy materialny proces produkcji i dystrybucji książki – na ten temat mieliśmy całkiem niedawno niezły cykl Dwutygodnika Projekt książka, w którym opublikowano wywiady nie tylko z autorem czy wydawczynią, lecz także z drukarzem, księgarzem, specjalistką od promocji, ilustratorką czy składaczem. Spotyka się głosy mówiące o ekonomicznej sytuacji tłumaczy (polecam świetny wywiad z Ryszardem Turczynem), zresztą nie bez powodu powstaje coraz więcej programów dotujących tłumaczenia z i na język polski. O ekonomii politycznej pisania książek było u nas jakiś czas temu parę gorących dyskusji, mamy też do dyspozycji warty polecenia raport Literatura polska po 1989 w świetle teorii Pierre’a Bourdieu, wydany przez korporację ha!art. Niewidoczna jednak, nie tylko w sensie niedoceniania jej istotności, lecz także w jej uwarunkowaniach ekonomicznych, pozostaje praca redaktorek i redaktorów czy korektorek i korektorów.

Za rzadko analizuje się rynek książki jako rynek pracy, który przechodzi obecnie niezwykle gruntowne zmiany (zaryzykowałbym tezę, że najistotniejsze od przełomu wieków).

Strona tytułowa, strona redakcyjna

Jeśli bowiem zaczyna już się mówić o ekonomii rynku książki, to najczęściej regularnie, wręcz rytualnie przytacza się dane o kurczeniu się rynku i spadku średniego nakładu tytułów. W opublikowanym niedawno również w Dwutygodniku tekście Mapa chaosu Krzysztof Cieślik słusznie zwraca uwagę na to, że wiele wydawnictw niechlujnie podchodzi do wydawania książek i może po części same są winne temu, iż czytelnicy książek nie kupują. Zgoda, że czasami wystarczy zatrudnienie lepszego redaktora (i zapłacenie mu nieznacznie większej stawki, plus może zainwestowanie w drugą korektę i rewizję), by tekst stał się dużo strawniejszy, czy wręcz nawet przyjemny w odbiorze. Nie odmawiając słuszności uwagom Cieślika, warto zaznaczyć, że jest to jednak kolejne spojrzenie na pracę redaktorów i redaktorek, albo ogólniej – na pracę wydawniczą, z perspektywy czytelnika. Tego rodzaju obserwacji już trochę było, podobnie jak komentarzy formułowanych z punktu widzenia wydawnictw.

Najczęściej na rynek książki patrzymy zatem z perspektywy strony tytułowej (autor, tytuł, ewentualnie tłumacz, wydawca). Tymczasem spójrzmy na niego z perspektywy strony redakcyjnej, tej, na którą rzadko zaglądamy (jeśli w ogóle) – a szkoda, bo to ona przypomina nam o często niewidocznej pracy redaktorek, korektorów, składaczy, graficzek, redaktorek prowadzących itd. W odniesieniu do rynku sztuki podobną zmianę spojrzenia zaproponowano ostatnio w wydanym przez Bęc Zmianę raporcie Fabryka sztuki, w którym bada się nie tylko pracę artystów, ale też kuratorek i pracowników technicznych. Takiego właśnie spojrzenia brakuje nam w analizach innych sektorów „przemysłów kreatywnych” (czy jak tam się je jeszcze nazywa).

Rynek książki oglądany z perspektywy strony redakcyjnej nie wygląda wesoło, jeszcze mniej wesoło, niż oglądany z perspektywy strony tytułowej. Raport Instytutu Książki o polskim rynku książki w roku 2014 przynosi nam niepokojące dane, które trzeba umieścić w odpowiednim kontekście. Według raportu zatrudnienie w wydawnictwach w 2014 roku wyniosło 5260 osób, co oznacza spadek w stosunku do roku 2013 o 4,5% (z 5480 osób). Problem polega na tym, że jest to najniższy poziom zatrudnienia w sektorze od co najmniej 2002 roku (nie dysponuję danymi dotyczącymi wcześniejszych lat). W raporcie Badanie rynku książki w Polsce Polskiej Izby Książki opublikowanym w 2013 roku zestawiono poziom zatrudnienia na rynku książki od roku 2002 z m.in. wielkością produkcji liczoną w egzemplarzach książek oraz w liczbie publikowanych tytułów. Interesować powinno nas przede wszystkim to ostatnie zestawienie – intensywność i wydajność pracy redaktorek i redaktorów jest w końcu związana nie z liczbą wydrukowanych egzemplarzy, ale z liczbą przygotowanych do druku publikacji.

Zgodnie z przytaczanymi w raporcie danymi w roku 2010 (który był rokiem odznaczającym się trzyprocentowym wzrostem w stosunku do roku poprzedniego, z wciąż wysoką produkcją, krótko mówiąc – był jeszcze niezłym rokiem) zatrudnienie w sektorze było szczytowe i wyniosło ponad 6200 osób. Następnie widzimy gwałtowny spadek zatrudnienia. Niemniej nawet w fatalnym pod tym względem roku 2006 nie spadło ono poniżej 5700 osób. Nastąpiło to dopiero w roku 2012, a w 2014 mieliśmy już zatrudnionych 5260 osób. Produkcja jednak nie może maleć. W 2014 roku (według danych Biblioteki Narodowej) wydano 32 480 tytułów (18 870 pierwszych wydań, choć nie zawsze pierwsze wydania są najbardziej pracochłonne). Tylko w rekordowym pod tym względem roku 2012 wydano znacząco więcej tytułów (34 147). Dla przykładu – w roku 1990 było to ponad 10 500 tytułów, w roku 2000 ponad 22 tysiące.

Średni nakład i sprzedaż cały czas spadają, tak więc trzeba wydawać więcej, by móc wciąż zarabiać. Robi się to jednak przy jednoczesnym gwałtownym redukowaniu zatrudnienia.

Z pewnością prawdą jest, że wzrasta liczba „usług wydawniczych”, różnego rodzaju imprintów oraz przypadków self-publishingu, czyli autorów, którzy sami siebie wydają, co przyczynia się do zwiększenia liczby publikowanych tytułów, trafiających do czytelnika często po minimalnej czy wręcz żadnej ingerencji redakcyjnej. Niemniej tak duża dysproporcja między wzrostem liczby wydawanych książek a poziomem zatrudnienia musi oznaczać, że znacząca liczba pracowników wydawnictw przeszła na samozatrudnienie (niekoniecznie otworzyli własne wydawnictwa, gdyż liczba publikujących wydawnictw niewiele się zmieniła), przerzucona została na „śmieciówki” lub że po prostu znacząco wzrosła intensywność pracy w wydawnictwach.

Rezerwowa armia redaktorów

Tak naprawdę miejsce mają wszystkie te procesy naraz. Można oczywiście wytłumaczyć ten spadek zatrudnienia działaniami poprzedniej ekipy rządzącej – wprowadzeniem darmowego podręcznika do szkół podstawowych, który odebrał olbrzymie zyski wydawnictwom szkolnym. Jak i – o czym się już mniej mówiło – wycofaniem się MNiSW w 2012 roku z programu dotowania podręczników akademickich. Ten drugi powód jest szczególnie ciekawy, gdyż stanowił jeden z etapów gwałtownej transformacji rynku książki naukowej w Polsce, który jest w znaczącym stopniu powiązany z publicznymi dotacjami. Te zostały w dużej mierze przeniesione z budżetów uczelni i z samego ministerstwa (które ostatecznie w zeszłym roku zapowiedziało, jeszcze ustami poprzedniej pani minister, wycofanie się z wszelkich dotacji na książki i czasopisma naukowe) do agencji rządowych w rodzaju Narodowego Centrum Nauki lub Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki.

Właściwe opisanie tych zmian wymagałoby osobnego tekstu, natomiast podkreślić należy jedną rzecz: liczba wydawanych książek w zasadzie nie spadła, natomiast zatrudnienie leci w dół na łeb na szyję. Nie jest żadną przesadą mówienie o powstawaniu swego rodzaju „rezerwowej armii redaktorów”, co bezpośrednio wpływa na poziom płac na rynku, który nie tyle nawet nie wzrasta, ile wręcz maleje.

Kogo bowiem najłatwiej przerzucić na „zewnętrzne podwykonawstwo”?

Nie osoby zajmujące się sprzedażą, promocją i dystrybucją (choć z pewnością w tych działach również następuje intensyfikacja pracy) oraz szeroko rozumianym „zarządzaniem”, gdyż te działy są dzisiaj uważane za bezpośrednio „produkcyjne”, czyli bezpośrednio przyczyniające się do sukcesu finansowego. Najłatwiej outsource’ować tych, którzy wytwarzają „kontent”, co zresztą pokazuje, że tak wydawałoby się „archaiczny” sektor, jak rynek książki, podlega tym samym tendencjom, co inne obszary rozwijającej się „gospodarki opartej na wiedzy” (sam preferuję termin „kapitalizm kognitywny”).

Siłaczki przy klawiaturze

Nie spotkałem nigdy ani jednej osoby pracującej jako redaktorka lub redaktor, która przyznałaby, że wynagrodzenia za tę pracę są zadowalające. Generalnie pracy z tekstem przypisuje się w Polsce często ten sam „romantyczny” czy wręcz „społecznikowski” charakter, co na przykład pracy opiekunek w przedszkolach, nauczycielek czy pielęgniarek. „Robię to, co lubię” wydawało się wystarczającym uzasadnieniem za stawkę 100–120 zł brutto za arkusz (40 tys. znaków ze spacjami, czyli ok. 15 stron zestandaryzowanego tekstu) redakcyjnej pracy. Taka stawka jest – ciekawe, czy ktokolwiek mi w tym punkcie zaprzeczy – po prostu niewystarczająca w przeliczeniu na czas pracy (a zdarzają się i niższe). Bywa oczywiście, że redaktor jest w stanie w ciągu dnia zredagować nawet 3 arkusze, siedząc po 12–16 godzin, gdy tekst jest przyjemny, dobrze napisany i ogólnie wymaga tylko wstawiania przecinków. Teksty tego rodzaju trafiają się jednak zdecydowanie za rzadko.

Redakcja to najczęściej żmudna praca z tekstem, która przekłada się na jeden arkusz na dzień pracy, co ledwo przelicza się na wprowadzaną właśnie minimalną stawkę godzinową. A mówimy tutaj o wysoko wykwalifikowanej sile roboczej, posiadającej najczęściej wyższe wykształcenie, nierzadko znającej języki obce, która musi się nieustannie dokształcać, najczęściej od nowa przy każdym kolejnym tekście. Nic dziwnego zatem, że profesjonalnych redaktorek i redaktorów jest niezwykle mało, coraz mniej, i że można zaobserwować spadek poziomu redakcji książek (zwłaszcza książek naukowych). Nie powinno to znowu aż tak dziwić – gdy płace niskie, to i motywacja w zasadzie tylko „romantyczna”. Nieprzypadkowa jest korelacja między niskimi zarobkami redaktorek i redaktorów a faktem, że w zawodzie tym pracują przeważnie kobiety. Tak samo zresztą jak nieprzypadkowa jest przewaga kobiet wśród opiekunek w przedszkolach, nauczycielek czy pielęgniarek.

Związek zawodowy?

Duże zmiany w warunkach pracy redaktorów i redaktorek, zatrudnionych w większości na umowach cywilnoprawnych, wprowadzą ostatnie działania ZUS, który zaczyna wymuszać na wydawnictwach podpisywanie z redaktorkami i korektorkami umów zlecenie zamiast umów o dzieło. Oznacza to, że umowy na redakcję i korekty będą objęte obowiązkowymi składkami na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne. Ogólnie jest to działanie, któremu nie można odmówić pewnej słuszności – nie chodzi nawet o to, czy praca redakcyjna jest rzeczywiście raczej realizacją pewnego zlecenia, a nie wytwarzaniem dzieła, ale o to, że osoby wykonujące pracę redakcyjną (i tylko tę pracę) powinny być objęte chociażby ubezpieczeniem zdrowotnym, nie mówiąc już o przyszłej emeryturze. Niemniej w sytuacji, w której wydawnictwa raczej nie będą zatrudniały na etat (przecież sprzedaż nie rośnie), koszt tych składek zostanie prawdopodobnie zrzucony na wykonawców, co w praktyce będzie oznaczało zmniejszenie ich i tak już skromnych dochodów.

Redaktorzy i redaktorki (podobnie zresztą jak i inne zawody na rynku książki) nie mają, w przeciwieństwie do autorów i tłumaczek, jakichkolwiek organizacji dbających o ich interesy i przestrzeganie standardów pracy redaktorskiej. Nie kojarzę również, by jakikolwiek związek zawodowy skupił się na ich sytuacji. Ten brak reprezentacji może doprowadzić do dalszych, bardzo niekorzystnych dla nich zmian na rynku książki, które odbiją się czkawką także autorkom, tłumaczom i czytelniczkom.

Najbardziej przewidywalnym scenariuszem dla rynku książki w Polsce jest jego postępująca monopolizacja, co już jest widoczne na przykład wśród hurtowni i sprzedawców detalicznych (czemu może częściowo przeciwstawić się wyczekiwana ustawa o jednolitej cenie książki).

Trudno powiedzieć, jakie efekty ta monopolizacja będzie miała dla struktury zatrudnienia, gdyż zależeć to będzie od aktywności państwa – zarówno od ogólnych regulacji dotyczących stabilności zatrudnienia, jak i od programów dotowania różnych publikacji. Rynek książki w Polsce jest bowiem w dużej mierze swego rodzaju publiczno-prywatną hybrydą i na działania państwa pozostaje bardzo wrażliwy. Jednym z efektów tych zmian, zwłaszcza w sytuacji zmniejszającej się stabilności zatrudnienia na tym rynku, może być powstanie agencji pośredniczących między dużymi wydawcami a rzeszą niezależnych „wykonawców usług redakcyjnych” (prawa autorskie do nazwy zastrzeżone!). Obecnie bowiem jednym z najważniejszych „kapitałów” zatrudnionych w wydawnictwach redaktorów i redaktorek prowadzących są ich kontakty do sprawdzonych i znających się na danej tematyce osób parających się redakcją. W momencie, w którym rotacja osób w dużych wydawnictwach przyśpieszy, zarządzanie tym „kapitałem” może zostać przejęte przez zewnętrzne agencje specjalizujące się w „dopasowywaniu odpowiednich, unikatowych kompetencji wykonawców usług redakcyjnych do specjalistycznych potrzeb podmiotów wydawniczych” (copyright!).

Zapewniłoby to dużym wydawnictwom stabilność procesu wydawniczego przy dużej elastyczności zatrudnienia osób odpowiedzialnych za „kontent”. Już zresztą powstają agencje wydające książki. Bywa, że wydawnictwo sprowadza się do osób zarządzających prawami autorskimi, licencjami, logiem i marketingiem, a cały (męczący, kosztowny, żmudny itd.) proces przygotowania tekstu zlecany jest agencji. W takich wypadkach redaktorzy nie mają już z wydawcą żadnego kontaktu.

Można wyjść temu procesowi naprzeciw, tworząc stowarzyszenia, bazy kontaktów lub choćby nawet profile w mediach społecznościowych (na Facebooku są już takowe), które pomagałyby w wymienianiu się doświadczeniami, informacjami o zleceniach, opiniami o praco- i zleceniodawcach. Nic jednak nie zastąpi odpowiedniej reprezentacji interesów pracowniczych, która przy tak dużym spadku (pardon: uelastycznieniu) zatrudnienia będzie po prostu trudna do zorganizowania. To, co przydałoby się obecnie najbardziej, to odpowiednio przygotowane badanie o rynku książki jako rynku pracy, obejmujące również osoby pracujące na nim na umowach cywilnoprawnych. Rynkowi temu należy się bowiem przyglądać nie tylko jako realizującemu, oprócz zysków, pewną misję, ale także jako temu sektorowi, który niezwykle silnie odczuwa technologiczną, społeczną i ekonomiczną transformację współczesnych gospodarek.

Automat do pisania

Tekst jako tekst z pewnością będzie nam towarzyszył jeszcze długo, choć nie jest do końca pewne, czy w postaci takiej książki, jaką znamy dzisiaj. Przyszłość książki to obecnie jednak w mniejszym stopniu kwestia „czysto” techniczna, a w większym kwestia kondycji pracy na tym rynku. I nie tylko na nim. Nie chodzi już tu bowiem wyłącznie o nowe technologie dystrybucji tekstu, ale także jego produkcji. Algorytmy do tłumaczenia, redagowania, a nawet pisania tekstów (np. krótkich newsów sportowych i gospodarczych) są coraz powszechniej używane, radykalnie przeobrażając warunki pracy w różnych sektorach gospodarki – pisze o tym z perspektywy dziennikarki oraz filozofki techniki Mercedes Bunz w książce Die Stille Revolution.

Ogólnie rzecz biorąc, rynek książki nie wymaga tylko jednej czy dwóch ustaw, wymaga głębokiego przemyślenia, czym jest i czym ma być. Naszą perspektywą nie powinny być kosmetyczne zmiany regulujące tę publiczno-prywatną hybrydę, lecz projekty wykraczające daleko poza obecny stan rzeczy. Wartą szerokiej dyskusji jest obecna w programie partii Razem, moim zdaniem jak najbardziej słuszna, idea powołania centralnego wydawnictwa naukowego (którą to funkcję, przed prywatyzacją na początku lat 90., pełniło Państwowe Wydawnictwo Naukowe). Równie istotne byłoby wprowadzenie szeregu zastrzeżeń w istniejących programach wspierających publikację książek (np. Instytut Książki, NPRH) dotyczących warunków pracy osób zatrudnionych przy realizacji tych projektów, także przez podmioty zagraniczne, wydające obcojęzyczne przekłady polskich książek. Zastrzeżenia takie mają niektóre programy dotujące tłumaczenia z języków obcych, określające np. minimalną stawkę za tłumaczenie w umowie z tłumaczem.

Wszelkie tego rodzaju rozważania, podobnie zresztą jak wszelkie programy poprawy statystyk czytelnictwa czy podwyższenia jakości książek naukowych, mogą jednak zakończyć się fiaskiem, jeśli nie będziemy uwzględniać warunków niewidocznej pracy redaktorów i redaktorek, a także innych osób tworzących książki, publikacje, artykuły czy raporty.

***

Mikołaj Ratajczakfilozof, redaktor i tłumacz. Członek zespołu redakcyjnego czasopisma naukowego „Praktyka Teoretyczna”. W latach 2012–2015 wydawca filozofii i nauk społecznych w Wydawnictwie Naukowym PWN. Wydawca lub współwydawca ponad 60 książek, w tym m.in. polskich przekładów seminariów Jacques’a Lacana, wykładów Michela Foucaulta, Prekariatu i Karty prekariatu Guya Standinga, Globalnego Minotaura Yanisa Varoufakisa oraz Męskich fantazji Klausa Theweleita.  

 

 **Dziennik Opinii nr 49/2016 (1199)

 

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.