Kultura

Poeta precarius

Poeci prekarni

Koniec mitu jedności w poezji. Czas obudzić się na podziały klasowe. Wiersz nie jest cudem. To efekt pracy.

Próżnia pozorna

Wiersze się nie sprzedają. Nie mają reklam. Nie są publikowane w dziennikach czy tygodnikach. Recenzje książek krążą przeważnie w niskonakładowych czasopismach literackich. Wywiady z poetami podobnie. Poezja współczesna nie odnajduje się na wolnorynkowym gruncie, więc rzadko może liczyć na czytelnika spoza zaklętego kręgu krytyko-poetów.

Twórcy-wytwórcy opublikują niekiedy w czasopiśmie literackim wiersz na umowę o dzieło, ale generalnie ze sprzedaży tomów czy spotkań nie mają dochodu, z którego mogliby się utrzymywać. Zostają skazani na stypendia przyznawane przez elity obowiązującej władzy i na nagrody przyznawane przez elity intelektualne, zwykle etatowych pracowników uniwersytetów. Dlatego schlebianie ich gustom, często totalnie oderwanym od codziennych problemów twórców, daje zwyczajnie większe szanse na zarobkowanie z poezji.

To elity ustawiają poetyckie hierarchie i kanony, nie czytelnicy. Nagród literackich, których kwota pozwala się przez jakiś czas utrzymać, jest tylko kilka. Ilość stypendiów też jest ograniczona. Prestiż funkcjonuje często niezależnie od wynagrodzenia finansowego – w polu literatury panują warunki niesparametryzowanej uznaniowej gratyfikacji. Większość poetów i poetek pracuje gdzie indziej, mierzy się więc z takimi samymi problemami jak inni pracownicy i pracownice. Nie są żadną elitą. Walczą po tej stronie, co inni wyzyskiwani.

Podczas tegorocznego Kongresu Kultury poeta Szczepan Kopyt na pytanie „po co elity?” stwierdził, że właśnie nie wie, po co. Postawił się w pozycji osób pracujących na śmieciówkach, ok. 30% społeczeństwa. Opowiedział o nieudanych próbach porozumienia z elitami władzy poprzedniego rządu w ramach Inicjatywy Pracowniczej oraz o udziale w czarnym strajku razem z tysiącami kobiet, których podobnie jak jego nie stać na wyjazd za granicę, by tam przeprowadzić legalną aborcję. I to po stronie tej większości będzie walczył, a nie elit. Interesy elit nie są jego interesami, mimo iż to one przyznają mu pieniądze na życie. A właściwie dokładnie dlatego: interesy pracodawcy nie są interesami pracownika, interesy właściciela kamienicy – interesami lokatora, a interesy właściciela rzeźni – interesami świni.

Fałszywa świadomość podatników kultury

Problem w tym, że wspominanie o tym w wierszach jest często uznawane za tendencyjne. Takim ocenom patronuje założenie o mocnym podziale na wartość poetycką i polityczną. Pozwala mówić o wierszach jako neutralnej, wiążącej „ponad podziałami” idei bez wgłębiania się w systemowe czy poglądowe różnice, które zaburzyłyby pozornie harmonijne współistnienie miłośników wierszy. Po 1989 r. gdy strach przed „zideologizowaniem poezji” nie odpuszcza, cenione są tematy pozornie uniwersalne, które wyrównują pozycję, niezależnie od warunków życia, i tworzą jakieś domniemane porozumienie.

Zresztą, jaka w ogóle aktualność, gdy tu się toczy gra o nieśmiertelność? Znamienne, że Rybicki przy pisaniu o poezji Kopyta zarzucał mu, że „doraźnością zakopcił swoje wiersze”. Na niedawnym spotkaniu w Poznaniu Poezja polska i sytuacja polityczna 2006 vs 2016 Darek Foks powiedział, że doskwiera mu obecna sytuacja polityczna, ale czy o tym właśnie ma napisać wiersz? Marcin Sendecki zaśmiał się, że przecież jasne, że nie. Otóż właśnie o tym. Tak robią choćby Jaś Kapela i Dominika Dymińska, gdy publikują swoje zaangażowane wiersze w Krytyce Politycznej; albo kolektyw poetycki Rozdzielczość Chleba, kiedy na fanpejdżu टट्टी Z U S w a v e przedstawiał smutne meandry życia pracowników prekarnych, dla których ubezpieczenie społeczne to nowe american dream. Równie nieosiągalne.

Autonomia i nieśmiertelność a wyzysk

Zacieranie realnych różnic prowadzi do instytucjonalnej dominacji jednej wizji nad innymi bez możliwości jej zmiany – w przypadku poezji to wizja etatowych czytelników zatrudnionych na uniwersytetach. Przestrzenie władzy i podporządkowania ukrywane są pod pluralistyczną ideą uczelnianej „autonomii”. Taki „konsensus” oparty jest na aktach wykluczenia – nie jest żadną idealistyczną „zgodą”. To cicha ugoda, jakiego modelu dominacja będzie działać w danym układzie. Odpowiedzią na tę przemoc jest konflikt: antagonizm. On nie udaje całościowego porozumienia. Otwiera konieczność przedyskutowania strategii i starcia rozmaitych wizji wspólnoty, by świadomie wybrać te najwłaściwsze. Nie wmawia, że wszystkich zadowoli, ale daje poszczególnym członkom i grupom wybór, więc podmiotowość.

Syndrom sztokholmski [polemika]

W kapitalizmie fałszywa autonomia instytucji utrzymuje się przez ich formalną apolityczność. Rzekomo akademicy działają w tej samej sprawie, odrzucając prywatyzację uczelni czy nacjonalizm. Nie mają jednak żadnej konkretnej wspólnej wizji poza wzniosłą ideą autonomii. Tak szeroka i niedookreślona idea zrównuje interesy wszystkich zarówno pod kątem poglądów, jak i pozycji: profesorów na etatach, adiunktów, prowadzące za darmo ćwiczenia doktorantki ze stypendium lub bez, poetów, których wiersze są omawiane na zajęciach, czy sprzątaczki na umowie o dzieło. Opcja „ponad podziałami” pozwala ukryć podział pracy. Pod pozorami apolityczności i no logo – w istocie zezwala na władzę i decyzyjność najsilniejszych. Wówczas okazuje się nagle, że pod zasłoną walki o autonomię uczelni, poezji czy instytucji, walczyliśmy o autonomię uczelni, poezji czy instytucji działającej na kapitalistycznych zasadach. A przecież zupełnie nie. Możliwość wpływu na wybór, więc i podmiotowość, zostaje nam odebrana.

Pod pozorami apolityczności i no logo – w istocie zezwala na władzę i decyzyjność najsilniejszych.

Wystarczy przypomnieć sobie casus tzw. „kompromisu” aborcyjnego, by złapać, w czym rzecz. Albo zajrzeć do dokumentów programowych PPS Rewolucja Demokratyczna Józefa Piniora i Piotra Ikonowicza, na temat wyników „okrągłego stołu” z 1989 r.:

„Sojusz zawarty przez elitę opozycji i nomenklaturę opiera się na zgodzie co do prorynkowego i prokapitalistycznego kierunku przemian w gospodarce. Jego bezpośrednim skutkiem jest uratowanie panowania nomenklatury za cenę dopuszczenia części opozycji do udziału we władzy. Jednocześnie NSZZ Solidarność jest przekształcany z organizacji walczącej o prawa i interesy pracownicze w instrument sprawowania władzy.”

Autonomia dotyczyć może wspólnot politycznych czy pracowniczych. Nie jest ideą konsolidującą tych, którzy mają władzę, i tych, którzy jej podlegają. Wspólnoty apolityczne nie są w stanie działać na rzecz konkretnych zmian, utrzymują więc system w interesie uprzywilejowanych. Inne interesy mają poeci, a inne zatrudnieni na uniwersytetach krytycy. Inne uznający poezję za nieszkodliwe hobby, a inne za codzienną pracę. Gdy walczą o „poezję”, nie walczą o to samo. Przedkładanie idei poezji ponad ich realne potrzeby i życia to przedkładanie martwego fantazmatu uprzywilejowanej klasy ponad żywe i odczuwające osoby. To jak walka prolajfowców o świętość nieodczuwającego zarodka kosztem odczuwającej matki. W istocie to walka o utrzymanie symbolicznego status quo, które nie dopuszcza do sztuki jakichkolwiek realnych społecznych problemów. W wierszach lepiej o nich nie wspominać, by nie zakopcić uniwersalnych utworów doraźnością. Nieśmiertelność poety jest istotniejsza niż jego życie.

Poezja prekarna

Nieśmiertelność parobka też była istotniejsza niż jego życie. Matka Teresa powtarzała: „Jest czymś bardzo pięknym widzieć, jak ubodzy przyjmują swój los, znosząc go jako mękę Jezusa Chrystusa. Swoim cierpieniem wzbogacają świat”, więc budowała dla nich umieralnie, nie szpitale. Człowiek głodny i znoszący cierpienie w życiu zasługuje na nieśmiertelność po nim. Poeta głodny i znoszący cierpienie w życiu również. Stabilność życiowa to nie jest coś, co sprzyja dobrej literaturze – wedle narracji tych, którzy jednak tę stabilność mają, gdy opowiadają o nędzy i utworach poetów w ramach swojej pracy. Bieda to boski, poetycki dar: dzięki niemu ludzie i poeci mogą być dobrymi ludźmi i dobrymi poetami. Dzięki ci, o, kapitalizmie, bez ciebie mogłoby być nam dobrze, więc bylibyśmy tacy źli.

Podział pracy ustawia relacje wiedzy-władzy w polu poezji. Inaczej pracują pracownicy najemni piszący poezję bez stabilności pracy, bez ubezpieczenia i emerytury. Inaczej decydujący o ich losach i zgarniający na nich kapitał symboliczny akademicy zatrudnieni na etatach na uniwersytetach dla których festiwale i udział w jury to tylko dodatkowe pieniądze. Jeszcze inaczej decydujący o pozycji i wynagrodzeniu poetów i krytyków dyrektorzy festiwali czy wydawnictw. Ich zrównanie możliwe jest wyłącznie dzięki nieuwzględnieniu produkcji na rzecz cyrkulacji.

Dzięki ci, o, kapitalizmie, bez ciebie mogłoby być nam dobrze, więc bylibyśmy tacy źli.

Realne stosunki społeczne i podział pracy nie są w ogóle brane pod uwagę dzięki fetyszyzacji towaru, jakim jest wiersz bądź tekst krytyczny. Wiersz nie jest cudem – wiersz wynika z konkretnej codziennej pracy i konkretnych decyzji wykonujących ją pracowników. Tymczasem, jako wiersz-produkt odrywa się od nich i napędza konsumpcyjną machinę kosztem wyzysku pracowników. I choć figura pisarza – niezależnego, palącego papierosa i co rusz zakochującego się w nowych młodych dziewczętach– mogłaby sugerować inaczej, to elitarna pozycja dotyczy tylko niewielkiej części pracowników poezji. Bo też rola ta jest sformatowana pod grupę decydentów tej branży. I ich głównie bawi. Dla innych jest zwyczajnie seksistowska i klasistowska. To nie są ich problemy, bo oni są jak najbardziej zależni albo na przykład są kobietami.

Pole poezji istnieje dziś jako wsobny feudalny rezerwat tradycji i myśli. W pełni podporządkowany romantycznemu mesjanizmowi, nie zabiega o relacje z innymi polami i czytelnika. Sam sobie – na poziomie decyzyjnych elit zatrudnionych na uczelniach i udających elity natchnionych wieszczów, których nie obchodzą tak przyziemne sprawy jak pieniądze – wystarcza. Ładnie to obrazuje głos Jacka Dehnela w dyskusji o zarobkach pisarzy wywołanej ponad dwa lata temu przez Kaję Malanowską. Poeta przywracał pisarkę do porządku, przypominając, że w poezji jej nad wyraz niskie wynagrodzenie za powieść to kokosy. Inny poeta, Tomasz Bąk kpi z tego tak:

„Pieniądze zaczynają wyrastać jak grzyby po deszczu!
Ignoruję je wszystkie. Jestem poetą.
znam drogę i nie potrzebuje pieniędzy.
Utrzymują mnie rodzice.”

Z kolei w wywiadzie z Konradem Górą Dawid Mateusz pokusił się o zarys codziennej sytuacji pracowników poezji, którzy muszą się obchodzić bez kokosów:

„Chyba najważniejszą rzeczą, jaką się nauczyłem od Ryby, jest: mówić i nie oddawać tego ostatniego pola walki, bo jeśli to oddamy, to nikt za nas niczego nie powie. Prawie niczego nie jem i nie śpię od ponad tygodnia. Jak dobrze wiesz, człowiek funkcjonuje wtedy bardzo dobrze świadomościowo i intelektualnie, a bardzo źle emocjonalnie. Jeżeli mówić o niepisaniu Pawła, to ja opowiem historię: w 2013 kończyłem ostatnią robotę w Norwegii – standardowo, malowanie. Po ostatnim dniu pracy położyłem się w namiocie pod Oslo. Nie mogłem się doczekać wypłaty rano, bo mój żołądek żywił się już chyba tylko nerkami. Szef, Polak, przyjechał w nocy do mieszkania, w którym malowałem i pobrudził farbą podłogę, ściany, etc. Po czym rano zadzwonił do mnie ze słowami, że ujebałem całe mieszkanie, że on będzie musiał zwracać kasę tym Norwegom i nie dostane ani grosza (z 9000 zaległych koron). Kilka godzin później miałem odlot samolotu. Typ dorzucił jeszcze, że nadaję się tylko do tego, żeby mi odrąbać głowę i do niej nasrać. A ja leżałem z tą słuchawką w tym namiocie i nie mogłem jej odłożyć. Było to doświadczenie mocno graniczne i otrzeźwiające. Do tamtej pory nie zdawałem sobie sprawy na jakim etapie społecznej pogardy jesteśmy. Kilka dni temu, natomiast, słyszałem od Dawida Kujawy, że zastanawia się nad całkowitym rzuceniem literatury, bo nie ma za co jedzenia kupić i podupada na zdrowiu. Mówię o tym wszystkim, żeby uświadomić, chyba również ostatecznie sobie, że myśmy sami ten system wzajemnej, zapętlającej się pogardy i wykluczenia stworzyli. Dlatego chciałbym żeby Paweł Markowski mówił. I żebyśmy wszyscy o tym mówili, Pawle, Konradzie, Robercie, Dawidzie, Maćku, Tomku, Kamilu i Ty – drugi Kamilu, który z poważnym zakrzepem w nodze nie możesz iść do szpitala, bo nie masz za co go opłacić, więc odurzasz się alkoholem, żeby o tym zapomnieć, choć absolutnie nie wolno Ci pić. Wszyscy. To już jest ostatni moment. Mówmy.”

Wspomniany tutaj Robert Rybicki napisał w niedawno opublikowanym wierszu:

„jako synek z osiedla robotniczego na ślunsku
wiem co to jest robotnicy praca zakład pracy wypłata bary przyzakładowe i lumpenproletariat”

Cała reszta wiersza to seksistowski opis spotkania podczas Międzynarodowego Festiwalu Poezji Silesius we Wrocławiu, na którym poeci Przemysław Witkowski, Jaś Kapela i Szczepan Kopyt wystąpili w sukienkach, by wyrazić swoją niezgodę na brak kobiet w tak skonstruowanym panelu (jedyna zaplanowana w dziesięcioosobowym składzie poetka, Justyna Bargielska, wycofała się). W utworze Rybickiego feminizm kreowany jest jako zachcianka klasy średniej, sztuczny wytwór kawiorowej lewicy. Justyna Bargielska, nazywana w wierszu „laleczką bargie” (a poeci występujący w akcji – „ogolonymi cipami”), po publikacji tego utworu napisała na Facebooku: „Nawet nie wiem, jak to skomentować. Gdyby mi Pan jeszcze wskazał, gdzie – przez pomyłkę lub głupotę – zostawiłam tę parasolkę, pod którą żyję? Bo, serio, poczucie finansowego bezpieczeństwa to nie jest coś, co mi towarzyszy na co dzień”. Jaś Kapela z kolei przed festiwalem Silesius przyznał, że chętnie odmówiłby udziału w tak skrajnie zmaskulinizowanym spotkaniu, ale go na to nie stać, do końca miesiąca zostało mu bowiem 96 zł. I on, i Bargielska, i Rybicki za wiersz albo tekst krytyczny otrzymują wynagrodzenie w ramach umowy o dzieło, tak samo niskie, tak samo okazjonalne, tak samo niezapewniające ubezpieczenia ani emerytury. I pewnie podobnie chcą w tym zakresie zmiany.

Związek zawodowy poetek

Dlaczego zatem związek zawodowy to wciąż utopia, o której z zapałem opowiada Rybicki? Bo w warunkach alienującej pracy najemnej poeci rywalizują o należne im miejsce na poetyckim parnasie (więc i nagrody czy wynagrodzenie), traktując innych jako rywali, a nie jako pracowników tego samego pola znajdujących się w podobnej sytuacji i potrzebujących podobnych zmian. Nie ma mowy o jakiejkolwiek współpracy, gdy nieśmiertelność to przywilej kilku „wybranych”’. Seksistowski atak Rybickiego na walczących o równość w wielu przestrzeniach poetów wydaje się tym absurdalniejszy, że poeci w swojej poetyckiej pracy podzielają prekarny tryb życia, który – w koncepcji Guya Standinga – wiąże się z globalną feminizacją pracy: uelastycznionej, tymczasowej, bez zabezpieczeń, w niepełnym wymiarze godzin, nieregularnej i krótkoterminowej. Poeci! Wszyscy jesteście poetkami, pogódźcie się z tym! Walka z podporządkowaniem kobiet to także walka z ekonomicznym wyzyskiem. I na odwrót.

Poezja gra kulturę „wysoką”, ale poetki i poeci nie są elitą. Nie mają szerokiej możliwości zabierania głosu, pracują w zamkniętej przestrzeni, której reguł nie są w stanie ustalać, na niestabilnych formach zatrudnienia, wykluczeni z systemu ubezpieczeniowego i emerytalnego. Podobnie jak cały prekariat. „Umowa o dzieło” dotyczy w takim samym stopniu sprzątania uniwersytetu, jak i wytwarzania wierszy – ani jedno, ani drugie nie jest dziełem czy arcydziełem, lecz codzienną pracą. Poetki nie są też w stanie przeprowadzić legalnej aborcji w Polsce. Podobnie jak inne Polki. Poezja jest blisko ruchów politycznych i wolnościowych, ale nie dlatego, że jest – jako abstrakcyjna idea – wolna. Dlatego, że warunki życia części poetów i ich interesy, oraz wynikające z nich i obrane przez nich strategie, są podobne do warunków życia i interesów dużej części innych pracowników. Niekoniecznie kultury.

I dokładnie dlatego tak rozumiana poezja – poezja zaangażowana – jest rzeczywiście uniwersalna. Nie dotyczy wyłącznie uprzywilejowanej szajki decydujących, lecz reprezentuje szersze grupy społeczne, które często nie mają do głosu prawa czy dostępu. To perspektywa, którą Szczepan Kopyt forsuje w swoich wierszach od wielu lat. To także perspektywa, która stała się podstawą młodej poezji zaangażowanej: wierszy Kiry Pietrek, Rafała Krausego, Kamili Janiak, Ilony Witkowskiej, Jasia Kapeli, Dominiki Dymińskiej czy Tomasza Bąka. Poetki i poeci zaangażowani razem z innymi nieuprzywilejowanymi domagają się zmian – codziennych, doraźnych i politycznych. Tak samo ich potrzebują.

Bio

Maja Staśko

| Krytyczka literacka
Maja Staśko – krytyczka literacka, doktorantka interdyscyplinarnych studiów w Instytucie Filologii Polskiej UAM. Współpracuje m.in. z „Ha!artem” i „Wakatem”.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Bardzo to jest wszystko przejmujące, nie mówiąc o tym, że świetnie napisane.
Nie widać wprawdzie, czy tekst niesie w sobie krytykę tego czegoś, co nazywamy "systemem", a co nie daje poetom więcej kasy, czy apologię poezji (zwłaszcza) zaangażowanej, czy jeszcze coś... - ale jest to bardzo ciekawe. Choć to, co uderza najbardziej, to absolutna standardowość tego, o czym pisze Autorka - i tego, co pisze. Zobaczymy za jakiś czas, kiedy młodzi, zbuntowani dziś poeci (oczywiście ci najbardziej zdeterminowani i z dobrymi znajomościami) nałykają się nagród i różnych chałtur, a zwłaszcza środowiskowej popularności i staną się tak syci, że nic im nie będzie tak naprawdę przeszkadzało (bo tak na niby różne rzeczy będą na pewno, żeby podtrzymać etos), a Autorka będzie już trwale należała do tych intelektualnych elit, co to przyznają nagrody i sądzą, że krzewią kulturę - i też się nasyci.
Mam wrażenie, że uczciwość można zachować tylko pozostając po naszej stronie - anonimowych czytelników, którzy kupują książki (te z wierszami też - my serio istniejemy, nie czytacie się sami nawzajem :)), czytają je nie oczekując za to gratyfikacji :).
Moim bohaterem będzie poeta, który nie będzie się żalił w wywiadach na ubóstwo, tylko powie, że pieniędzy ma niedużo, ale za to ma głowę wolną od żenujących korporacyjnych obowiązków. Czy coś...

Nie wystarczy wiedzieć - trzeba rozumieć.Wspieraj nas!