Muzyka

Gdy piosenka szła do wojska

W Moskwie Władimir Putin awansował Jaromíra Nohavicę na generała. Jednak to nie piosenkarz rozpoczął tę wojnę kulturową.

Na tym zdjęciu śmieszne jest niemal wszystko. Zarośnięty, potężny, niemal dwumetrowy facet o posturze goryla, wciśnięty w niedopasowaną marynarkę z przekrzywionym krawatem, stoi u boku chuchra, które dla odmiany przypomina uroczą ceramiczną figurkę. W rzeczywistości ten mały to jeden z najpotężniejszych mężczyzn na świecie, a obok niego stoi czeski piosenkarz, odbierający właśnie nagrodę państwową. Kiedy w niedzielę 4 listopada Jaromír Nohavica otrzymał z rąk rosyjskiego prezydenta Władimira Putina Medal Puszkina, w Czechach wywołało to duże wzburzenie. Liberalna elita biła na alarm, na Twitterze pojawiły się oburzone okrzyki deklarujące usuwanie płyt Nohavicy z domowej kolekcji („Jarka Nohavicy słucham od 35 lat. Od dzisiaj już nie!” – napisała na przykład Hana Marvanová) oraz narzekania na zaprzedanie się wrogowi ideologicznemu („Ogromne rozczarowanie, uwielbiałem Jarka Nohavicę, przede wszystkim jego piosenki. Ale okazało się, że jest jedynie użytecznym idiotą” – stwierdził wiceprezes partii TOP 09 Tomáš Czernin).

Z poradnika wolontariusza prawicowego patriotyzmu

Trudno powiedzieć, gdzie ci wszyscy oburzeni ludzie żyli w ciągu ostatnich dziesięciu lat, nie zauważając, że Nohavica ich młodości już od dawna nie istnieje. Dziwne jest raczej to, że nie wyrzucili jego płyt w 2006 roku, kiedy wyszła na jaw jego współpraca z StB (Státní bezpečnost – służba bezpieczeństwa Czechosłowackiej Republiki Socjalistycznej, przyp. tłum.). Nie przeszkadzało im też to, jak trzy lata później śpiewał ordynarnie seksistowski tekst „Měl jsem holku z US/ měla ji jak Suez/ měl jsem holku z SNK/ padala ji podprsenka” (w tłumaczeniu oznacza to mniej więcej: „Miałem dziewczynę z USA, miała muszelkę jak Kanał Sueski; miałem dziewczynę z [partii] SNK, spadał jej stanik”, rymy sobie darujemy – przyp. tłum.), ani kiedy w jego repertuarze zagościły rasistowskie przyśpiewki  niczym z najgorszej speluny („Dežo má nože/ a já panebože/ ani tyč” – „Dežo ma noże, a ja, o mój Boże, [nie mam] nawet kija”). Jednak Marvanová czy Czernin robią czystkę w domowych dyskografiach dopiero po pocałunku od Putina, ponieważ wszystkie wcześniejsze przewiny piosenkarza szczególnie ich nie raziły.


W Czechach obowiązuje zasada: sławny raz – sławny na zawsze. Pamięć kulturowa narodu jest stosunkowo wyrozumiała i raz już kanonizowane osobistości popkultury na wieki przetrwają w encyklopedycznej postaci. Nohavica już zawsze będzie więc poczciwcem, który w listopadzie 1989 r. z balkonu wydawnictwa Melantrich śpiewa „Když mě brali za vojáka”. Nie ma się co dziwić, że właściwie nikogo nie uraziły związki Nohavicy z StB.

Nohavica zawsze spoglądał na Wschód

Nagroda od Moskwy jest jak najbardziej zrozumiała, jeśli weźmiemy pod uwagę dyskografię Nohavicy. Rosyjska kultura była mu zawsze bliska; już na pierwszej płycie po 1989 roku, „V tom roce pitomém” („W tym roku durnym”), śpiewał piosenki Władimira Wysockiego i Bułata Okudżawy, którego umuzyczniony wiersz „A przecież mi żal (Aleksander Siergiejewicz Puszkin)” zaintonował też w niedzielę Putinowi. Na pewno łatwiej to zrozumieć, niż gdyby chodziło o na przykład o nagrodę państwową Francji czy Stanów Zjednoczonych. Nohavica po prostu zawsze spoglądał na Wschód, choć reszta czeskiej muzyki pop starała się łapać w żagle wiatr trendów z Zachodu.

W świetnym podsumowaniu kariery Nohavicy opublikowanym w ubiegłym roku na stronie Radia Wave z okazji udzielenia Nohavicy nagrody państwowej przez Zemana Pavel Klusák zauważył być może przełomowy moment w karierze piosenkarza. Nastał on w 2008 roku, kiedy Nohavica wydał album „Ikarus”, pierwszy po ujawnieniu jego współpracy z StB, i przedstawiał w mediach żenujące wykręty („Byłem z dziwką, ale siedziałem z nią tylko w kawiarni, nie poszliśmy do pokoju”). Oficjalne media schlastały płytę. Jedyna w zasadzie pozytywna recenzja wyszła spod pióra Jany Dědečkovej, członkini Rady Telewizji Czeskiej w czasie kryzysu telewizyjnego i krytyczki telewizji publicznej: „Nie wiem, nie wiem, czy porządni, prawi i nieutalentowani kiedykolwiek Ci wybaczą. Ale wiem, że Twoi słuchacze, którzy znajdują w Twoich wersach swoje własne nie czarno-białe życie i z którymi również Ty chcesz przemierzać kosmos, wciąż będą zapełniać Twoje sale koncertowe” – tymi słowami kończy się niezwykle służalcza recenzja. Następnie Dědečková zaprosiła Nohavicę do swojego „prawicowego portalu opinii” Virtually.cz, gdzie przez trzy lata (2009–2012) publikował krótkie piosenki-komentarze na aktualne tematy polityczne. Oczywiście harmonizowały one ideowo z antyeuropejskimi teoriami spiskowymi rodem z internetu („Jděte někam s eurem/ my vám naňho seurem” – „Wypchajcie się z tym waszym eurem”). Klusák zauważa, że właśnie tutaj przejawiła się tendencja piosenkarza do ludowości: „Bezustannie pisze wariacje na temat »zwykli ludzie są się dziś w marnej sytuacji, a ja czuję się jednym z nich«.”


Internet, swoją drogą, miał ciekawy wpływ na Nohavicę. W połowie pierwszej dekady XXI wieku piosenkarz zaczął publikować na swojej stronie nowe nagrania, przyjmując równocześnie rolę ludowego artysty estradowego z heligonką. Jego dawne, wrażliwe ale i sceptyczne oblicze z płyt takich jak „Mikymaulozeum” (według mnie jest to jedyna płyta, która zdaje próbę czasu) zostało definitywnie zepchnięte na drugi plan, a Nohavica co najmniej od internetowego hitu „Ladovská zima”, zaczął się lubować w piosenkach z dość prymitywnymi żartami. Kiedy do tego połączył je z agitkami politycznymi, nawiązał do plebejskiego wymiaru tradycji folkowej, która zawsze była najsilniejszą opozycją wobec establishmentu. Takiej postawy brakowało po rewolucji 1989 r., dlatego scena bardzo szybko szła na dno (Jiří Dědeček wyraził to zwięźle w utworze „Vraťte mi nepřítele” – „Przywróćcie mi wroga”). U Nohavicy wyglądało to inaczej – najpierw znalazł wroga w sobie samym oraz w swoim alkoholizmie (zob. melancholijne płyty z pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych), a potem zaczął szukać gdzie indziej. I kiedy tradycyjne media zaczęły go bojkotować, przeszedł na stronę pogardzanych, konspiracyjnych stron internetowych, które udają, że swoje prawdy odkrywają „dla ludzi”.

Jak wybuchła wojna kulturowa

„Kiedy czytasz piosenki, wiersze kogoś innego, kiedy śpiewasz piosenki kogoś innego, stajesz się częścią jego duszy i nie będziesz jego wrogiem” – obwieścił Nohavica w Moskwie odbierając nagrodę. Motyw przyjaźni bardzo osobliwie rezonuje również z powodu skomplikowanej historii piosenkarza w czasie normalizacji (od zakazu i lawirowania przed cenzurą po współpracę z StB). Jednak może obowiązuje tutaj stara dobra zasada „Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”. Pewnie, Nohavica mógł po cichu odmówić przyjęcia medalu, ale byłoby to sprzeczne z publicznym wizerunkiem jaki pielęgnuje ostatnimi laty. Ponadto jego (metaforyczny) uścisk z Putinem pasuje do czasów „wojen kulturowych”, w których żyjemy.

Mikroklimat dla rozwoju królików, plagiatorów, jednowładców i mroków średniowiecza

W ubiegłym tygodniu amerykański portal Politico opublikował interesującą analizę tego, jak w ciągu ostatnich dziesięciu lat zmieniło się postrzeganie polityki. Według artykułu „How Everything Became the Culture War” Michaela Grunwalda, odpowiedzialność ponosi internet, szybka komunikacja i bardziej złożony świat, który wymaga kompresji informacji. Zwyciężają jasne, spolaryzowane opinie, za pomocą których jedna grupa łatwo dystansuje się od drugiej. Mistrzem takiej wojny kulturowej jest oczywiście Donald Trump, jednak Politico podkreśla, że do wojny potrzeba zawsze dwóch stron. „Dzieciaki, które kiedyś tłukły się na tylnym siedzeniu, siedzą teraz za kierownicą i zanosi się na to, że samochód naszego państwa zjedzie do rowu”.


Wojna kulturowa szaleje bodaj na całym świecie – u nas w postaci sporu liberalnych wykształconych mieszkańców miast (czy też zwycięzców transformacji gospodarczej) z tymi, którzy muszą żyć z poczuciem, że są głupi i przegrali w życiu (jak to niedawno podsumował w DVTV pisarz Jáchym Topol, według którego Zemana „wybrali głupcy”). W podobnym, absurdalnie przewidywalnym duchu utrzymują się reakcje na nagrodę Nohavicy w czeskich mediach. Na przykład według Luďka Navary z portalu Aktuálně.cz, piosenkarz „reprezentuje tę część Czechów, którzy do dziś nie potrafią w pełni zaczerpnąć powietrza wolności i zwrócić twarzy w stronę Zachodu”. Jáchym Topol przynajmniej nie ukrywał swojego osądu pod poetyckimi metaforami.

Na to, do której z dwóch grup należymy, wpływa cały szereg czynników w życiu jednostki (poczynając od pochodzenia rodzinnego oraz edukacji), a czasami jesteśmy do niej przypisywani jakoś tak… automatycznie. Między innymi dlatego w wojnie kulturowej właściwie nie da się pozostać poza polem walki. Nohavica, który jako bard zawsze opowiadał się „po stronie zwykłych ludzi” (czyli po stronie tego osobliwego konstruktu ludowości, do którego odnoszą się tak tradycja pieśniarska, jak marketing populistów), swoją pozycję miał ustawioną właściwie od początku. Mógł albo trzymać się nieco nadętej praskiej sceny kulturalnej, która z pogardą spogląda na resztę kraju jak na zacofanych bałwanów, albo wystąpić przeciwko niej i zaprzyjaźnić się z wrogami swoich wrogów. Wybrał już dawno temu, tylko niektórzy fani tego nie zauważyli.

Zamknij się już, Morrissey!

czytaj także

Chyba nie trzeba dodawać, że taka polaryzacja ma niszczące konsekwencje i w rezultacie uniemożliwia znalezienie jakiegokolwiek kompromisu. Z zaciekawieniem będzie można śledzić, dokąd doprowadzi ta zażarta wojna kulturowa i czy skończy się podobnie jak zawsze w przeszłości – gilotynami, szubienicami czy obozami koncentracyjnymi. Nohavica nie rozpoczął tej wojny, pewnie nie poszedł też na front zupełnie dobrowolnie. Oczywiście można mu mieć za złe, że w niedzielę przyjął awans na generała. Ale to chyba wszystko.

 

**
Tekst ukazał się w dzienniku internetowym A2larm.cz. Z czeskiego przełożyła Olga Słowik.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.